wtorek, 26 lutego 2013

Byle do 21ej...

Dziś drugi dzień pracy. Jest gorzej niż przed feriami. Zniechęcenie i w konsekwencji zmęczenie dotychczasową pracą nie ustąpiły po przerwie. Wręcz przeciwnie, wszystko się nasiliło. Mój umysł i mój organizm mówi mocno i stanowczo NIE. Mam dosyć kończenia pracy o 21ej, oglądania niezadowolonych twarzy, które nie wiedzą czego chcą, a najlepiej jakbym magicznie sprawiła, że ich znajomość czy to angielskiego, czy to norweskiego stała się tak dobra jak native speaker'ów.  Sorry, jestem tylko nauczycielem, a nie cudotwórcą czy językowym Houdinim. Postawa roszczeniowa i całkiem nieuzasadnione pretensje to krótka charakterystyka moich studentów w tym roku. Po 14 latach naprawdę fajnych ludzi wkoło mnie, dostałam kumulację dupków, leni i malkontentów.

Niszczą cały mój entuzjazm uczenia i sprawiają, że przestaje mi się chcieć. Na początku było mi z tym  źle. Jak to - ja, z całym moim uwielbieniem do języków i ich nauczania zaczynam odwalać chałturę? Więc wbrew postawie moich uczniów robiłam wszystko tak jak zawsze. Teraz świadomie i bez owijania w bawełnę mogę powiedzieć, że przestało mi się chcieć nawet tego. Nie mam siły, chęci, pomysłów. Czuję, że przy każdej próbie wykrzesania zaangażowania, jakaś wielka chmura niemocy opada na mnie i skutecznie blokuje wszelką inicjatywę.

Jeszcze ta załamująca świadomość, że tracę tyle z życia rodzinnego - Wojtka widzę po godzinie od poniedziałku do czwartku. Filipa trochę dłużej - może "AŻ" dwie godziny dziennie.
Nie potrafię tak dłużej, nie chcę tak dłużej.

I każdego dnia towarzyszy mi ta myśl - byle do 21ej, byle do weekendu, byle do kolejnej przerwy świątecznej, byle do wakacji...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz