wtorek, 19 marca 2013

Zima wiosenną porą...ileż można...

Dziś irytacja, tym razem pogodowa. Zima trwa od listopada. Ileż można pytam??? Znajomi i rodzina, na wieść o naszych planach wyjazdowych pukają się palcami w czoło i tonem znawcy twierdzą, że Norwegia to tylko zimno, zima, śnieg i zero słońca non stop. Tja...jeszcze dodałabym, że polarne misie biegające po norweskich polach.

Okien nie mają, różowe okulary założyli i w tropikalnych barwach polską aurę widzą? Od pięciu miesięcy nieprzerwanie panuje zima, biała śniegiem, zimna mrozem i wilgocią niestety, bo blisko morza, wiejąca wiatrem i prawie bezsłoneczna. Wydaje się więc, że wraz ze zmianą geograficzną niewiele zmieni się w temacie pogodowym, nawet śmiem powiedzieć, że może się poprawić. Spędziłam jedną zimę w Norwegii w Hedmarku i pamiętam siarczyste mrozy i dużo słońca, dzięki czemu śnieg przybierał błękitnych i różowawych barw.

Za dwa dni zaczyna się astronomiczna wiosna, za tydzień Wielkanoc. Zastanawiam się czy wyciągać wiosenną dekorację, czy może w zgodzie z tym co za oknem ozdobić balkon światełkami i świerkowymi girlandami.

Irytacja numer dwa - zdrowotna. Od kilku lat w miesiącach styczeń - kwiecień dopadają mnie zapalenia oskrzeli. Właśnie mnie dopadło i zamknęło w domu na drugi tydzień. Pierwszy tydzień udawałam, że choroby nie ma, a przynajmniej nie jest na tyle ważna, żeby iść z tym do lekarza. Z uporem maniaka wmawiałam sobie i wszystkim, że to tylko przeziębienie. Choroba upomniała się o swoje i nie dała zbyć byle czym. Dowaliła mi jeszcze po zatokach, skoro kaszlu było im mało i tym samym dostała to co chciała, czyli antybiotyku.

Walka toczy się dalej...

I na koniec - fenomen znikających skarpetek. Skarpetki z definicji swej i roli powinny chadzać parami. Nasze nie chadzają. Właściwie to nie tyle nasze, co moich chłopaków, wszystkich trzech. 

Ich skarpetki mają wielką, nie odpartą potrzebę chodzenia własnymi drogami, najlepiej w przeciwnych kierunkach tak, aby nikt (czyt JA) broń Boże nie skompletował ich zbyt wcześnie i zbyt łatwo.One nie tylko chadzają, one się z premedytacją chowają przede mną. Pozornie wchodzą parami do pralki, a po praniu wyciągam pojedyncze sztuki? Gdzie partner twój pytam. Skarpetka nabiera przysłowiowej wody w usta i milczy.

 Dlaczego skarpetki jak rękawiczki nie mogą być na sznurku, długim na tyle by nie krępował ruchu, a sprawnie przytwierdzonym do spodni lub majtek, by się nie pałętał między nogami.

...czy dobrze słyszę...tej pani to my już na dzisiaj podziękujemy....



niedziela, 17 marca 2013

Kosmiczna technologia - tylko 5 zł dziennie!

Tydzień temu zadzwoniła do mnie kuzynka O. z prośbą, abym zgodziła się na przeprowadzenie u mnie w domu pokazu odkurzacza wodnego. 
Odpowiedź oczywista NIE, ale na jej argument w stylu 'proszę zrób to dla mnie, bo jeśli ...', serce me się ugięło i wbrew rozsądkowi powiedziało TAK.
I oto wczoraj zamiast cieszyć się dwiema godzinami z rodziną, spędziłam je z Tomkiem mile się uśmiechając, przytakując i uważnie słuchając co ma pan do powiedzenia o kulkach fekalnych, zakurzaczach (do wczoraj znanych jako odkurzacze), inwestycji w zdrowie na pokolenia i wielu innych 'pasjonujących' rzeczach. Atmosfera przyjazna, pokój przyjemnie pachniał olejkiem eukaliptusowym rozpylonym dzięki odkurzaczowi. Pan był miły i z wielkim zaangażowaniem starał się sprzedać nam odkurzacz za cenę 5890, która obowiązuje dla nas dziś i tylko dziś. Eksperymentował, udowadniał, przekonywał, a ja cały czas myślałam o jego garniturze, że szkoda tych idealnie wyprasowanych spodni i koszuli na ten pokaz. Trzeba przyznać garnitur był nienagannie wyprasowany i pomimo gimnastyki przyodkurzaczowej nie pojawiło się żadne zagniecenie. Już się chciałam zapytać, czy to też dzięki odkurzaczowi. Skoro ma tyle funkcji, to może i posiada ukryte żelazko.

Przyjemne rozbawienie i rozluźnienie towarzyszyło nam prawie cały czas, a na wieść, że nie wiadomo dlaczego ten odkurzacz tak robi, ale no tak się dzieje, zrobiło się naprawdę zabawnie. Chodziło o graniczące z cudem oczyszczanie powietrza. 

No dobrze, pokaz zakończony, pora ubijać interes. Klasyczny zestaw pytać '3 przytaknięć', czy jak to się tam mądrze nazywa. Niestety dla pana po dwukrotnym przytaknięciu z naszej strony, nie pojawiło się trzecie przytaknięcie 'tak, kupujemy'. Od tej pory miła atmosfera zaczęła się robić męcząca. Nasze NIE nie przekonywało pana i z uporem maniaka powtarzał, że nie może się mu pomieścić w głowie jak świadomie wybieramy zło zakurzacza, czyli klasycznego odkurzacza. Widząc ewidentne dowody (????) świadczące o genialności i wysokiej inteligencji sprzętu rezygnujemy z niego. Ten odkurzacz jest bagatelnie tani, w przy rozbiciu na 48 rat po 170 zł mc, CZYLI 5 zł dziennie to prawie jest za darmo!!!!   

Pan widząc nasze zdecydowanie na NIE KUPUJEMY, zaczął wyciągać dodatkowe gadżety wartości kilkuset złotych, a dziś specjalnie dla nas z złotówkę. Gadżety miały nas powalić na kolana, nie powaliły, więc na koniec wytoczył ciężki kaliber argumentacji - garnki.

Byłam już naprawdę zmęczona i poprosiłam o zakończenie tego spotkania, bo my zdania nie zmienimy, produkt jest za drogi, a my mamy inne priorytety finansowe. Koniec, kropka!

Udało się, pan odpuścił, przeszliśmy do wypełniania ankiety.
- Czy podobała się prezentacja? Tak
- Czy podobał się produkt? Tak.
- Czy zarekomendowalibyśmy produkt komuś innemu? Tak. (tym razem zasada 3 przytaknięć zadziałała ;)
- A komu? No....rodzinie, znajomym...
- Świetnie, to proszę o podanie kilku imion i numerów telefonów.

I od tej pory zaczął się zgrzyt. Jakich imion, jakich telefonów? Z jakiej racji mam podawać prywatne telefony moich znajomych? Bez ich zgody? Nie ma szans.

Oj, proszę pani, ale co w tym złego, że poda pani numery telefonów. To przecież do niczego nie zobowiązuje. 

Najeżyłam się na maxa, gadka tego typu doprowadza mnie do szału. W Polsce każdego dnia jesteśmy świadkami naruszania prywatności danych i to ma być normalne? Każdego dnia dzwonią przedstawiciele jakiś firm, oferują nikomu niepotrzebne śmieciowe usługi i równie śmieciowe produkty. Miesiąc temu dzwonili do mnie przedstawiciele jakiejś szkoły językowej i z uporem maniaka namawiali na sprawdzenie poziomu języka i kursy. Przy 3cim czy 4tym razie, jak tylko usłyszałam znajomą nazwę nazwę szkoły - powiedziałam - I'm deeply sorry to interrupt you in the middle of a sentence but look, I'm a native speaker of English - how about me checking your level of the language. Pani rozłączyła się momentalnie bez pożegnania. Od tamtej pory zero telefonów ze szkoły językowej.

Wracając do pana od odkurzacza - moją sympatię utracił prosząc o jakiekolwiek telefony, bo wtedy przynajmniej zwrócą mu pieniądze za benzynę. Nie zareagowałam, udałam, że nie słyszę. Byłam zbyt zmęczona. Mam nadzieję, że moja kuzynka O. dostanie te swoje garnki, za polecenie pięciu par. 






czwartek, 14 marca 2013

O Trollu z muchomorami na nosie.

Dziś przed spaniem F. przypomniał sobie o moim starym trollu (magnes lodówkowy). Kupiłam go podczas drugiego pobytu w Norwegii. Troll jest już poobijany, brakuje mu kawałka stopy, a i pupa jakaś taka obłupana. Nie to jest jednak najważniejsze. F. zafascynowały i rozśmieszyły niesamowicie dwa malutkie muchomory na nosie trolla. I dziś przy standardowym punkcie usypiania nr II (historia), kazał mi opowiedzieć  o tym skąd wzięły się muchomory na nosie trolla. 

Gdzieś tam jest mój Troll z muchomorami na nosie. A rysować nie potrafię.
I tak powstała historia 


O TROLLU Z MUCHOMORAMI NA NOSIE

W pewnym norweskim lesie mieszkał sobie stary Troll. Był brzydki, naprawdę brzydki. Miał wielki nochal, odstające uszy i zmechacone wiatrem włosy. Jego spodnie miały wielkie dziury na kolanach, a ostatnio rozpruły się mu na pupie!!!! Miał tylko jeden but, bo drugi zgubił w bagnie uciekając przed rojem pszczół leśnych, którym chciał ukraść miód. Koszula była szaro-bura i wyglądała jak szmata od bardzo, bardzo brudnej podłogi. Niestety Troll był też niemiły. Nie lubił zwierząt i często im dokuczał. Biegał po lesie i krzyczał budząc małe zajączki, liski i łosiątka. W nocy przenosił jajka między gniazdami, przez co ptaki miały wielkie problemy z odnalezieniem swoich piskląt. 
Naprawdę nie było powodów dla których zwierzęta tego lasu miały lubić Trolla. 

Pewnej nocy Troll biegał po lesie hucząc i krzycząc jak oszalały, gdy w pewnym momencie poczuł, że jest bardzo, bardzo zmęczony. Był tak zmęczony, że aż musiał się położyć. Akurat stał pod wielką, starą Babcią-Brzozą. Położył się między jej wielkimi korzeniami i momentalnie zasnął. 

Deszcz zaczął padać, wiatr zaczął wiać. Rozpętała się wielka burza. A Troll spał i spał. I niestety strasznie marzł. Był jednak tak bardzo zmęczony, że nie mógł się obudzić choć trząsł się cały z zimna. 

  Babcia - Brzoza nie mogła dłużej patrzeć na biednego Trolla i powoli, powolutku zaczęła strząsać na niego swoje listki, a że miała ich na sobie bardzo, bardzo dużo, nie musiała się bać, że wyłysieje. Listki Babci - Brzozy otuliły Trolla cieplutko i tak szczelnie, że widać było tylko czubek nochala. Troll przestał się trząść z zimna i spał smacznie. Spał jeden dzień, jedną noc. I jeszcze jeden dzień i jeszcze jedną noc. I jeszcze jeden dzień.W końcu otworzył jedno oko, potem drugie, wyciągnął ręce. Wstał. Był wyspany i bardzo zadowolony. Był jednak bardzo głodny i bardzo chciało się mu pić. Koło Babci - Brzozy płynął strumyczek. Troll podszedł i zaczerpnął wody. Już, już miał wypić, kiedy na sowim nosie zobaczył dwie czerwone plamy. 

A co to za ohyda, teraz będę jeszcze brzydszy! - krzyknął zdenerwowany.

 Zerwał się na nogi i już chciał wydrapać te dwie krosty, kiedy zobaczył, że tak naprawdę to dwa malutkie muchomorki zaczęły mu rosnąć na nosie. Były takie, takie malutkie i takie takie przytulone do siebie, że Trollowi zrobiło się ich szkoda. Pogłaskał je delikatnie kciukiem i pomyślał, że nawet ładnie wyglądają. W tym samym czasie przypomniał sobie, co zrobiła dla niego Babcia - Brzoza, bo choć Troll spał, to jednak jakimś dziwnym sposobem wiedział co się wkoło niego dzieje. Podszedł do Babci - Brzozy i objął ją swoimi wielkimi łapskami. Poczuł się jakoś lepiej i fajniej. 

No dobra, - mruknął - pora na psikusy. 

I ruszył cichutko w kierunku bawiących się na polanie zajączków. Chciał im powiązać uszy. Ale kiedy tak siedział za wielkimi krzakami jagód pomyślał nagle, że właściwie to żadna frajda wiązać uszy zającom, że dużo fajniej byłoby pozrywać dla nich jagody.

Po kilku chwilach nazrywał ich z dwie garści. Powoli i spokojnie, żeby nie przestraszyć zajączków, wyszedł na polanę. Oczywiście kiedy go zobaczyły od razu chciały uciekać, ale zaciekawiły je dwa czerwone muchomory na nosie Trolla. Były takie śmieszne i Troll nie wyglądał już tak jakoś strasznie, a jego oczy, do tej pory szaro bure i ponure nabrały błękitnej barwy. Wyglądał tak jakoś inaczej....miło... Podeszły do niego zaciekawione, Troll wyciągnął obie dłonie i poczęstował zajączki świeżymi jagodami. 


Od tego dnia w pewnym norweskim lesie zaszły wielkie zmiany. Nie opowiadano już o strasznym, starym i złośliwym Trollu - Brzydalu, ale o Trollu z Muchomorami na nosie, WIELKIM PRZYJACIELU I OPIEKUNIE zwierząt i lasu.




Wczorajsze HABEMUS PAPAM

Pojawił się biały dym, tłum zaskandował HABEMUS PAPAM.
Konklawe wybrało Jorge Mario Bergoglio, arcybiskupa Buenos Aires i tak mamy Papieża Franciszka.


Ktoś mi znajomy powiedział dziś 'jezuita, wiadomo konserwatysta'.  Moja pierwsza myśl z kolei była - 'jezuita, człowiek światły, inteligentny, wykształcony'. 

Podoba mi się, że nowy papież przyjął za patrona św. Franciszka z Asyżu. Tchnie to jakimś optymizmem. Zwróceniem się ku podstawowym wartościom jak współczucie, pomoc potrzebującemu, pokora, szacunek do drugiego człowieka bez względu na jego wygląd, pochodzenie i majętność. 

W każdym razie życzę mu dużo siły, mądrości i wiary na cały jego pontyfikat. Lykke til!

W trakcie poszukiwania pracy i przeglądania stron znalazłam taki oto nietypowy anons dotyczący pracy.  Zatytułowany jest Små barn kan gi deg de største opplevelsene. Czyli - Małe dzieci mogą ci dać największe przeżycia. Forma ogłoszenia powaliła mnie na kolana. Pro-dzieciowość (tak, tak, wiem, że nie ma takiego słowa) tego filmiku jest widoczna od samego początku do końca. Już normalnie żałuję, że nie uczę w takim przedszkolu, że w ogóle nie uczę w przedszkolu. Odkąd pojawiły się w moim życiu moje chłopaki zauważyłam, że przebywanie w towarzystwie dzieci daje dużo większą frajdę. 



wtorek, 12 marca 2013

Jeg viser til ledig stilling som...

...tak zaczyna się standardowy list motywujący. Od kilku dni godzinami siedzę i wysyłam. Wypełniam formularze, każda kommuna (nasz powiat) ma swoje schematy. Potem veddlegg czyli załączniki. W końcu søknadsbrev. Na koniec szybkie sprawdzenie i wysyłamy. Dość szybko dostaję 'ikkesvar' e-post, że zgłoszenie przyjęte, opatrzono je takim i takim numerem. W zależności od urzędowej formułki, informują mnie kiedy rozpoczną rozpatrywanie zgłoszeń. Są też bardziej 'ludzkie' odpowiedzi - Dziękują za zainteresowanie. Odezwą się do każdego kandydata. I niezmienne Lykke til! (Na szczęście). Nawet kiedy odrzucają kandydaturę, a niestety taką dostałam od szkoły językowej z Oslo, piszą dostaję informację - Vi takker for utvist interesse, og ønsker deg lykke til videre. (Dziękujemy za wykazane zainteresowanie i życzymy szczęścia).

To tak bardzo inne niż zwyczaje polskie panujące w procesie rekrutacji. Mało kiedy raczą się odezwać potwierdzając otrzymanie zgłoszenia. I zawsze asekurują się 'zastrzegamy sobie prawo kontaktu z wybranymi kandydatami' 

 Nie masz odpowiedzi, znaczy się jesteś do bani i do tego bezosobowej bani. Norweska odmowa jest zdecydowanie milsza. Nawet kiedy cię nie chcą, nie ma kompletnego poczucia beznadziei. 

Zaczęłam korzystać z finn.no, ale zauważyłam, że nie wszystkie kommuner się tam ogłaszają. Bezpieczniej wejść bezpośrednio na strony danego powiatu. Muszę się z tym jak najszybciej uporać, gdyż søknadsfrist czyli deadline przyjmowania zgłoszeń przypada na połowę marca, jego koniec lub początek kwietnia. 

Czy się uda? Czas pokaże. Wiem tylko jedno, że jeśli nie spróbuję będę żałowała. Jest tyle rzeczy do przemyślenia związanego z przeprowadzką, kwestii dotyczących nowego życia. Nie jadę sama, jedziemy razem. To nie tylko o mnie chodzi... 

Pozostawiając dylematy wyjazdowe - dziś bardzo ważne dwa wydarzenia. Po pierwsze w skali naszej rodzinnej - oficjalne urodziny Wojtusia. Po drugie w skali światowej - ropoczęło się konklawe w Watykanie. Dym czarny. Papież nie wybrany. Mądrości i łaski Ducha Świętego dla wszystkich arcybiskupów tam będących.

 

sobota, 9 marca 2013

Wszystkiego Najlepszego Synku!

12. marca W. skończy dwa latka - jak łatwo się domyśleć to najmłodszy z mojej Trójki. 
 
Wszedł do naszego życia 05.10.2011r. Dzień przed naszą 10tą rocznicą ślubu. Był naszym cudnym, najcudniejszym prezentem od Boga. Dokładnie po 2,5 roku czekania pojawił się wciąż mały, błękitnooki i  stworzony do kochania blondynek.  


















12. października napisaliśmy do Sądu następujące słowa:

W związku ze złożonym wnioskiem o przysposobienie małoletniego W.W. ur 12.03.2011 r zwracamy się z prośbą o wydanie zarządzenia, dotyczącego umieszczenia dziecka pod naszą bezpośrednią opieką. 

Uzasadnienie.
O W. dowiedzieliśmy się 28 września, dzień później spotkaliśmy się z pracownikami OAO w Gdańsku. Otrzymaliśmy podstawowe informacje o nim, matce biologicznej, a także o tym jaki jest. Informacji niewiele, ale na tyle dużo, że chcieliśmy go poznać. W niecały tydzień później spotkaliśmy W. w DD.
Jego spojrzenie i uśmiech - od razu pomyśleliśmy, że W. jest stworzony do kochania. Spędziliśmy z nim dwie godziny - bawiąc się, nosząc tuląc nieśmiało, a w końcu usypiając. Oszołomieni i bardzo szczęśliwi wróciliśmy do domu. Tak to jest nasz synek, brat naszego pierworodnego. Już w pierwszych chwilach wiedzieliśmy, że W. jest członkiem naszej rodziny. Skąd? Nie wiem, te rzeczy się czuje. Podzieliliśmy się tą informacją z naszym synkiem F., który choć sam wciąż malutki od razu przejął rolę starszego brata. Było to dla nas dużym zaskoczeniem, w końcu ma dopiero 3 lata, a wykazuje się taką dojrzałością.
W miarę możliwości odwiedzamy W. każdego dnia, staramy się chodzić do DD całą naszą 3ką. Każde spotkanie jest potwierdzeniem pierwszego odczucia 'to nasz synek'. Bawimy się, karmimy, przewijamy go. Utulamy kiedy płacze, rozmawiamy z nim - w miarę możliwości wykonujemy wszystkie te możliwości, które wykonuje mama i tata przy swoim dziecku. Poznajemy jego upodobania i potrzeby, a każde rozstanie napawa nas smutkiem. Z każdą minutą spędzoną z W. obdarzamy go coraz większym odczuciem i ogarnia nas wielka potrzeba wzięcia go do domu, bo tam jest jego miejsce. Pragniemy, aby ten moment nadszedł jak najszybciej. 

10.11.2011, dzień przed Świętem Odzyskania Niepodległości W. przyszedł z nami do domu. W lutym 2012 został naszym synem także wobec prawa. 
 

Wizualizacja marzeń.

Przed chwilą puszczali utwór Ian'a Hammer'a z Miami Vice. Pamiętam, że odkąd go usłyszałam powstało marzenie. Góry, piękne, wysokie, nieprzystępne. Kuszące wolnością i przekraczaniem granic. Są dwie wersje tego marzenia, ja idąca szlakiem i królująca wzrokiem nad światem. Oddech pełną piersią, nieograniczona niczym swoboda. Serce zaraz wyskoczy, bije jak oszalałe. Pan świata.

Albo jazda samochodem, za oknem góry. Ten drugi obrazek z lekka kiczowaty - pewnie najlepiej w kabrio, ktoś pomyśli. No właśnie kiczowaty zgadzam się, ale zamiast kabrio poproszę o jakiegoś pięknego land rover'a. (np Discovery II)
I góry zawsze, wszędzie.

Poniżej wrzucam link do utworu. Niestety wrażeń wzrokowych brak. Wystarczy jedna zamknąć oczy i jazda....I niech ten utwór będzie na szczęście dla naszych zmian życiowych.


środa, 6 marca 2013

Przeczucia i nieprzewidywalność

Stałam w łazience, malowałam oczy i pomyślałam o A. Co u niej słychać, nie widziałyśmy się od początku stycznia. Wojażowała z W. po Australii. Dostałam z jakiś miesiąc temu sms'a, że wrócili, że Australia jest piękna i że dalej walczą o dziecko. A. znam od kilku lat, dużo, bardzo dużo o sobie wiemy, choć nigdy nie spotkałyśmy się poza murami szkoły. Nie ma między nami przyjaźni, ale jest coś co nas łączy i wybiega poza zwykłe relacje student - lektor.

Czas płynął, a dzisiaj o niej pomyślałam. Kilka godzin temu zadzwoniła. Wesołym głosem powitałam ją, ale jej słowa zmroziły mnie. 
U jej partnera W.
zdiagnozowano raka jelita grubego. Dają mu kilka miesięcy. Nie bardzo wiedziałam co mówić. 2 lata temu jej przyjaciel popełnił samobójstwo. Też do mnie zadzwoniła, ale jakoś wtedy łatwiej mi było rozmawiać. Łatwiej było znaleźć odpowiednie słowa, łatwiej było słuchać. Dziś bełkotałam coś bez sensu - o nadziei, o wierze, o modlitwie, o cudach. Właściwie nie było to bez sensu. Głęboko wierzę, że są grupy modlitewne świeckie czy czy zakonne, które zrzeszają ludzi o wielkiej wierze w Boga. Zbierają się, modlą i ta ich modlitwa czyni cuda. Upraszają łaski i łaska spływa. Chorzy zdrowieją, upadli powstają, nieszczęśliwi odnajdują szczęście.

Najchętniej przestałabym o tym myśleć, wymazać A. z pamięci. Usprawiedliwić swoją niemoc i brak słów, które powinnam jej powiedzieć. Ludzie nie wiedzą co mówić w takich sytuacjach. W obliczu śmierci, śmiertelnej choroby. Jak być z takimi ludźmi i jak być dla nich wsparciem.  Co zrobić by nieść jakąkolwiek pomoc. Czułam się bezsilna rozmawiając z nią. Boję się do niej zadzwonić. Wiem, że muszę to zrobić.

poniedziałek, 4 marca 2013

Ring meg etter klokka 14.

Będzie dziś krótko i treściwie, ot tak muszę się wyzbyć zbyt dużej ekscytacji. Powysyłałam dzisiaj kilka CV do Norwegii. Każdy e-mail dostał odpowiedź. W większości z automatyczną informacją, że dziękują za przesłanie życiorysu i że 'oversendt til søknadsbehandling' (odesłane do rozpatrzenia).

Były też dwa maile o bardziej osobistej treści - że dziękują za zgłoszenie, ale jednak nie mają dla mnie pracy. Niemniej zważywszy na moje kwalifikacje sugerują to i tamto. 
Pomyślałam sobie, że to takie inne niż u nas. Polscy pracodawcy najprawdopodobniej zignorują taką osobę, pisząc w ogłoszeniu, że zastrzegają sobie prawo kontaktu tylko z wybranymi kandydatami. Fair enough, ale o ile milej jest być potraktowanym jednostkowo.

I na koniec - wysłałam też CV do firmy w Trondheim - jutro mam rozmowę telefoniczną z szefową firmy. Szybko, ale raz kozie śmierć. Może w końcu znajomość 3 języków zaowocuje.

Ta det med ro - nie nastawiam się na cuda, ale jeśli nie spróbuję, będę mogła mieć żal tylko do siebie.



sobota, 2 marca 2013

Wielki come back Norwegii...

...w moim życiu.

W 1994 roku spełniłam swoje marzenie i rozpoczęłam studia na gdańskiej skandynawistyce, linia norweska. Czemu? Byłam pod wielkim wrażeniem książki "A lasy wiecznie śpiewają" Trygve Gulbranssena* - pociągała mnie z jednej strony tajemniczość i niedostępność uczuciowa ludzi w niej przedstawionych, a z drugiej tęsknoty i ukryte emocje, pełne namiętności i miłości.  Ich siła, umiłowanie czynu niż słów. Skomplikowane relacje międzyludzkie. Tak, nie da się ukryć ta książka zauroczyła mnie, wychowaną na siostrach Brontë i Jane Austen dwudziestoparolatkę na tyle, że widziałam w niej całą Norwegię.

Studia okazały się lekkim rozczarowaniem - m.in dało się odczuć brak pomysłu na te studia. Co właściwie one dają, jak mają kształcić przyszłych skandynawistów? Brak dobrej kadry wykładowców. Jednym z niewielu wykładowców z prawdziwego zdarzenia był Andrzej Chojecki. Naukowiec w każdym calu, wspaniały skandynawista i człowiek o wielkiej wiedzy, inteligencji i niesamowitym poczuciu humoru. Był oczywiście Zenon Ciesielski, ojciec gdańskiej skandynawistyki, ale przeszedł na emeryturę rok przed moim studiowaniem.

Niemniej jednak studia dały mi możliwość wyjazdów do Norwegii. 
Na początek folkehøyskole. Nie był to najszczęśliwszy pobyt na pierwszy rzut oka. Po pierwsze porażka językowa. Po 2gim roku wydawało mi się, że świetnie znam norweski i niestety czekało mnie bolesne zderzenie z dialektami.
Po drugie, moja postawa - byłam arogancka, traktująca wszystkich z góry Polka. Taka byłam, niestety. Zupełnie nie rozumiałam ich potrzeby bycia razem, spotykania się poza zajęciami i brania udziału w różnych kółkach - garncarstwo, chór, sporty wszelkiej maści - to dla mnie była strata czasu. Projekty do realizacji w grupach - koń by się uśmiał. Wszystko można zrobić samemu, szybciej i 10 razy lepiej. A na dodatek byłam przecież studentką Uniwersytetu Gdańskiego, przyszłą intelektualistką i inteligencją polskiego narodu (tja...) Pobyt tam skończył się jedną, niezaprzeczalną zaletą - wtedy właśnie nauczyłam się korzystać z komputera i poznałam Internet. W 1996r. te 2 rzeczy były czymś nowym i nieosiągalnym dla zwykłego śmiertelnika.

Prawda jest jednak taka, że bardzo się myliłam w 'odczytywaniu' zachowania Norwegów, no może poza jedną rzeczą - ciężko u nich z bardziej wysublimowanym poczuciem humoru, a aluzje i sarkazm biorą dość dosłownie.

Potem kolejna próba - wyjazd do Oslo jako au pair - to była porażka wielka - zupełnie się nie nadawałam na bycie opiekunką dla dzieci. Zero instynktu macierzyńskiego, zero chęci zniżenia się do ich poziomu. Dzieci wydawały mi się być jakimiś marsjanami, z którymi wszelki kontakt jest niemożliwy.*  Na szczęście moi pracodawcy szybko zauważyli, że mało się nadaję do tej roli i przy obopólnej zgodzie wróciłam do po kilku miesiącach do Polski. Na moje miejsce przyjechał ktoś inny. Tak mi ten wyjazd nie leżał, że nawet nie pamiętam miejsca, w którym mieszkałam (a było piękne, w środku lasu, kilka domków, wciąż jednak blisko Oslo). Nie pamiętam nazwiska, ani imion. Ale pamiętam dwie rzeczy - psa, fajnego labradora i bliskie spotkanie z łosiami.
Pies zwał się Kura - słowo to oznaczało coś po fińsku, ale mi kojarzyło się oczywiście li tylko z drobiem.  A jeśli chodzi o łosie, to pewnego dnia w lesie na spacerze ot tak przebiegły mi drogę. Trzy łosie, dwa duże i jeden mały. Jeden stanął, zerknął i pobiegł dalej. A ja prawie skakałam z radości jak dziecko.

Zdążyłam wrócić przed październikiem i anulowałam dziekankę. Rozpoczęłam 4ty rok moich studiów i ...poznałam mojego Tomka, ale to zupełnie inna historia. :D

I w końcu trzeci wyjazd - przysłowie mówi do trzech razy sztuka i tym razem się udało! Pisałam pracę magisterską o ODIN (Offentlig Dokumentasjon i Norge), wysłałam szkic na konkurs i dostałam stypendium z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Norwegii. Miesiąc na Uniwersytecie w Oslo. Było świetnie, fantastycznie - studencko, intelektualnie, jakoś tak z rozmachem. 

Wróciłam do Polski, byłam zakochana w Tomku, zaczęłam pracę w mojej firmie - kariera dość szybko szła do przodu. Norweski nie był mi potrzebny, nie wykorzystałam znajomości nawiązanych przez ten miesiąc. Zostawiłam język i Norwegię na dwanaście długich lat.

Na początek wrócił język, teraz mam nadzieję, że wróci i kraj. Planujemy wyjazd całą naszą czwórką. Ale to też inna historia. :D

Z perspektywy lat, wiem, że wiele się nauczyłam od Norwegów i mam nadzieję, że udało mi się choć trochę wcielić w życie ich pewne postawy społeczne - bezinteresowną życzliwość, chęć bycia pomocnym,  umiejętności współpracy i bezkonfliktowość.  Niestety nie nauczyłam się jak zwolnić tempo życia, ale to jeszcze przede mną. W końcu owa norweska niespieszność z upływem czasu nabrała większej wartości.


* wróciłam po latach do tej książki i lasy znowu śpiewają...
*czasami nadal tak myślę...:/