środa, 6 marca 2013

Przeczucia i nieprzewidywalność

Stałam w łazience, malowałam oczy i pomyślałam o A. Co u niej słychać, nie widziałyśmy się od początku stycznia. Wojażowała z W. po Australii. Dostałam z jakiś miesiąc temu sms'a, że wrócili, że Australia jest piękna i że dalej walczą o dziecko. A. znam od kilku lat, dużo, bardzo dużo o sobie wiemy, choć nigdy nie spotkałyśmy się poza murami szkoły. Nie ma między nami przyjaźni, ale jest coś co nas łączy i wybiega poza zwykłe relacje student - lektor.

Czas płynął, a dzisiaj o niej pomyślałam. Kilka godzin temu zadzwoniła. Wesołym głosem powitałam ją, ale jej słowa zmroziły mnie. 
U jej partnera W.
zdiagnozowano raka jelita grubego. Dają mu kilka miesięcy. Nie bardzo wiedziałam co mówić. 2 lata temu jej przyjaciel popełnił samobójstwo. Też do mnie zadzwoniła, ale jakoś wtedy łatwiej mi było rozmawiać. Łatwiej było znaleźć odpowiednie słowa, łatwiej było słuchać. Dziś bełkotałam coś bez sensu - o nadziei, o wierze, o modlitwie, o cudach. Właściwie nie było to bez sensu. Głęboko wierzę, że są grupy modlitewne świeckie czy czy zakonne, które zrzeszają ludzi o wielkiej wierze w Boga. Zbierają się, modlą i ta ich modlitwa czyni cuda. Upraszają łaski i łaska spływa. Chorzy zdrowieją, upadli powstają, nieszczęśliwi odnajdują szczęście.

Najchętniej przestałabym o tym myśleć, wymazać A. z pamięci. Usprawiedliwić swoją niemoc i brak słów, które powinnam jej powiedzieć. Ludzie nie wiedzą co mówić w takich sytuacjach. W obliczu śmierci, śmiertelnej choroby. Jak być z takimi ludźmi i jak być dla nich wsparciem.  Co zrobić by nieść jakąkolwiek pomoc. Czułam się bezsilna rozmawiając z nią. Boję się do niej zadzwonić. Wiem, że muszę to zrobić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz