piątek, 1 września 2017

Bardzo emocjonalny post czyli "Czasami czytam..."

Czasami czytam pewien blog. Nie mam go w swojej liście czytelniczej. W sumie go nie lubię, a jednak czytam. Posty są ciekawe, dowcipne i interesujące. Zauważyłam, że od jakiegoś czasu są autoreklamą w stylu..."znajdziesz na moim blogu", "pisałam o tym w tym poście", "przeczytasz o wszystkim w tym miejscu" i linki do poprzednich wpisów. Jakby były jedyne, najlepsze, eksperckie...
Zdarzają się też być reklamą jakiejś tam firmy, kryptograficznym peanem na cześć jej produktów...Gdzie więc wiarygodność autora, który z jednej strony porusza ciekawy temat, a z drugiej wali informację o produktach i ich marce...A może to już tak jest w filozofii blogów? Piszesz niby z potrzeby serca, a jednak załatwisz dwie pieczenie przy jednym ogniu. Autopromocję, satysfakcjonując własne ego i promocję zarabiając na blogu...I co jest w tym złego?, zapyta ktoś. Nic. - odpowiem mu. Bo na przykład taka XYZ na swoim blogu załatwia właśnie obie pieczenie przy jednym ogniu i nadal jest wiarygodna. Blog jest piękny, wystudiowany, profesjonalny, zero spontaniczny, a jednak sprawia, że marzysz o takim życiu...Ubraniach, meblach, kosmetykach, akcesoriach i miejscach takich a nie innych - spoko są i nazwy i ceny i adresy. Możesz mieć tak samo. Ta pieczeń nazywa się reklama. Pojawia się też autoreklama i zaspokojenie egoistycznych potrzeb. Bo jak inaczej nazwać kilka bądź kilkanaście zdjęć autorki w tym samym miejscu i ciuchach z tą różnicą, że są zrobione pod innym kątem, w sepii, czarno-białe, same nogi, z profilu, zalotnie, na smutno, na poważnie a na koniec z tyłu? Autorka tego blogu nie kryje jednak faktu, że zarabia na poradach modowych, żywieniowych, turystycznych czy "lajfstajlowych". To jest jej wiarygodność.  

Tylko JA czyli jedna pieczeń przy jednym ogniu.
Przeciwwagą do blogerki XYZ jest blogerka ZYX. Ta bowiem porusza moje intymne uczucia i przemyślenia. Opowiada o swoim jakże zwykłym życiu i powoduje, że myślę "o kurcze ja też tak mam, zaraz jej odpiszę", szczególnie, że każdy post jest pisany w drugiej osobie liczby pojedynczej czyli do "ty", znaczy się do mnie! Więc piszę! Prowadzimy przecież prawdziwy dialog, nadajemy na tych samych falach. I tylko potem wracając do jej posta czuję, że coś nie styka...nazwa firmy odzieżowej? Po kiego...? Co to ma do tematu? Do tych emocji i pytań? Zaraz, chwila, ja tak chyba nie chcę. Na szczęście nie opublikowałam komentarza, a byłby on już kilkudziesiątym, więc temat dobry, pióro interesujące. Czuję jednak, że nie chodziło tu o odpowiedź na pytanie postawione przez autorkę bloga, na nurtujące ją dylematy wychowawcze.  Wydaje mi się, że clou tego wpisu był link do firmy, której produkty pojawiają się podczas zdjęć zamieszczonych w poście. 

Postanowiłam jednak, że i tak opublikuję mój komentarz. Ze względu na jego emocjonalność  moje odczucia. W swoim własnym małym poście i nikt poza mną nie będzie widział o co kaman.


Tak przybijam Ci pionę. W przypływie ułańskiej fantazji i buntu na państwową szkołę do której synek (9 lat) do tej pory chodził ( nie że państwowa, tylko że zapyziała sama w sobie i moloch, ponad 1000 uczniów). Do tego męczyło nas to, że świetlica to przechowalnia, kupa pracy domowej po lekcjach i popołudniowa logistyka na basen, angielski, czy jakieś sporty. Uwierzcie - bez szału i przesady. Just basics! W każdym razie przenieśliśmy go do szkoły prywatnej. Szkoły małej (ok 250 uczniów), przyjaznej, pro uczniowskiej...gdzie kadra jest dla ucznia, a nie uczeń dla nauczyciela...Choć nie oznacza to, że uczeń rządzi. Gdzie praca domowa w praktyce nie istnieje, bo wszystko jest załatwiane w szkole. Gdzie są podziały na grupy językowe czy na informatyce. Gdzie wybór kółek zainteresowań jest wielki...Gdzie wf prowadzi wuefista, plastykę i technikę  plastyczka i pani od techniki. Gdzie na jedno dziecko przypada jeden komputer i jeden ipad. Gdzie na przerwy wychodzi się na dwór. Znam ją, bo od 3 lat bo sama w niej uczę, więc poznałam ją od podszewki...Nie jest idealna i jako pracownik to wiem. Jednak nie rezygnuję z niej. A teraz będę dodatkowo rodzicem w tej instytucji i cała jestem posrana ze strachu...Czy się zaaklimatyzuje, czy go przyjmą dzieciaki, czy nie będzie miał mi za złe w przyszłości, że dałam go do szkoły gdzie sama jestem nauczycielem. Dzięki Bogu nie będę go uczyła. Czy nie wpłynie na niego sama zmiana szkoły - ja miałam 3 podstawówki i ostatnia przeprowadzka to był koszmar. Boję się, że nie zdążę go ochronić przed całym złem tego świata..., że moje lęki przejdą na niego, choć one wcale nie mają pokrycia w realu, że zarażę go toksycznym negatywizmem do świata jak moja mama mnie mówiąc ciągle "bo tak nie wypada, bo inni są lepsi. cz ty taka nie możesz być? I że nikt cię nie lubi..". Chyba najbardziej boję się, że będą taka jak moja mama..., że nie pozwolę być mojemu synowi sobą bo nie spełnia to moich oczekiwań... a przecież najważniejsze, żeby jego życie spełniało jego własne oczekiwania! I na koniec boję się, że jeśli do tego dojdzie to mi się zbuntuje, bo będzie chciał być sobą, a nie tym kim jak chcę i nasze relacje będą wrogie. I będzie miał do tego prawo! Dżizussss,!!! mam świadomość tego prawa i walczę ze sobą za wszelką cenę, aby go mu w żaden sposób nie ograniczać prawa do bycia sobą! Mam żal do mojej mamy, że nie godziła się na to abym była sobą. Ukrywam go jak tylko się da... Bo źle pojęty niepokój o mnie i moją przyszłość kazał się tak zachowywać... Bez względu na wiek dziecka, niepokój (źle czy dobrze pojęty) nie ginie i nie ma znaczenie czego dotyczy...szczególnie przy tym pierworodnym...Bo kiedy patrzę na mojego drugiego synka to czuję, że on na luzie ze wszystkim sobie poradzi...i gdzie tu logika? Co mi jako matce pozostaje więc? Niepokój? Tak. Wiara, że moje dzieci sobie poradzą? TAK! Wiara, że będzie dobrze? TAK! W przeciwnym razie oszalałabym...

Ot taki sobie komentarz wymodziłam pod wpływem wina i lektury posta. Teraz wiem, to co czułam od dawna. To już nie moja bajka, zabieram zabawki i idę do innej piaskownicy. Tam gdzie jest wiarygodnie...

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Nieudane wejście na Kasprowy.

Zaczynam przedostatniego posta z tegorocznych Tatr. Wybiła 22, chłopcy śpią. Tomek przeziębiony, śpi od 19 w zielonej sypialni na piętrze. Popijam Pilsweisera góralskiego (nasze pienińskie odkrycie), muzyka płynie, ale na tyle cicho by nie zagłuszać cykania świerszczy...już tak jesiennie...wspomnień nadszedł czas...
W sierpniu 2011, roku, który przyniósł nam tyle dobrego, pojechaliśmy do rodziny w okolice Oświęcimia na pięćdziesięciolecie ślubu cioci Krysi i wujka Mietka. Ciężko uwierzyć, że wujek nie żyje od prawie dwóch lat, a ciocię gnębi Alzheimer. Przed laty to były filary rodziny. On, młody chopak ze Śląska zamarzył, że zostanie marynarzem. Przyjechał do Trójmiasta i marzenie spełnił pływając po morzach i oceanach. I tylko potem coś jakoś poszło nie do końca jak powinno...ale to inna historia.
 Posiedzieliśmy sobie tam kilka dni, robiąc mniejsze lub większe wypady. Jeden z nich zawiódł nas  gdzieś w któreś Beskidy. Wjazd kolejką kanapową na jakiś szczyt i piękny widok na Babią Górą z jednej strony i Tatry z drugiej. "Kiedyś synku tam cię zabiorę..."

I zabrałam tego samego dnia, gdyż Tomek widząc moją tęsknotę w oczach porwał nas do samiućkiego Zakopanego. Kupiliśmy Filipowi cieplejszą bluzę i skarpetki do sandałków, zjedliśmy coś na Krupówkach i jazda kolejką na Kasprowy. Na szczycie znowu poczułam to, czego od dawna nie dane mi było czuć. Ten oddech pełną piersią, to niebo na wyciągnięcie ręki, tę moc i przestrzeń...To poczucie wolności, która rozsadza serce z radości. Nie potrafię tego opisać, ale potrafię to czuć...dżizas jak to patetycznie brzmi...

6 lat później, nie było już spontanu ani kolejki, była zaś inspiracja po przeczytaniu świetnie napisanego postu Poskromić bestię, czyli na Kasprowy z tego bloga Ruda z wyboru.  Bardzo Ci Gosiu dziękuję. 
Wybraliśmy wariant z Murowańca przez Boczań szlak turystyczny niebieski. Jednakże ani prognoza pogody, ani widok z naszego okna na Giewont, nie wróżyły tego dnia dobrze, ale jako że pogoda zmienną jest, uznaliśmy, że idziemy. Deszczowy armagedon zaczął się szybko, bo idąc po wybrukowanej kocimi łbami drodze byliśmy już mocno zlani. I co z tego, że mieliśmy nasze wodoodporne ciuszki, doopa nie wodoodporne, doopa regatta. Na Upłazie Skupniów dołączyła burza z piorunami. Bynajmniej nie żadne dalekie pomruki, ale solidne walenie. Zrobiło się nam mało wesoło, a kiedy tuż przed Przełęczą pod Kopami mijająca nas para rzuciła hasło Niedźwiadek! poczuliśmy, że coś nie styka. Sam niedźwiadek nie wydawał się straszny. Wydawało mi się jednak, że skoro jest niedźwiadek, to pewnie gdzieś czai się niedźwiedzica. Ratuj się kto może! Nasza czwórka w samym środku ulewy, burzy i na dodatek jeszcze niedźwiedzie! Kasprowy stał tyle tysięcy lat, postoi jeszcze z jeden dzień, nie ma się co pchać. Zarządziliśmy odwrót, z drugiej jednak strony ten niedźwiedź, na wolności, nie za kratami, buszujący wśród kosodrzewiny. Nie możemy go nie zobaczyć! Kiedy się do niego zbliżyliśmy, okazało się że był to kawał solidnego niedźwiedzia (odpadł więc problem matki). Pomykał sobie wśród kosodrzewiny. Jagody zajadał?  I co najważniejsze nie wykazywał najmniejszego zainteresowania stojącą na ścieżce grupą gapiów.
Napatrzywszy się na misia, ruszyliśmy w drogę powrotną z postanowieniem, że wracamy na Kasprowy następnego dnia. Kiedy już zeszliśmy do Kuźnic, słońce zawładnęło niebem na resztę dnia. A więc nie zawsze Pan Bóg daje, temu kto rano wstaje. Nic to, Kasprowy nie zając nie ucieknie, a bezpieczeństwo i zdrowie najważniejsze. Po powrocie na kwaterę, zamieniliśmy nasz pokój w suszarnię. Uderzyliśmy z Tomkiem w kilkugodzinne kimono, co chłopcy skrzętnie wykorzystali do gry i oglądania filmów na komputerze. Późnym popołudniem ruszyliśmy na Krupówki...też było miło.


niedziela, 20 sierpnia 2017

Kolejna pętla z Rusinową Polaną i Gęsią Szyją w tle.

Kiedy zaczynam pisać dom jeszcze śpi. Piszę, piszę wspomnienia wakacyjne, aby zdążyć przed zbliżającym się kociokwikiem nowego roku szkolnego. Wciąż jestem na świeżo, wciąż pamiętam, ale w każdej chwili wspomnienia mogą ulecieć w zapomnienie. Tak jak uleciały nie opisane do końca wakacje w Chorwacji, na Zakhyntos czy te zeszłoroczne w Karkonoszach polskich i czeskich. Nie wspomnę o rozlicznych krótszych wypadach, o działce, którą uprawiam w przypływie ułańskiej fantazji. Kiedyś, pewnego dnia uporządkuję wszystko...w odległej galaktyce i innym świecie...Niech moc będzie z mną...

Palenica Białczańska szlak turystyczny niebieski Rusinowa Polana szlak turystyczny zielony Gęsia Szyja przez Morskie Oko szlak turystyczny czerwony Palenica Białczańska
 
Widok z pokoju

Jako że dzień zapowiadał się słoneczny, wczesnym rankiem to znaczy ok. 8.00 wyruszyliśmy z naszej Wojdyłówki z planem zrobienia kolejnej pętli, a jej pierwszym punktem miała być Rusinowa Polana. Wyruszyliśmy zdecydowanie za późno, gdyż im bliżej Łysej Polany tym więcej samochodów parkowało gdzie popadnie. Przy wejściu na szlak od Wierchu Poroniec kłębił się dziki tłum. Pomknęliśmy więc ku Palenicy Białczańskiej, aczkolwiek dojazd do niej blokował  (legalnie bądź nielegalnie...) pan parkingowy twierdząc, że nie ma już miejsc. Zapowiadało się tłoczno...i na zapowiedziach się skończyło. Wszyscy poza nami szli bowiem do Morskiego Oka.  Praktycznie od samej Palenicy towarzyszył nam początkowo tylko Potok Waksmundzki, a potem same obłędnie piękne panoramy na Tatry Wysokie i motyl spijający nasz pot. (niestety nie uwieczniony na żadnym zdjęciu)
 Rusinowa Polana jaka jest wszyscy wiedzą, nie trzeba opisywać. Bezsprzecznie, miejsce warte odwiedzenia. Jest ona na tyle obszerna, że każdy znajdzie swój kawałek odosobnienia, żeby delektować się widokami. Choć muszę przyznać, że widok dwulatki sikającej koło sąsiadującego z nami stołu był paskudny. Dziewczynka sikała za przyzwoleniem oraz pomocą mamuśki i babci - czym jeszcze mnie ludzie zadziwią... Szybko więc zmieniliśmy miejsce i do końca naszego odpoczynku nikt nam już więcej nie przeszkadzał w pikniku. 
O matko! Znowu do góry!
Czego chcieć więcej...


Odległość z Rusinowej na Gęsią Szyję (1498 m n.p.m) to mniej więcej kilometr i o dziwo dał w kość całej naszej czwórce. Droga wiodła dość stromo pod górę, słońce paliło nas w karki, a powietrze jakby stanęło. Wojtek ciężko znosi upału (do dzisiaj bardzo źle wspomina Chorwację), ale to ja i Filip przeżyliśmy nasz wielki kryzys tych wakacji (ten w Szczawnicy to był pikuś). Powiedzieliśmy sobie dużo przykrych słów, naindyczyliśmy się na siebie nawzajem i w przypływie obustronnego i jakże niesłusznego gniewu zdecydowaliśmy się na przerwanie wakacji i powrót do domu.  Ja się poryczałam, a  Filip po stwierdzeniu, że nienawidzi tych głupich gór, zaciął się - nic dodać nic ująć, w tych okolicznościach pięknej przyrody...masakra piłą łańcuchową. Na szczęście Gęsia Szyja rozładowała atmosferę. Nie wiem co miała w sobie takiego, ale będąc już na jej szczycie nasze twarze były znowu uśmiechnięte, znowu rozmawialiśmy, a nie warczeliśmy na siebie. Sprawa powrotu do domu miała być rozstrzygnięta wieczorem po powrocie - bowiem nie był to pierwszy raz, kiedy złe emocje wypierały to co dobre. Ten krótki kilometrowy odcinek z Rusinowej na Gęsią był zaś ich kulminacją.


Z Gęsiej zeszliśmy do  krzyżówki dwóch szlaków na Równi Waksmundzkiej, a stamtąd spokojnie do Drogi Oswalda. Było późne popołudnie, tłumy ludzi waliły...w dół, czemu więc nie skorzystać z okazji i pokazać chłopakom Morskie Oko. Droga prowadziła przez Dolinę Waksmundzką - chłopcy stwierdzili, że to idealne miejsce na zabawę w partyzantkę. Skakali, biegali, padali i czołgali się. Wybierali wszelkie najgorsze rozpadliny, pnie i błocka. My z Tomkiem wykorzystaliśmy ten błogostan, kiedy chłopcy niczego od nas nie chcieli i koniec końców nie porobiliśmy prawie żadnych zdjęć.


Tomek! Kocham Cię, Ewelina.
Masz coś do jedzenia?
Jedzenie!
A Mnich jest?
A Mnicha jak nie było tak nie ma.
Najlepszy punkt programu - POWRÓT!

 Na tym zakończyliśmy dzień - wieczorna rozmowa o naszych uczuciach dużo dała. Od tego momentu każdy zgrzyt, zmęczenie i słabość na szlaku były inaczej traktowane. Wojtek może jeszcze nie do końca rozumiał o co chodziło, jednak Filip bardzo wziął do siebie wydarzenia tego dnia i wielokrotnie dawał tego dowody w kolejnych dniach. Myślę jednak, że ma po mnie charakter buntownika, co nie rokuje zbyt pozytywnie na lata nastoletniego dojrzewania naszych pociech i czuję, że spokojnie mieli nie będziemy...Ech życie, jesteś piękne.
Mój mądry, przystojny i uparty syn. Człowiek o sercu na dłoni.



piątek, 18 sierpnia 2017

Od Kir do Kir - całkiem spora pętla.

(Kiry) Kościeliska - Jaskinia Mroźna - Jaskinia Raptawicka - PTTK Ornak - Dolina Iwaniacka - Chochołowska - Droga pod Reglami - Kiry

Zwarci i gotowi.
Pierwszy dzień naszego pobytu w Tatrach miał być łatwy. Ot taki na rozruszanie nóg (czy nie rozruszaliśmy ich już w Pieninach?), ustaliliśmy więc z Tomkiem, że dobrze będzie przejść się dolinami. Wybór padł na Dolinę Kościeliską (szlak zielony) i aby ją urozmaicić postanowiliśmy odwiedzić tamtejsze jaskinie. Na początek oczywiście Jaskinia Mroźna, która z racji swego "ucywilizowania" jest banalnie łatwa do przejścia.

Z Mroźnej planowaliśmy przejść szlakiem do Wąwozu Kraków i Smoczej Jamy. Wtedy minęła nas pierwsza chmara kolonijna idąca do Wąwozu, po czym kolejna więc zrezygnowaliśmy z Wąwozu. Do dziś tego żałuję, bo to piękne miejsce, a coś czuję, że w tamte rejony już się nie zapuścimy.

Szlak prowadzący do Mylnej i Raptawickiej wiedzie ciągle ku górze, czasami wspomagany jest łańcuchami, a w pewnym momencie rozdziela się. Wybraliśmy ten na lewo ku Mylnej, ale kiedy stanęliśmy w jej progach okazało się, że chłopcy zapomnieli wziąć czołówki z auta, więc obeszliśmy się smakiem. Wróciliśmy do rozwidlenia, jednakże na eksplorację Raptawickiej zdecydowałam się tylko ja i Wojtek. Jaskinia Raptawicka była zdecydowanie nie tym czego oczekiwałam, choć wszelkie utrudnienia przywitałam z dziką radością. Juhuu!!! Łańcuchy!!! Po krótkim, acz dość stromym odcinku (dzięki Bogu że z łańcuchami) okazało się, że aby ją zwiedzić trzeba zejść w dół po pionowej drabinie. Skały były mokre i bardzo śliskie. Przez chwilę poczułam lekki niepokój czy wejście tam z sześciolatkiem jest aby bezpieczne i rozsądne, uwierzyłam jednak w swoje umiejętności i udało się. Wojtek szedł w górę pierwszy, ja krok w krok za nim, pomagając mu kiedy tylko widziałam jego niepewność. Podobnie było przy schodzeniu z łańcuchów, tylko tym razem ja szłam pierwsza. Zastanawiam się i może ktoś mi podpowie jak to jest z pierwszeństwem przejścia na takim szlaku. Jest zbyt wąski i niebezpieczny aby pokusić się o mijanki. Kto więc czeka? Ten wchodzący czy schodzący?


Z Raptawickiej pomknęliśmy w deszczu ku schronisku Ornak. Na szczęście, kiedy do niego dotarliśmy deszcz uspokajał się i spokojnie można było się posilić na dworze - wewnątrz były dzikie tłumy. Natomiast ze schroniska weszliśmy w naprawdę śliczną i całkowicie pustą Dolinę Iwaniacką (żółty szlak).



Ja oczywiście chciałam przejść się na Ornak, ale Tomek kręcił nosem zwalając wszystko na pochlapujący co chwila deszcz i grzmoty w oddali. No może miał rację...Zeszliśmy sobie tą Iwaniacką do Chochołowskiej i od tego momentu droga ciągnęła się i ciągnęła jak gluty z nosa lub kupiony po drodze grillowany oscypek o smaku gumy.
Do Kir chciałam dojść Drogą nad Reglami, ale Tomek znowu coś marudził (od kiedy ja taka spolegliwa bywam?!), więc skręciliśmy na Droga pod Reglami, która była jeszcze nudniejsza.
Podsumowując - wycieczkę, mimo zmian w punktach programu, deszczu i burzy uważam za jak najbardziej udaną! Amen. Choć patrząc na minę Wojtka, wydaje mi się, że nie podzielał mojego zadowolenia.
Daleko jeszcze?