piątek, 5 kwietnia 2013

U polskiego lekarza

Jakiś czas temu na podczytywanym przeze mnie blogu, pojawił się wpis "U norweskiego lekarza", przedstawiający w bardzo pozytywnym świetle pierwsze doświadczenie autorki z norweską służbą zdrowia.
Pomyślałam sobie wtedy, że i ja nie mam najgorszych doświadczeń. Przynajmniej z internistami i pediatrami, z którymi mam najwięcej do czynienia. Rejestracja jest internetowa lub telefoniczna, wizyty są na ustaloną godzinę. Jedynym absurdem wydaje się być długość wizyty - 12 minut. Dlaczego akurat 12?

Niemniej jednak, byłam świadoma mniejszych i większych horrorów, których doświadczają polscy pacjenci, albo ze strony gburowatych lekarzy, albo biurokracji i błędów systemu. Wczoraj doświadczyłam  i jednego i drugiego.

Od stycznia czekałam na wizytę u alergologa dziecięcego - 04.04.2013r, godz.12ta. Grzecznie stawiliśmy się z W. na kwadrans przed wizytą. W poczekalni tłum, godzinny poślizg, na swoją kolej czekał pacjent umówiony na 11tą. Okazało się też, że na 12tą czeka inna osoba. Poszłam więc do rejestracji wyjaśnić sytuację. Rzeczywiście nie było nas na liście, co gorsza, W. nie istniał w systemie. Tzn, istniał w poradni rehabilitacyjnej, poza tym nic. Zero śladu informacji o wczorajszej wizycie, zero śladu naszej majowej bytności w poradni alergologicznej, zero śladu trzech zmarnowanych dni w szpitalu alergologicznym. Placówka, do której chodzimy z W. jest wielkim kompleksem szpitalnym z różnymi poradniami dla dzieci i każdy pacjent ma swoje konto w którym znajdują się informacje dotyczące jakiejkolwiek jego tam aktywności.

Pielęgniarka w rejestracji zawołała przełożoną. Ta była miła, przeprosiła, coś napisała w komputerze i zaniosła kartę do gabinetu. Czekałam grzecznie na swoją kolej, pacjentów ubywało. Wszystko wróciło więc na dobre tory. Kolejna godzina minęła. Przed nami były już tylko dwie osoby, a poczekalnia znowu się zapełniła pacjentami na późniejsze godziny. W pewnym momencie wyszła pani doktor - wyczytała nazwisko. Brak. Kolejne nazwisko, kolejne, kolejne. Pani doktor bardzo szybko ustaliła kolejność kto wchodzi po kim. "A wy na końcu" - powiedziała wskazując na nas i zniknęła w swoim gabinecie. Osłupiałam. Czekam od dwóch godzin i miałam jeszcze czekać kolejną, bo jakaś pielęgniarka nie dopatrzyła swojego obowiązku i nie wpisała W. do komputera? 

Powinnam była wmaszerować do gabinetu i zażądać wyjaśnień. Niestety W. miał już serdecznie dość dwugodzinnego siedzenia w wąskiej i dusznej poczekalni i dawał się we znaki. Odpuściłam i poszłam do rejestracji zapisać się na kolejną wizytę. Oczekiwałam, że dostaniemy termin na za kilka miesięcy, a tutaj wielkie zdziwienie - przyszły tydzień. Jak jest to w ogóle możliwe? W normalnej sytuacji czeka się na wizytę miesiącami, bo nie ma terminów. Nie ważne, czy sprawa jest pilna - następna wizyta za kilka miesięcy. Choroba W. nie jest poważna, możemy czekać, ale są przypadki, w których chodzi o istotne pogorszenie zdrowia czy nawet jego zagrożenie - nie ma to żadnego znaczenia. Człowiek niezmiennie słyszy - kolejna wizyta za kilka miesięcy. Szpitale nie przyjmują pacjentów, pogotowia bagatelizują zgłoszenia, tłumacząc się brakiem funduszy. Coraz bardziej zaczynam się jednak zastanawiać na ile jest to brak pieniędzy, a na ile ludzkie lenistwo, brak wyobraźni graniczący z głupotą i brak empatii. Nic to, pozostaje mi uzbroić się w dużą dozę chamstwa i tupetu, bo kolejny raz na pewno nie dam się tak zbyć.

Dzień zakończył się dla mnie katastrofalnie - zmogła mnie grypa żołądkowa, którą kilka dni temu przechodził F. zajęcia odwołane, z wróciłam do domu. Wczoraj umierałam, dziś już lepiej. Mam jeszcze weekend do rekonwalescencji. Przynajmniej zajmę się postem wielkanocnym, który od kilku dni czeka na publikację. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz