wtorek, 26 lutego 2013

Byle do 21ej...

Dziś drugi dzień pracy. Jest gorzej niż przed feriami. Zniechęcenie i w konsekwencji zmęczenie dotychczasową pracą nie ustąpiły po przerwie. Wręcz przeciwnie, wszystko się nasiliło. Mój umysł i mój organizm mówi mocno i stanowczo NIE. Mam dosyć kończenia pracy o 21ej, oglądania niezadowolonych twarzy, które nie wiedzą czego chcą, a najlepiej jakbym magicznie sprawiła, że ich znajomość czy to angielskiego, czy to norweskiego stała się tak dobra jak native speaker'ów.  Sorry, jestem tylko nauczycielem, a nie cudotwórcą czy językowym Houdinim. Postawa roszczeniowa i całkiem nieuzasadnione pretensje to krótka charakterystyka moich studentów w tym roku. Po 14 latach naprawdę fajnych ludzi wkoło mnie, dostałam kumulację dupków, leni i malkontentów.

Niszczą cały mój entuzjazm uczenia i sprawiają, że przestaje mi się chcieć. Na początku było mi z tym  źle. Jak to - ja, z całym moim uwielbieniem do języków i ich nauczania zaczynam odwalać chałturę? Więc wbrew postawie moich uczniów robiłam wszystko tak jak zawsze. Teraz świadomie i bez owijania w bawełnę mogę powiedzieć, że przestało mi się chcieć nawet tego. Nie mam siły, chęci, pomysłów. Czuję, że przy każdej próbie wykrzesania zaangażowania, jakaś wielka chmura niemocy opada na mnie i skutecznie blokuje wszelką inicjatywę.

Jeszcze ta załamująca świadomość, że tracę tyle z życia rodzinnego - Wojtka widzę po godzinie od poniedziałku do czwartku. Filipa trochę dłużej - może "AŻ" dwie godziny dziennie.
Nie potrafię tak dłużej, nie chcę tak dłużej.

I każdego dnia towarzyszy mi ta myśl - byle do 21ej, byle do weekendu, byle do kolejnej przerwy świątecznej, byle do wakacji...


piątek, 22 lutego 2013

Hopelessness...

Wszystko zaczęło się od nudy, więc zaproponowałam wspólne rysowanie na wielkim arkuszu papieru. Farby jeszcze nie przyszły więc zaproponowałam kredę. Zanim jednak sprzątniemy trzeba szybko uprzątnąć pokój chłopaków. F. zapytał czy może posprzątać po rysowaniu. Dwukrotnie zapytałam, czy rzeczywiście chce zrobić to potem. "Obiecuję", padło z jego ust.

Zabawa całkiem ok, F. oczywiście zaczął malować czołg i coś tam jeszcze, ale koniecznie militarne. W. trochę pobazgrolił, po czym z dziką radością zaczął biegać po papierze. Zdecydowaliśmy z F., że koniec rysowania. No to pora sprzątnąć pokój. I to było preludium do walki, która trwała i trwała.

Dowiedziałam się, że:
  • nie kocha mnie,(który to już raz)
  • nie chce takiej mamy (który to już raz)
  • nie chce takiej rodziny i jutro się wyprowadza (który to już raz)
  • nie będę nim rządziła (który to już raz)
  • muszę mu pomóc,
  • nie lubi sprzątać, 
  • nigdy już nie posprząta, 
  • nie potrafi sprzątać, 
  • to są nudy,
  • on jest do kitu (wg F. to oznacza bycie bardzo zmęczonym, pytałam)
  • jak będę miała urodziny to nie posprząta
  • jak on będzie miał urodziny też nie posprząta.
Te oskarżenia przeplatały się z błaganiem o przebaczenie, brzydkimi słowami, kolejnymi wybuchami płaczu, kiedy przypominała o umowie.  Próbowała tłumaczyć, wyjaśnić. Przypomnieć moje ostrzeżenie, jego obietnicę. A tak naprawdę to najchętniej bym go uderzyła, najnormalniej w świecie dała starodawnego, solidnego klapsa. Wydarła się na niego i zostawiła płaczącego. Przyniosłoby chwilową ulgę i moralnego kaca. Czułam, że nerwy zaczynały brać górę nad rozsądkiem. I kiedy z tym swoim niefajnym wyrazem twarzy zapytał: "I co, i co mi zrobisz?" po prostu nie wytrzymałam.
 Nie uderzyłam, ale to co powiedziałam nie było dużo lepsze.
 "A skąd wiesz, że ktoś w ogóle przyjdzie na twoje urodziny. Jeśli będziesz tak dalej się nie fajnie zachowywał to zobaczysz, że ludzie przestaną cię lubić. I ja też."

Skutek był natychmiastowy - wielki płacz, tragedia, rozpaczliwe komentarze dotyczące swego jakże beznadziejnego życia. Chwilę potem wtrąciła się moja mama. Czasami myślę, że wielopokoleniowe domy to jednak zły pomysł.

Niestety takie zachowanie jest już codziennością w naszym życiu. F. nie chce lub/i (w zależności od natężenia nerwów) nie potrafi zjeść, ubrać się, wyjść na dwór, wrócić, ubrać się lub rozebrać, sprzątać, 
Urządza teatralne przedstawienie, na przemian obrażając nas i narzekając na swój nieszczęsny los lub błagając o przebaczenie i jeszcze jedną szansę. Jęczy, skrzeczy, wyje, rzuca się po podłodze, uderza w płacz. To naprawdę może doprowadzić do szewskiej pasji. Zderzenie tych ekstremalnych zachowań w tak krótkim czasie zapędza mnie w kozi róg i zupełnie nie wiem co robić, jak reagować. Zaczynam już nawet nie wierzyć w szczerość jego przeprosin. Czuję się beznadziejnie, nie wiem co powiedzieć, jak reagować, ponieważ mam wrażenie, że cokolwiek zrobię i powiem zadziała to jeszcze bardziej przeciwko mnie. Z reguły daję sobie i F. na przeczekanie, ale niestety nie zawsze działa.

Ktoś może powiedzieć, że to odreagowanie na pojawienie się młodszego brata. W. wszedł do naszej rodziny mając 7 miesięcy, F. był wtedy świeżo upieczonym trzylatkiem. Nie wiem na ile w tym prawdy. Normalnie nie pamiętam jak zachowywał się F. sprzed pojawienia się W. :/

Moja mama, wierząca w przysłowie 'dzieci i ryby głosu nie mają' wini moje metody wychowawcze. Za dużo tłumaczę, za dużo dyskutuję, daję za duży wybór. Kiedyś  na korytarzu ośrodka adopcyjnego przeczytałam List do Rodziców Janusza Korczaka. To mój drogowskaz na drodze bycia rodzicem. Gorąco wierzę w jego słowa i gorąco wierzę, że dziecko to odrębna jednostka ludzka, z prawem do własnego zdania, prywatności, z własnymi lękami i potrzebami, marzeniami. Dużo czytam, szukam, chcę być jak najlepszym rodzicem i ....przegrywam w zderzeniu z własnym dzieckiem.

I co dalej??? Co robić, żeby i F. i W. wyrośli na fajnych, mądrych i pozytywnie nastawionych ludzi. Myślę, że obrałam dobry kierunek, ale co jeśli się mylę? Jeśli popełniam nieświadomie jakiś błąd, który przyniesie swoje złe skutki w przyszłości???


czwartek, 21 lutego 2013

Billy i wielki sklep

Przez prawie trzy dni pisałam post pt 'Ludzie są dziwni, z czego kobiety najbardziej'. Chciałam opisać w nim historię znajomej, która ma fatalny dar przyciągania beznadziejnych facetów, matkowania im i co najgorsze trzyma ich przy sobie, zamiast pogonić na cztery świata strony. Temat rzeka, ciężki, z lekka zawiły. Zmarnowałam już wystarczająco dużo czasu, pora więc go porzucić. Zresztą co mnie obchodzą czyjeś błędne decyzje.

Ferie leniwie biegną, zbliżając się niestety ku końcowi. Nic się nie dzieje, poza śniegiem sypiącym jak szalony. Wczoraj zabrałam W. na pierwszy od 2 tygodni spacer i wróciła gorączka. Dziś lekarz.

F. wrócił od dziadków z Zaspy, spędził tam aż jedną noc. A tak się zarzekał, że tym razem będzie co najmniej dwa dni;) Przed zaśnięciem, już w domu, oczywiście obowiązkowo musieliśmy przejść przez potrójny etap.
Etap I - książka.
Etap II - historyjka.
Etap III - piosenka.

Pierwszy etap poszedł gładko, przy drugim początkowo utknęliśmy.
"Mamusiu, opowiedz mi proszę nową historię o Billy'm." - poprosił mój arcy-grzeczny synek.
Mając na uwadze prawa autorskie i takie tam odpowiedziałam, że nie mogę opowiedzieć mu historii o Billy'm, bo to nie ja go wymyśliłam. "Może o Basi chcesz?" - zapytałam.
F. przecząco pokręcił głową i wyjaśnił mi sprawę używając całej swej cztero i pół letniej logiki - "Mamusiu, ale ja nie chcę tych nowych historii, ani o gwizdku, ani o szkole*. Ja chcę zupełnie, zupełnie nową. Takiej, której jeszcze nie ma. No proszę cię, mamusiu, proszę."

Po krótkiej chwili zastanowienia powstała historia pt "Zupełnie inny Billy i Wielki Sklep".

Billy wrócił z przedszkola w doskonałym humorze. Mama powiedziała mu rano, że pojadą do wielkiego sklepu po zakupy. Billy bardzo lubił wielki sklep, a w szczególności dwie rzeczy - jazdę wózkiem na zakupy i lody. Zawsze po kupieniu wszystkich potrzebnych rzeczy z listy, Billy i mama szli do kawiarni - Billy na lody jabłkowe, bo były zielone, a mama kupowała dla siebie kawę i czasami ciasteczko.

W sklepie było mnóstwo ludzi, mama nie wyglądała na zadowoloną.
"Musimy jak najszybciej zrobić zakupy i uciekać z tego sklepu"
"A dlaczego tu tyle ludzi?"
"Jutro zaczyna się długi weekend i wszystkie sklepy będą zamknięte" - odpowiedziała mama.

Mama i Billy kupili mąkę, cukier, olej. Ketchup, musztardę. Jakąś kiełbasę, ser. Jogurty. Wodę mineralną. W wózku przybywało produktów i Billy miał coraz mniej miejsca.

"A owoce i warzywa mamo?" - zapytał Billy.
"Jabłka, banany i kapustę kupiłam w naszym warzywniaku."

Szliśmy w kierunku mydeł, kiedy zadzwonił telefon mamy. Dzwoniła ciocia Ania. To nie była prawdziwa ciocia, tylko przyjaciółka mamy. Mama stanęła przy półce i zaczęła gadać z ciocią. Gadały i gadały, gadały i gadały, aż Billy'emu zrobiło się nudno. Przymknął oczy i zaczął myśleć o wspaniałych lodach, które zaraz zje. Nagle wózek ruszył, a Billy nie otwierając oczu, dalej marzył o wielkich zielonych lodach.

"Mamo, możemy iść już na lody?" - Billy otworzył oczy, ale zamiast mamy zobaczył wysokiego pana w okularach i z wąsami. Billy się przeraził i pan się przeraził.

"A kim ty jesteś?" zapytał pan w okularach i z wąsami.

"Jestem Billy. A pan to kto? I gdzie jest moja mama?"

"Ja jestem Eryk, tata Marcina. Nie wiem gdzie jest twoja mama. I gdzie jest mój Marcin?"

"O nie!!!!" Billy i tata Marcina krzyknęli jednocześni. "Zgubiłem mamę!" krzyknął Billy i prawie chciał płakać. Na szczęście tata Marcina wpadł na pomysł, żeby powoli jechać główną alejką sklepu w kierunku półek z mydłami. Tam chyba doszło do nieszczęsnej zamiany wózków.


"Billy!!! Synku!!!! Gdzie jesteś?!!! Billy!!! Synku!!!! Gdzie jesteś?!!!", Billy usłyszał głos mamy:

"Mamo!!! Mamo!!! Mamusiu!!! Tutaj!!!"

Tata Marcina ruszył pędem w kierunku głosu mamy Billy'ego.

"Tata!!!" - krzyknął po chwili uradowany głos. Jak się okazało był to Marcin.

"Mama!!!" - krzyknął szczęśliwy Billy.

Mama była bardzo zdenerwowana i już chciała krzyczeć na tatę Marcina, że jest nieuważny i że zabrał jej wózek. I że to bardzo nieodpowiedzialne. Ale wtedy przypomniała sobie, że tak naprawdę to jej wina - była tak zajęta rozmową z ciocią Anią, że nie zauważyła kiedy odjechała do stoiska z rybami, pchając wózek w którym siedział zupełnie inny chłopiec.
Jak się okazało tata Marcina zrobił dokładnie to samo. Był tak pochłonięty rozmową ze swoim szefem, że wziął przez przypadek wózek z Billy'm.

Kiedy Billy i mama byli już w kawiarni, mama powiedziała - "Przepraszam cię synku. To moja wina. Musiałeś się najeść strachu, bo ja byłam bardzo zdenerwowana. Ale wiesz Billy ja byłam bardzo nieuważna. To się już więcej nie powtórzy, szczególnie kiedy jesteśmy razem."

Billy przytulił się do mamy bardzo, bardzo mocno i powiedział - "Nic się nie stało mamusiu. Bardzo, bardzo cię kocham."

"Ja też synku bardzo cię kocham." - z uśmiechem odpowiedziała mama i pocałowała Billy'ego w czoło.

KONIEC.


 Etapu trzeciego tym razem nie było, bo F. najnormalniej w świecie zasnął w trakcie snucia przeze mnie opowieści.


















piątek, 15 lutego 2013

Historia o Krzyczącej Basi

Dziś zamiast posta, historia wymyślona wczoraj wieczorową porą i opowiedziana F.

O Krzyczącej Basi.

Basia to mała dziewczynka, ale nie taka bardzo, bardzo mała. Chodzi przecież do przedszkola.
Basia lubi różne rzeczy. Jedną z nich jest krzyczenie.
Ale nie takie AAAAAAAAAAAAAAAAA, czy EEEEEEEEEEEEEE.

Rano mama mówi do Basi - "Basiu, tutaj są ubrania. Ubierz się."
Basia krzykiem odpowiada - "Nie, nie chcę!!!! Nie ubiorę się!!!!"
Mama ze smutkiem spogląda na Basię i mówi - "Rozumiem,  że nie chcesz się ubrać. Ale dlaczego tak krzyczysz. Uszy mi spuchną!"

W południe babcia mówi do Basi - "Basiu, pora na obiadek. Przerwij na chwilę zabawę i umyj ręce."
Basia odpowiada, znowu krzykiem - "Nie, nie chcę!!!! Nie zjem obiadu!!!!"
A babcia na to - "Dobrze, pewnie zjadłaś dużo w przedszkolu. Rozumiem, że nie chcesz jeść, ale nie krzycz tak proszę. Nie jestem głucha, choć jestem babcią."

Wieczorem tata mówi do Basi - "Basiu, już późno. Posprzątaj, chętnie ci pomogę. A potem do kąpania."

Jak myślicie co Basia na to????
Oczywiście krzykiem odpowiada tacie - "Nie, nie chcę!!!! Nie jest późno!!!! Chcę się jeszcze bawić!!!!"
A tata na to - "Dobrze, rozumiem, że chcesz się jeszcze bawić. Ale nie musisz krzyczeć. Wystarczy powiedzieć normalnie, Basiu."

"Ala, nie ruszaj!!!!! Psujesz mi zabawę!!!!" - krzyczy na swoją młodszą siostrę Alkę, kiedy ta chce się z nią pobawić. Alka jest jeszcze malutka, ale już nie dzidziuś. Bardzo podziwia swoją starszą siostrę i bardzo chce się z nią bawić. Ale, że jest malutka to czasami wygląda, że chce się psocić.

I tak jest codziennie, w domu, w sklepie, na placu zabaw, z babcią, z mamą i z tatą, z młodszą siostrzyczką Alą. Basia załatwia krzykiem wiele rzeczy. Rodzice czasami się złościli, że Basia tak ciągle krzyczy. Babcia i dziadek smucili. Alka przestraszona płakała, albo chciała gryźć Basię, co też nie było dobre. Rodzice pomyśleli, że Basia może źle słyszy i dlatego krzyczy. Ale to chyba nie była prawda, ponieważ pani Alinka z przedszkola mówi, że Basia jest bardzo grzeczna i na pewno nie krzyczy.

Rodzice, babcia i dziadek zaczęli się martwić coraz bardziej. Nie pomagały prośby, tłumaczenia. Basia dalej krzyczała, a wszystkim coraz bardziej puchły uszy od tego krzyku.

"Słuchajcie mam pomysł!!!!" - powiedziała babcia. "Kupmy sobie zatyczki do uszu. Używam ich w nocy, bo dziadek tak strasznie chrapie, że nie mogłabym zasnąć, gdyby nie te zatyczki."
Dziadek się zaczerwienił i powiedział, że nie wie o co babci chodzi.

Wszystkim bardzo się spodobał ten pomysł i od razu pobiegli do apteki kupić kilka par zatyczek do uszu. I od tej pory, kiedy tylko Basia zaczynała krzyczeć, wszyscy zakładali zatyczki do uszu i uśmiechnięci robili dalej swoje. Na początku Basia niczego nie zauważyła, skupiona na swoi krzyku. Wkrótce jednak zrozumiała, że choć ona krzyczy, to nikt nie zwraca na nią uwagi.
Zaczęła się uważniej przyglądać całej rodzinie. A, że była bardzo mądrą dziewczynką zauważyła, że za każdym razem kiedy chce odpowiedzieć komuś krzykiem, ten ktoś wkłada do uszu plastikowe patyczki. Basi przestało się to podobać, że nikt jej nie słucha kiedy krzyczy i zaczęła się zastanawiać co by tu zrobić.
"Krzyk nie działa, to może zacznę mówić do nich normalnie?" - pomyślała.

Jak wspomniałam, Basia była mądrą dziewczynką i kiedy ktoś co do niej mówił, lub o coś prosił, Basia odpowiadała normalnym, spokojnym głosem. Nawet kiedy Alka się psociła, Basia zamiast krzyczeć spokojnie wyjaśniała, że teraz bawi się klockami i ta budowla jest bardzo, bardzo ważna dla Basi i nie wolno jej burzyć. Bo to nie jest zwykła budowla tylko zamek dla księżniczki Tosi. Tosia to ukochana lalka Basi.

I co się wtedy okazało? Wszystkie zatyczki do uszu zostały wyrzucone i to bardzo szybko, a rozmowa znowu stała się przyjemnością. Z czasem nawet mała Alka zaczęła jakby lepiej rozumieć co mówi do niej Basia. I nawet jeśli jeszcze nie mogły się razem bawić, bo Alka była taka malutka, a Basia taka duża, to Alka nie przeszkadzała Basia. Natomiast Basia nie przeszkadzała Alce.

KONIEC.
















czwartek, 14 lutego 2013

Małe, a cieszy.

Zawsze chciałam mieć taki staroświecki kalendarz drewniany. Tzn nic nie robiłam w kierunku zdobycia go, ot po prostu chciałam. Ale jest, kupiony za śmieszne pieniądze, fajnie zrobiony, w stylu vintage. Frajda wielka, umieściłam go w okolicach kuchennych naszego salonu.



Kalendarz skłonił mnie do przejrzenia kilku blogów wnętrzarskich (czy jak się to nazywa), lub bardziej po ludzku blogów o wnętrzach. Są piękne, cudowne, inspirujące, kreatywne, często jedyne i niepowtarzalne. A to serwetka wydziergana własnoręcznie, a to ramka kupiona na pchlim targu, a to karafeczka kryształowa, a to filiżanka fajansowa, deseczka malowana. Figury, figurki, figureczki. Szczegóły, detale, wszystko dopasowane, nic z przypadku. Oglądam i 'zazdraszczam' mocno, bo nie mam takiego zmysłu artystycznego.Podziwiam rękodzieła i rękoczyny cholernie zdolnych kobiet, do których grupy nigdy należała nie będę, gdyż po pierwsze talentu nie mam, po drugie za leniwa jestem i po trzecie cierpliwości rzemieślniczej brak. Jest i jeszcze po czwarte, kompletny brak umiejętności znajdowania 'cudeniek' na wyprzedażach.

I nagle dopada mnie myśl, że tak jak te wnętrza są piękne, są one również nierealne, sterylne i mimo wielkiego i przeogromnego wkładu twórczyń wydają się być jakieś takie pozbawione przytulności. Przypominają jakieś mieszkania, bądź domy z dawnych lat, będące obecnie muzeami, które można zwiedzać i podziwiać, ale życie i dotykanie surowo wzbronione. Czasami pojawiają się zdjęcia rodzinne - wszyscy idealni, piękni, uśmiechnięci, prawie chce się powiedzieć wykrochmaleni i pachnący. Już wiem, że za nic nie chciałabym takiego domu. Wolę mój chaos, rzeczy 'z innej parafii' i nie do kompletu. Wszechobecne zabawki i walające się wszędzie ciuchy chłopaków - tak wszystkich Trzech. Jakoś tak bardziej swojskie się to wydaje. Powzdycham sobie do ideałów z daleka.

 mi jest nawet ciężko utrzymać porządek pomimo prób;) zawsze coś zostanie odłożone na nieodpowiednie miejsce;)

poniedziałek, 11 lutego 2013

Pozornie wiosenne wczoraj

W końcu udało się wyruszyć mi i F. na upragniony spacer. Było ostro i na włosku, że F. zostanie w domu - bo to się nie podoba, bo ma milion innych spraw do załatwienia, bo teraz koniecznie jest coś ważniejszego do zrobienia. A w ogóle to on się wyprowadza, idzie w świat i niekoniecznie zaprosi mnie na swoje urodziny. Gdzieś chyba nawet padło słowo 'dupku' wypowiedziane pod nosem, z solidnym naburmuszeniem i obrazą na cały świat. Niestety to moja wina, zdecydowanie nadużywam tego słowa, choć wydaje mi się, że nie używam go przy dzieciach. Przecież wiadomo, że z dniem ich narodzin ścianom wyrastają uszy;)

Wracając jednak do spaceru - kiedy już zawarliśmy pakt o nieagresji (czyt. nieobrażaniu się),  poszliśmy moją ukochaną trasą starych torów kolejowych, które wiodły prosto do lasu. Piękna pogoda, niewielki mróz, delikatne słońce, powoli rozgrzewające się po zimie.
I nagle słyszę je. Coraz więcej, natarczywiej i głośniej. Ptaki, już te wiosenne, trelujące. I nagle widzę lekko nabrzmiałe kwiaty leszczyny i już prawie otwarte bazie wierzbowe. Ze pagórków i wzgórków spływa roztapiający się śnieg. Udaję, że nie widzę walających się w rowach melioracyjnych śmieci - tych codziennych i tych wielkogabarytowych. Muszę tylko wyjaśnić F. skąd się wzięły tutaj śmieci. A co tam, czemu nie mam mu mówić o głupocie ludzi?

Spacer udany, pełen opowieści z serii "Opowiedz mamusiu jak to było kiedy byłaś mała" - historie zawsze są prawdziwe, no może czasami podkoloryzowane. Troszeczkę. Hitem okazała się historia o przejażdżce parowozem.

A było to tak...pewnego dnia odwiedziły mnie koleżanki i kolega ze szkoły. Poszliśmy na spacer torami kolejowymi prosto do lasu. Zapewniłam ich, z wielkim przekonaniem, że tory są stare i dawno żadna lokomotywa po nich nie jeździła. Szliśmy, wydurnialiśmy się, śpiewaliśmy, Andrzej i Magda uskuteczniali jakiś flirt niewinny. Ot, grupa licealistów na wolności i łonie przyrody. Nagle usłyszeliśmy za nami gwizd parowozu. Z wielkim zaskoczeniem spojrzeliśmy do tyłu i z jeszcze większym przerażeniem zobaczyliśmy jadącą wprost na nas machinę. Momentalnie odskoczyliśmy na boki. Parowóz jechał mega wolno i się zatrzymał. Maszynista nakrzyczał na nas strasznie, czemu się trudna dziwić. Wykazaliśmy skruchę, po czym stało się coś nieoczekiwanego. Andrzej z miną niewiniątka i błyskiem w oku zapytał czy możemy się przejechać parowozem. Maszynista zrobił głupią minę, po czym się zgodził. Nie pamiętam dokładnie ile nas było, ale wszyscy wskoczyliśmy ochoczo i wielka machina potoczyła się po szynach :D

No, ale to było lata świetlne temu, wiosenny dzień za to był wczoraj. Dziś już tylko zadymka i skrzek srok. Ale ja i tak wiem swoje - zima w odwrocie.

P.S. Teraz tory są już tak naprawdę, naprawdę nieużywane. Nie ma szyn, są same podkłady.

piątek, 8 lutego 2013

Zasłużone ferie zimowe

W końcu, po dwóch mega długich, nudnych i zupełnie zbędnych tygodniach nastały ferie zimowe. Wyczekane, upragnione. Są. I niech trwają. W głowie miliony planów dotyczących tego co będę robiła. Muszę to, tamto, siamto i owamto. Niewiele czasu na wypoczynek. Może wystarczy fakt, że pobędę z moją rodziną - znaczy się z tymi Trzema i Kotem.
A co zrobić z poprzednim blogiem? Przerzucić tutaj? Stare archiwalne wspomnienia? Czy to warto?