środa, 7 lutego 2018

Hala pod Szrenicą i daleko dalej...

Luty przeplata się śniegiem, słońcem, świergotem wróbli i wróblopodnych. Znajomi pojechali w Karkonosze. Na FB piękne zdjęcia zamieszczają. Wczoraj Szrenica, dziś Śnieżne Kotły. Mi pozostaje snucie wspomnień karkonoskich z lata 2016.
Zazwyczaj wychodzimy z miejscówki na szlak, robimy pętlę większą lub mniejszą i tego samego dnia wracamy do miejscówki. Ta wycieczka miała być jednak inna od pozostałych, gdyż mieliśmy nocować w schronisku na Hali pod Szrenicą. Skończył się nocleg w "Wojtku" (dzięki Bogu!), spakowaliśmy ubrania i prowiant na dwa dni. Auto zostawiliśmy na parkingu  jakiegoś pensjonatu za przyzwoleniem właściciela, oraz niewielką opłatą i wczesnym rankiem wyruszyliśmy czarnym szlakiem w kierunku Wodospadu Kamieńczyka. Pogoda dopisywała. Zapowiadało się bosko! Z obowiązkowymi kaskami na głowie posłusznie stanęliśmy w kolejce do zejścia. Filip zdążył w między czasie strzelić focha, podobnie jak i przy Szklarce - czyżby nie służyły mu wodospady? Stwierdził, że nie zejdzie do tego GŁUPIEGO wodospadu, w tym GŁUPIM kasku i po tych GŁUPICH schodach. Został więc z Tomkiem, ja z Wojtkiem powoli ruszyłam w dół śliskich schodów. W drodze powrotnej minęliśmy się z Tomkiem i Filipem, który koniec końców zmienił zdanie i jednak chciał zobaczyć miejsce, w którym umarła Rusałka i Kamieńczyk - nie wiem ile wariacji na temat tej legendy wymyśliłam podczas tamtych wakacji. Za każdym razem coś musiało być w owej legendzie innego. Sam wąwóz do którego spada Wodospad jest piękny i wart odwiedzenia - pełen zieleni wszelkiej i błyszczących mokrych kamieni. Wyobrażam sobie jak pięknie musi tam być teraz, te zaśnieżone ściany i wody wodospadu ujarzmione lodem. Nie dane nam było jednak wstąpić do schroniska, ale może to i lepiej... Szeroka, brukowana droga powiodła nas lasem do schroniska na Hali pod Szrenicą. Dość szybko je minęliśmy, aby zdobyć Szrenicę - przy czym nie pamiętam, którędy szliśmy czerwonym w górę, a zielonym w dół, czy zielonym w górę a czerwonym w dół. Obstawiam, że wybraliśmy ten pierwszy wariant. Na Szrenicy jak to na szczycie tłumy, a widoki pechowo chmurami zasnute. Czy miało to jednak jakiekolwiek znaczenie? Mieliśmy cały dzień dla siebie, czy to na Szrenicy, czy niżej na hali pod nią. Wybraliśmy halę pod Szrenicą i błogie leniuchowanie z tym przewspaniałym widokiem na Góry Izerskie. Najpiękniejszy był jednak wieczór. Kiedy chłopcy zasnęli już w pokoju, usiedliśmy sobie na wąskiej drewnianej ławeczce przed schroniskiem. Otaczały nas ściszone rozmowy, wilgotne wieczorne powietrze. I tak sobie siedzieliśmy żegnając się z zachodzącym słońcem.
 

Żałuję jednak, że nie wstałam wcześnie rano następnego dnia kiedy Oni Trzej jeszcze spali i nie poszłam na Szrenicę. Miałabym swoją samotność, swoją przestrzeń i swoją ciszę...Nie ma jednak co rozpamiętywać czegoś czego się nie zrobiło i po prostu przy najbliższej okazji nie tracić jej...W każdym razie następnego dnia po smacznym śniadaniu w schronisku ruszyliśmy czerwonym szlakiem w dalszą drogę z punktem kulminacyjnym na Śnieżnych Kotłach. Po drodze minęliśmy Trzy Świnki, Twarożnik, przy Česka budka skręciliśmy w żółty szlak, aby dojść do źródła Łaby na Łabskiej Łące. Miejsce ciekawe - od strony czeskiej można bez problemu dojść z wózkiem, fajne na piknik. Zainstalowana jest tam metalowa płyta z herbami 26 miast, przez które przepływa Łaba podczas swojej niemal 1200 kilometrowej podróży do Morza Północnego. 
Wróciliśmy po chwili na czerwony szlak, aby dojść do Łabskiego Szczytu (nie powala na łopatki, właściwie wygląda jak kupa nasypanych kamlotów), a następnie do Śnieżnych Kotłów. Tam wiedziałam, że czeka na nas Radiowo-Telewizyjne Centrum Przekaźnikowe i ....Czarcia Ambona, która już samą nazwą przyprawiała mnie o dreszcze. Coś o takiej nazwie musi być bowiem mroczne, majestatyczne i napawające grozą, w związku z czym do momentu powrotu do domu uważałam, że Czarcia Ambona to nic innego jak te pionowe skalne ściany schodzące w dół Śnieżnych Kotłów. W tej wierze utwierdziła mnie jeszcze przemiła pani, która towarzyszyła nam na ostatnich metrach drogi ku Kotłom. Opowiedziała nam między innymi o wypadku, w którym zginął 18letni syn jej przyjaciół podczas wspinaczki na owe ściany skalne.  Kiedy więc teraz przypominając sobie miejsca, sięgnęłam po google, wpisałam Czarcia Ambona to ku memu totalnemu rozczarowaniu zobaczyłam opis granitowej grzędy, która wyglądem przypominała mi zatwardzenie słonia lub inne gigantyczne bobki. Będąc tam, nie zwróciłam nawet na to miejsce uwagi z racji tego, że oblazłe było przez turystów (jak kupa przez muchy...) Wracając jednak do okolic Kotłów - w oddali majaczył Wielki Szyszak na który miałam ogromną ochotę z racji jego skalno - pustynnej surowości. Niestety musiałam obejść się smakiem, ponieważ nie wiedzie nań żaden szlak, co gorsza nielegalny wstęp na Szyszak letnią porą może skończyć się mandatem. Nie wiem dlaczego Główny Szlak Sudecki omija Szyszaka - tłumaczę sobie, że to z powodu ochrony obrastających kamienie 600-letnich porostów zwanych wzorcem geograficznym lub porostem mapowym. I już mi Szyszaka nie szkoda, szczególnie że będąc na Kotłach właśnie w tym czasie pierwszy raz pomyślałam, że pomimo tłumów nie mogłam wybrać lepszego terminu na wyprawę w Karkonosze, a wszystko za sprawą wrzosów zwyczajnych zalegających podłoże niczym dywan rozkosznie pachnący. Chłopcy zdecydowanie woleli rosnące pomiędzy wrzosami jagody. Biegałam po Śnieżnych Kotłach jak oszalała - są przepiękne, aż sama się sobie dziwię, że tak mało mam stamtąd zdjęć. 

  Żółtym szlakiem ruszyliśmy do Szklarskiej Poręby wpadając po drodze do schroniska Pod Łabskim Szczytem, gdzie podobało się nam najbardziej z wszystkich odwiedzonych w ciągu tych dwóch dni schronisk. Na sam koniec dostaliśmy lenia, więc ostatni odcinek pokonaliśmy na kanapie kolei linowej. To były dwa cudne dni nieustannego bycia "w górze", następnym przystankiem był Szpindlerowy Młyn w Czechach. Miasteczko oddalone od Szklarskiej o jakieś 60 km, a jechało się i jechało...Było jednak warto.
 
 




piątek, 29 grudnia 2017

Jesienna Jastrzębia Góra tylko na chwilę.

Uwielbiam październik, jego różnorodność barw, odcieni, zapach grzybów w lesie, opadających z drzew liści. To, że w październiku wciąż potrafi być tak bosko ciepło i słonecznie, choć dni coraz krótsze. Październik to też miesiąc, w który braliśmy ślub 16 lat temu. 

W tym roku postanowiliśmy (no może bardziej ja) wyjechać gdzieś na weekend z okazji rocznicy. We wrześniu twardo ustaliliśmy - jedziemy we dwójkę, chłopcy zostają z dziadkami. Zabukowałam miejsce w jakimś dworku w Borach Tucholskich. Miało być tylko we dwójkę, romantycznie i rowerowo. Jednakże im bliżej wyjazdu, tym bardziej łamaliśmy się w kwestii pozostawienia chłopców z dziadkami, oglądania telewizji non stop, niekoniecznie zdrowego jedzenia, robienia głupot z nudy i siedzenia praktycznie całe 3 dni w domu. W końcu złamaliśmy się, zamiast we dwójkę, znowu było w czwórkę, zamiast Borów i rowerów była Jastrzębia Góra bez rowerów. Zatrzymaliśmy się w jednym z niedawno wybudowanych apartamentowców zaraz przy głównej ulicy (ul. Rozewska) skąd do plaży był rzut beretem. Apartamentowiec - nowoczesny paskud, z mieszkaniami na wynajem. Standard wysoki, cena przystępna, niewielu turystów, w końcu po sezonie i właśnie dlatego było nam tam tak dobrze! Przyjechaliśmy w piątek popołudniu i zdążyliśmy jeszcze na spacer w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Właściwie to tylko ja i Wojtek, gdyż Filipowi już na plaży zachciało się "dwójki" i musieli wrócić .
 
 
Jastrzębia Góra zaistniała niedawno, dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym. Z małej osady rybackiej powoli przekształcała się w kurort, jak gdzieś wyczytałam modny wśród elit warszawskich. Powstały wtedy przepiękne wille gdzie między innymi "wczasowali się" Józef Piłsudski (willa Bałtyk), Ignacy Mościcki , Edward Rydz-Śmigły, Jan Kiepura i pewnie wielu, wielu innych. Na ul. Bałtyckiej można znaleźć najwięcej międzywojennych perełek, nadal pięknych i majestatycznych.  
Wzdłuż klifu też znajduje się kilka okazałych willi, choć ku przestrodze, że miejsce to niebezpieczne i zagarniane przez Bałtyk stoją tam też ruiny zabytkowej willi Becka, której część runęła do wody w bodajże 2004 r. Niestety zdjęć moich własnych brak.












 Willa "Kaszubka" - zdobiona przepięknymi ornamentami kaszubskich kwiatów.
To już chyba coś bardziej współczesnego.
Willa "Victor" - stoi na klifie.
Dom Whisky - w zupełnie innej części Jastrzębiej

Środkiem Jastrzębiej biegnie ul. Rozewska i wiedzie prosto to Władysławowa. Kostka stara, drogę brukowano mniej więcej w tym samym czasie co budowano większość willi i pensjonatów, czyli między I a II wojną światową, a kamień sprowadzano bodajże z Kazania. Niestety dużo wzdłuż niej naprędce sklejonych bud, plastikowych placów zabaw, sklepików z pamiątkami Made in China i mało zachęcającymi "kafejkami" i "restauracyjkami" - ogólnie wszystko ni przypiął ni wypiął ni załatał. Okolice Trójmiasta to piękne miejsca - dostęp do Bałtyku, lasy, nic tylko wypoczywać. Po jednej stronie Władysławowo, Karwia, Jastrzębia Góra, i wiele innych, po drugiej Stegna, Sztutowo Krynica Morska. Wszystkie te miejscowości, teraz nastawione na turystykę były przecież kiedyś osadami rybackimi. Zastanawiam się więc gdzie checze, gdzie jakieś pozostałości tradycyjnej zabudowy, folkloru, tego czegoś wyjątkowego, wyróżniającego te miejsca od całej reszty? No więc nie ma. Koniec kropka, nie ma. Są paskudy większej i mniejszej maści, udające że są ekskluzywne albo tylko, że po prostu są sezonowo. Chodziłam więc sobie tymi uliczkami Jastrzębiej Góry i myślałam, albo kicz i tandeta ze sklejki, albo kicz i tandeta z marmuru...Skąd w nas takie zamiłowanie do bylejakości. Jak dobrze, że zawsze można zboczyć ku plaży. Bo miejsca o których piszę i w pobliżu których mam przyjemność mieszkać pełne są unikalnych plaż, klifów, kotłującej się wody, zachodów i wschodów słońca, co dech w piersiach zapierają, a oczy sycą feerią barw i chmur kształtami. Tak, tak to były dobre dwa dni. 

W sobotni poranek, jak zawsze zaopatrzeni w prowiant, herbatę i słodkości ruszyliśmy plażą z zamiarem dojścia do Władysławowa, zahaczywszy po drodze o Latarnię Morską na Rozewiu i Lisi Jar. Niestety deszcz pokrzyżował nasze plany gdzieś w okolicach Lisiego Jaru.
Im bliżej Lisiego Raju tym bardziej kamienista plaża.


Cóż za letnia niespodzianka jesienną porą.
 






















Kiedy tylko deszcz ustał, znów wskoczyliśmy w ciepłe ciuchy i poszliśmy do Gwiazdy Północy  i dalej na lewo, tam gdzie jest więcej klifów. Jedno zejście do morza przyprawia o dreszcze. Drewniane schody prowadzą w dół do plaży, a rozszalała woda uderza o ostatnie stopnie. Fale pędzą, atakują, a ty człowieku chcesz wyjść suchą nogą.
Owo zejście.
No co, w końcu to nasza rocznica.

Następnego dnia skoro świt opuściliśmy Jastrzębią i pojechaliśmy do Karwi. Tam to już w ogóle nie było ducha żywego na ulicy! Ach jakie tam są plaże! Jaki piaseczek! Bajka! I nie wiem, które zdjęcia umieścić, wybieram więc większość.
 
Ujście Czarnej Wody
 

I to już koniec. Ostatni wpis tego roku. Przed nami nowy. Oby wspaniały, pełen rozwiązanych problemów, zrealizowanych planów, uśmiechu, ciepła i tych wszystkich drobnych radości, bez których nic nie miałoby sensu! Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku 2018!