wtorek, 21 lutego 2017

Szklarska Poręba.

Zacznę od noclegu w szkolnym schronisku młodzieżowym Wojtek, który po przytulności Krokusa okazał się k-a-t-a-s-t-r-o-f-ą. Oglądając zdjęcia ośrodka na booking.com byłam świadoma PRL-owskiej siermiężności, nie zraziło mnie to jednak. Budynek z zewnątrz zachęcał, nazwa schroniska wzbudzała sympatię i wspomnienia licealnych wojaży, opinie turystów były umiarkowanie pozytywne, czemu więc nie? Po przyjeździe na miejsce zostaliśmy "zaatakowani" tabliczkami informującymi NIE WOLNO..., NAKAZUJE SIĘ..., ZAKAZUJE SIĘ...W korytarzu stare dywany, sterty starych śmierdzących butów, wyblakłe plakaty. Mikroskopijna kuchnia zawalona starymi garami, kubkami, w większości bez ucha, talerze i talerzyki każdy z innej parafii, niedomyte blaty, szafki i pozostałości jedzenia. Łazienki zagrzybiałe, wzięcie prysznica wymagało akrobacji tak, aby jak najmniej dotknąć w kabinie. I smród - starego, wżartego we wszystkie zakamarki brudu. Ohyda! Do tego cena za dwie noce była wyższa niż za trzy w hostelu Krokus. Trudno więc z czystym sumieniem polecić ten nocleg. Na szczęście pogoda dopisywała i dwa dni spędzone w tym miejscu ograniczały się li tylko do nocowania.
Do Szklarskiej Poręby chciałam przyjechać od dawna. Będąc wieloletnią  wielbicielką "Trójki" zbudowałam sobie kolorowy obraz tego miasteczka. Na miejscu okazało się, że odbiegał on  zdecydowanie od tego rzeczywistości. Może wpływ miały negatywne odczucia spowodowane noclegiem? Może tłumy turystów jak muchy irytujących? A może rzeczywiście urok tego miasteczka został skutecznie schowany pod bylejakością reklam i kiczu. 

Dzień Pierwszy: Zielonym Szlakiem ze Skweru Trójki do Wodospadu Szklarki - Chata Walońska.

Do Wodospadu można oczywiście dojechać i dojść szlakami. Dojście do niego jest spacerem naprawdę niewymagającym jakiegokolwiek wysiłku dlatego gorąco polecam zdobycie Szklarki na nogach. Na skrzyżowaniu ulic 1 Maja i Turystycznej weszliśmy na zielony szlak prowadzący głównie lasem o ciekawych formacjach skalno - korzeniowo - drzewnych. Całą drogę towarzyszyła nam też rzeka Kamienna. Dokuczał może trochę hałas natężonego ruchu ul. Jeleniogórskiej i nieprzyjemne zapachy z oczyszczalni ścieków wybudowanej w pobliżu rzeki, ale kto by zwracał uwagę na takie szczegóły. Od mostku, przed którym stoi budka KPN aż pod Schronisko Kochanówka towarzyszyła nam za to istna pielgrzymka turystów. Na zewnątrz i wewnątrz schroniska kłębiły się nieprzeliczone rzesze zwiedzających. I choć bardzo, ale to bardzo starałam się nastawić pozytywnie i podziwiać niewątpliwą urodę tego dziewiętnastowiecznego budynku to nie dało rady. Ruszyłam więc w kierunku Szklarki, mając nadzieję, że choć tam uda mi się odizolować od reszty. Co się chyba nawet udało, aczkolwiek daleko było do nastroju kontemplacji spadającej z szumem wody. Nacieszywszy oczy na tyle na ile pozwalały warunki, ruszyliśmy w drogę powrotną wiodącą wzdłuż malowniczego koryta rzeki Szklarki.
Droga powrotna powiodła nas wprost do Chaty Walońskiej Juna. W czasach średniowiecznych tereny obecnej Szklarskiej Poręby zamieszkiwali obok rdzennej ludności, Walończycy, którzy pochodzili z terenów obecnej Belgii i północnej Francji. Byli to poszukiwacze bogactw karkonoskich, czyli złota, srebra i różnego rodzaju kamieni szlachetnych. W Szklarskiej Porębie od 1999r działa Sudeckie Bractwo Walońskie, którego członkowie kultywują średniowieczne tradycje i wartości walońskie. Pomysłodawcą powstania Bractwa jaki i jego wieloletnim Wielkim Mistrzem był już nieżyjący Juliusz Naumowicz. Stara Chata Walońska to właśnie jego dzieło. Miejsce tajemnicze i urokliwe. Wspaniała jest też kolekcja kamieni szlachetnych w całej swej okazałości, jeszcze przed obróbką ludzką ręką. Po cichu powiem, że bardziej mi się podobało tam, niż w Muzeum Mineralogicznym, choć jest ono na pewno warte zwiedzenia. W przeciwieństwie do Wioski Indiańskiej "Canoe". To skandal budować coś takiego, nazywać wioską indiańską i jeszcze oczekiwać opłat!!!! Kicz, kicz i prowizorka.
Jaskinia Czerwona w tle.

Prawie w środku Czerwonej.
Spoczynek na kamiennym łożu.

Czyż Matka Natura nie jest najwspanialszym twórcą sztuki?

Szklarz?Pewności nie mam.
Okap.

Ptak? Pewności nie mam.
Nadaję ci imię Chińskiego Smoka przyczajonego do Skoku.

























Nie przeszłam Próby Czterech Żywiołów, ale zasiadłam na Tronie Wiedźmy.





piątek, 3 lutego 2017

Marzenia do stworzenia. Marzenia do spełnienia.

Dawno dawno temu miałam wiele marzeń. Mniej lub bardziej ważnych, mniej lub bardziej realnych. Część poszła w zapomnienie, część została spełniona, część zaprzepaszczona, jak to z marzeniami bywa. Kiedyś marzenia odgrywały wielką rolę, o ile nie najważniejszą w moim życiu. 

Pewnego dnia mojego już bardzo dorosłego życia zdałam sobie sprawę, że nie mam marzeń. Żyję, planuję, wybiegam myślami w przyszłość, czy to jest jednak marzenie? Czy ja mam marzenia? To pytanie wróciło do mnie w zeszłym roku w Karpaczu. Idąc sobie uliczkami zauważyłam, że prawie w każdym ogrodzie rosną piękne, rozłożyste krzaki magnolii i rododendronów. I wtedy zamarzyłam sobie, zobaczyć to miejsce wiosną, w pełnym rozkwicie kwiatów. I wtedy pomyślałam, że tak naprawdę od dawna nie marzyłam. Od myśli do zrodziło się pragnienie powrotu do marzeń. Tylko co się wtedy okazało? Zacząć marzyć wcale nie jest takie proste...ilekroć bowiem wskoczyła myśl na kształt marzenia, w tyle głowie pojawiała się myśl burząca, negująca i w stanowczy sposób negująca sens tego marzenia. Czy więc ja, czterdziesto już prawie trzy letnia kobieta twardo stojąca nogami na ziemi potrafię jeszcze marzyć?
Postanowiłam więc zacząć małymi kroczkami marzyć i dążyć do ich realizacji jeśli tylko będzie to w mojej mocy. Bo przecież są marzenia na których wpływ ma wiele czynników, pozostających całkowicie poza strefą mojej oddziaływania. 

Lista moich marzeń w nieustającej budowie.
1. Odwiedzić Karkonosze i Karpacz wiosną. 
2. Być wspaniałą babcią u boku wspaniałego dziadka. 
3. Znów wyruszyć objazdówką po Norwegii.
4. Wziąć udział w warsztatach ogrodniczych u Kasi i Andrew Bellingham, albo chociać odwiedzić ich ogród na Kaszubach.
5.Nauczyć się strzelać z łuku. Łuk już mam.

6. ....odnaleźć spokój duszy...Nie szarpać się, nie udowadniać, nie walczyć...Po prostu być.
To marzenie za nic tu nie pasuje. I wcale nie jest z tych fajnych, miłych i w swym bycie lekkich. Jest tak kurewsko ciężkie do zrealizowania i tak kurewsko nie atrakcyjne w brzmieniu...(wpis z 14.02.2017)


czwartek, 26 stycznia 2017

KARKONOSZE z Karpacza.

Dzień Pierwszy.  Do 3 schronisk: Strzecha Akademicka - Samotnia - Dom Śląski.

Zwarci i gotowi.
Z samego ranka zameldowaliśmy się pod kasą KPNu koło Dzikiego Stawu i ruszyliśmy w górę starym torem saneczkowym oznaczonym na mapie jako żółty szlak. Trasa była dość monotonna, a monotonię wzmagała snująca się mgła i niebo w kolorze wyblakłej starej ściery od podłogi.  Łudziłam się myślą, że mgła opadnie, jednak i wchodziliśmy wyżej, tym atmosfera pogodowa zagęszczała się rujnując moje nadzieje. 





Kiedy posileni frytkami, słodkościami i świeżo zaparzoną kawą wyszliśmy ze Strzechy Akademickiej już siąpił deszcz. Samotnię i krajobraz Kotła Małego Stawu szczelnie spowijała mgła. Ludzi było w schronisku tak dużo, że chłopcy ledwo przecisnęli się po pieczątki do książeczek GOT. Uznaję więc, że Samotnia nie została przeze mnie odwiedzona. W strugach deszczu niebieskim szlakiem ruszyliśmy ku Domowi Śląskiemu. Wicher wiał, deszcz smagał nas po twarzach, było lodowato. Dom Śląski przywitał nas ciepłem, pyszną zupą i błogim rozleniwieniem. Po 45 minutach w przyjaznych murach schroniska wyszliśmy wprost w jeszcze większe strugi deszczu. 


Przy optymistycznej dla nas aurze mieliśmy zejść Drogą Śląską (szlak czarny) do okolic Dzikiego Wodospadu robiąc przy tym naprawdę niewymagającą, aczkolwiek przyjemną pętlę. Idealną na pierwszy dzień. Niestety jedynym marzeniem tego dnia było zdjąć przemoczone ubrania i schronić się w naszym pokoju więc skorzystaliśmy po prostu z dobrodziejstw kolejki linowej.

Dzień Drugi. Zamek Chojnik i termy cieplickie.

Kolejny dzień przywitał nas niewiele lepszą pogodą. Zrezygnowaliśmy więc z gór i wybraliśmy się na wycieczkę do Zamku Chojnik. Wchodziliśmy czarnym szlakiem od Sobieszowa i błądząc wokół Zbójeckich Skał dotarliśmy do Chojnika. 

Zamek ma w sobie dużo czaru, pomimo zniszczeń i wielu niedociągnięć tchnie z niego piękno i ogrom romantyzmu. Stare mury okalają drzewa pnącza o liściach koloru butelkowej zieleni. Ich pnie wrastają, zlewają się z szarością murów. I wiem, że posunę się tutaj za daleko porównując co poniektóre fragmenty murów zamku do starych świątyń buddyjskich. Do samochodu wróciliśmy ścieżką Kunegundy, nieszczęśliwej księżniczki zamieszkującej Chojnik dawno temu. Chłopcy, mając w pamięci wysłuchaną na dziedzińcu zamkowym legendę o księżniczce, zastanawiali się w którym miejscu lasu Kunegunda rzuciła się w dół. Z Sobieszowa pojechaliśmy do Cieplic celem wytaplania w basenach termalnych. 

Dzień Trzeci.  Śnieżka - Kotły Małego i Wielkiego Stawu - Słonecznik - Pielgrzymy 

Dzień trzeci i ostatni w Karpaczu. Będąc leniwcami podjechaliśmy kolejką linową na Kopę i stamtąd czerwonym szlakiem ruszyliśmy ku Śnieżce. Szliśmy naszym tempem, a po drodze mijały nas biegiem bosko smukłe dziewczyny, niedzielni turyści w klapkach, dzierżący plastikowe torby w dłoniach, pan w garniturze, ludzie młodzi, starsi, dzieci i psy. Generalnie rzecz biorąc nie mam nic przeciwko uskutecznianiu turystyki z czworonogami pod warunkiem, że są one w stanie same pokonać trasę i właściciel zabiera ze sobą psie odchody, tudzież usuwa ze środka i poboczy ścieżki. Niestety różnie z tym bywa...co dotyczy nie tylko psów, ale i nas ludzi. Doskonale wiem, że niestety fizjologii nie da się czasami oszukać, a gadki o tym, że wypada bądź nie wypada mogę sobie wsadzić gdzieś, kiedy pęcherz ma eksplodować, że o czymś poważniejszym nie wspomnę. Niemniej jednak czy za każdym razem, kiedy kobieta sika musi podcierać się stertą chusteczek higienicznych? Noż cholera, czym jest kilka kropel na majtkach w porównaniu ze szlaczkiem białych kulek w okolicach ścieżek? Siki wyschną w kilka minut, papier będzie obrzydzał miesiącami.

Dom Śląski w zupełnie innych barwach.
Kocioł Małego i Dużego Stawu - już w zupełnie innych barwach.
Słonecznik i dość tajemnicza kamienna ławeczka w jego pobliżu.

A lesie między Słonecznikiem i Pielgrzymami pomyka sobie Duch Gór gdzieś...
Pielgrzymy.
 

A w oddali majaczyła Śnieżka.

Dziś wpłaciłam zaliczkę rezerwując tym samym pokój w Krokusie na majowy weekend. W planach między innymi znowu Śnieżka, wypad na czeską stronę na smażony ser i jagodowe knedliki (koniecznie w schronisku Jedlinka) i jak da radę coś jeszcze.




Wakacje 2016.



Po negocjacjach i wielu namowach z mojej strony, zdecydowaliśmy się spędzić sierpień 2016r. w Karkonoszach. Pierw odebraliśmy Filipa z obozu w Wińcu. Dziecko było radosne, szczęśliwe, otoczone kolegami i ...niemiłosiernie brudne. "Oj mamo, zapominałem", wyjaśnił mi Filip. Deszczowa aura też nie sprzyjała więc większość ubrań, choć czysta była mokra lub wilgotna dlatego też podczas jednego z przystanków urządziliśmy wielkie suszenie filipowej garderoby. 
 















Po drodze do Karpacza zatrzymaliśmy się na nocleg w Toruniu. Byłam tam raz, może dwa razy, a może trzy. Zawsze przejazdem i nigdy nie wyściubiłam nosa poza Rynek Staromiejski z Kopernikiem pośrodku. A przecież Toruń jest uroczym i ujmującym swoimi zakamarkami miastem. Przez chwilę, ale tylko przez króciusieńką chwilę, pomyślałam nawet, że jest przyjemniejszy niż mój Gdańsk. Na pewno bardziej przyjazne dzieciom! W Gdańsku nie ma placów zabaw dla dzieci, a te wciśnięte między stare kamienice i pamiętające czasy dzieciństwa mojej mamy, ustępują miejsca nowym kamienicom, restauracjom czy sklepom.
Poszliśmy też wzdłuż Wisły, a zwiedzając zamek krzyżacki udało się nam zobaczyć inscenizację bitwy o tenże zamek upamiętniającej zdarzenia z 1410r. (Inscenizacja odbywa się co roku 6.sierpnia)


Następnego dnia rano wyruszyliśmy ustawiając na nawigacji Karpacz, ul. Grzybowa 7, gdzie mieścił się nasz hostel Krokus, którego z całego serca polecam. Po drodze zatrzymaliśmy się w Jeleniej Górze i ze smutkiem powiem, że miasto, choć piękne będzie jednym z wielu obejrzanych  dzikim pędzie i bez należytego skupienia.


Zaraz po przyjeździe, zachwytach nad naszym pensjonatem i pokojem ruszyliśmy oswoić okolicę. Deptak w Karpaczu przeżywał oblężenie, z jednej strony turyści, a z drugiej stragany i straganiki. Gwar mieszał się z głośną muzyką, w większości disco polo. Normalny wakacyjny widok. Powłóczyliśmy się więc trochę, były jakieś lody, frytki i piwo Krakonos. Na koniec niespiesznie ul. Świętokrzyską poszliśmy ku Zaporze nad Łomnicą, a stamtąd do Świątyni Wang. Następnego dnia z samego rana mieliśmy zacząć pierwsze górskie wyprawy w czwórkę.