sobota, 2 marca 2013

Wielki come back Norwegii...

...w moim życiu.

W 1994 roku spełniłam swoje marzenie i rozpoczęłam studia na gdańskiej skandynawistyce, linia norweska. Czemu? Byłam pod wielkim wrażeniem książki "A lasy wiecznie śpiewają" Trygve Gulbranssena* - pociągała mnie z jednej strony tajemniczość i niedostępność uczuciowa ludzi w niej przedstawionych, a z drugiej tęsknoty i ukryte emocje, pełne namiętności i miłości.  Ich siła, umiłowanie czynu niż słów. Skomplikowane relacje międzyludzkie. Tak, nie da się ukryć ta książka zauroczyła mnie, wychowaną na siostrach Brontë i Jane Austen dwudziestoparolatkę na tyle, że widziałam w niej całą Norwegię.

Studia okazały się lekkim rozczarowaniem - m.in dało się odczuć brak pomysłu na te studia. Co właściwie one dają, jak mają kształcić przyszłych skandynawistów? Brak dobrej kadry wykładowców. Jednym z niewielu wykładowców z prawdziwego zdarzenia był Andrzej Chojecki. Naukowiec w każdym calu, wspaniały skandynawista i człowiek o wielkiej wiedzy, inteligencji i niesamowitym poczuciu humoru. Był oczywiście Zenon Ciesielski, ojciec gdańskiej skandynawistyki, ale przeszedł na emeryturę rok przed moim studiowaniem.

Niemniej jednak studia dały mi możliwość wyjazdów do Norwegii. 
Na początek folkehøyskole. Nie był to najszczęśliwszy pobyt na pierwszy rzut oka. Po pierwsze porażka językowa. Po 2gim roku wydawało mi się, że świetnie znam norweski i niestety czekało mnie bolesne zderzenie z dialektami.
Po drugie, moja postawa - byłam arogancka, traktująca wszystkich z góry Polka. Taka byłam, niestety. Zupełnie nie rozumiałam ich potrzeby bycia razem, spotykania się poza zajęciami i brania udziału w różnych kółkach - garncarstwo, chór, sporty wszelkiej maści - to dla mnie była strata czasu. Projekty do realizacji w grupach - koń by się uśmiał. Wszystko można zrobić samemu, szybciej i 10 razy lepiej. A na dodatek byłam przecież studentką Uniwersytetu Gdańskiego, przyszłą intelektualistką i inteligencją polskiego narodu (tja...) Pobyt tam skończył się jedną, niezaprzeczalną zaletą - wtedy właśnie nauczyłam się korzystać z komputera i poznałam Internet. W 1996r. te 2 rzeczy były czymś nowym i nieosiągalnym dla zwykłego śmiertelnika.

Prawda jest jednak taka, że bardzo się myliłam w 'odczytywaniu' zachowania Norwegów, no może poza jedną rzeczą - ciężko u nich z bardziej wysublimowanym poczuciem humoru, a aluzje i sarkazm biorą dość dosłownie.

Potem kolejna próba - wyjazd do Oslo jako au pair - to była porażka wielka - zupełnie się nie nadawałam na bycie opiekunką dla dzieci. Zero instynktu macierzyńskiego, zero chęci zniżenia się do ich poziomu. Dzieci wydawały mi się być jakimiś marsjanami, z którymi wszelki kontakt jest niemożliwy.*  Na szczęście moi pracodawcy szybko zauważyli, że mało się nadaję do tej roli i przy obopólnej zgodzie wróciłam do po kilku miesiącach do Polski. Na moje miejsce przyjechał ktoś inny. Tak mi ten wyjazd nie leżał, że nawet nie pamiętam miejsca, w którym mieszkałam (a było piękne, w środku lasu, kilka domków, wciąż jednak blisko Oslo). Nie pamiętam nazwiska, ani imion. Ale pamiętam dwie rzeczy - psa, fajnego labradora i bliskie spotkanie z łosiami.
Pies zwał się Kura - słowo to oznaczało coś po fińsku, ale mi kojarzyło się oczywiście li tylko z drobiem.  A jeśli chodzi o łosie, to pewnego dnia w lesie na spacerze ot tak przebiegły mi drogę. Trzy łosie, dwa duże i jeden mały. Jeden stanął, zerknął i pobiegł dalej. A ja prawie skakałam z radości jak dziecko.

Zdążyłam wrócić przed październikiem i anulowałam dziekankę. Rozpoczęłam 4ty rok moich studiów i ...poznałam mojego Tomka, ale to zupełnie inna historia. :D

I w końcu trzeci wyjazd - przysłowie mówi do trzech razy sztuka i tym razem się udało! Pisałam pracę magisterską o ODIN (Offentlig Dokumentasjon i Norge), wysłałam szkic na konkurs i dostałam stypendium z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Norwegii. Miesiąc na Uniwersytecie w Oslo. Było świetnie, fantastycznie - studencko, intelektualnie, jakoś tak z rozmachem. 

Wróciłam do Polski, byłam zakochana w Tomku, zaczęłam pracę w mojej firmie - kariera dość szybko szła do przodu. Norweski nie był mi potrzebny, nie wykorzystałam znajomości nawiązanych przez ten miesiąc. Zostawiłam język i Norwegię na dwanaście długich lat.

Na początek wrócił język, teraz mam nadzieję, że wróci i kraj. Planujemy wyjazd całą naszą czwórką. Ale to też inna historia. :D

Z perspektywy lat, wiem, że wiele się nauczyłam od Norwegów i mam nadzieję, że udało mi się choć trochę wcielić w życie ich pewne postawy społeczne - bezinteresowną życzliwość, chęć bycia pomocnym,  umiejętności współpracy i bezkonfliktowość.  Niestety nie nauczyłam się jak zwolnić tempo życia, ale to jeszcze przede mną. W końcu owa norweska niespieszność z upływem czasu nabrała większej wartości.


* wróciłam po latach do tej książki i lasy znowu śpiewają...
*czasami nadal tak myślę...:/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz