piątek, 24 maja 2013

Serce roście.

"Serce roście patrząc na (...)" te przedszkolaki, które dla swoich staruszków urządziły Święto Rodziny. Było przedstawienie O Rycerzu i Smoku, piosenki polskie i angielskie.Poczęstunek.

 Prezenty dla nas, śliczne, choć widać, że zrobione prze wielkiej pomocy pani Wandzi. Radość wielka, przeogromna. Boże, jak to dobrze mieć dzieci i jak to dobrze doznawać takiej właśnie radości! 

Człowiek nie posiadający dziecka może stuknąć się w czoło i pomyśleć - odbiło babie! Może i odbiło, ale nic na to nie poradzę, że jestem prawie posikana po nogach z radości widząc, jak Filip się rozwija, jak jest lubiany i akceptowany w grupie. Jak odnajduje w niej swoje miejsce, pozostając przy tym całym sobą. Człowiek może naprawdę swobodnie odetchnąć, mając świadomość, że zostawia swoje dziecko na te 8 godzin dziennie w dobrych rękach. Profesjonalnie przygotowanych do zajmowania się takimi dziećmi, a przy tym lubiących i swoją pracę i dzieci z którymi są od prawie 3 lat. Pani Małgosiu, Pani Wandziu - bardzo dziękuję! 

Od września wysyłamy do przedszkola prawdopodobnie Wojtka. Już teraz gdyby mógł maszerowałby każdego ranka ze swoim starszym bratem. A na załączonym obrazku widać, że doskonale wpasowałby się w środowisko. Dzięki Bogu, dyrekcja przedszkola zaoferowała specjalny rabat dla dzieci, którego rodzeństwo już uczęszcza do przedszkola i czesne jest wtedy o 50% mniejsze. W przeciwnym razie popłynęlibyśmy finansowo, zakładając, że ogóle byłoby nas na to stać.



Na koniec z cyklu wieczorne pogaduszki do poduszki.

- Czy M. to twój najlepszy kolega, Filipku?

- Tak, najlepszy! A wiesz, że mam narzeczoną? R.


Zdębiałam, jaką narzeczoną? Skąd ten mały smark zna takie słowa?

- A co to znaczy Filipku, że masz narzeczoną? 

- No, że chłopak kocha dziewczynę, a dziewczyna kocha chłopaka. 

No tak widzę, że dziecię w pełni uświadomione! Pierwsze relacje damsko-męskie opanowane.

- R. jest moją narzeczoną, a W.  jest narzeczoną M. 

Aha, kiwnęłam głową z pełnym zrozumieniem sprawy. Najlepsi kumple podzielili się siostrami bliźniaczkami.

- R. nie lubi wojska, a W. lubi wojsko - kontynuował swoją opowieść Filip - bo widzisz, R. jest taka dziewczyńska, a W. jest trochę chłopczyńska. (wszystko pomieszałam, Filipa narzeczona to W., która wojsk nie lubi. A M. to R., która wojsko lubi)

No i wszystko wiadomo! Synku - przed tobą jeszcze wielu najlepszych kolegów. Choć życzę ci, żebyś nie tyle miał ich wielu, co niewielu, ale za to zaufanych i takich na których możesz liczyć. Przed tobą jeszcze wiele 'narzeczonych' i połamań serca. Jedyne czego jednak pragnę, to abyś zawsze miał do mnie na tyle zaufania, żeby dzielić się ze mną swoimi radościami i smutkami, wygranymi jak i przegraną. Będę się starała to wypracować, ale koniec końców to ty zdecydujesz czy mnie wtajemniczysz w swoje już doroślejsze życie. A mi nie pozostanie nic jak tylko pozwolić ci dokonywać autonomicznych wyborów.

środa, 22 maja 2013

Doczekałam się.


Doczekałam się już prawie wszystkich zapachów wiosennych, o których wspominałam wcześniej. 

Są więc bzy w sąsiednim ogrodzie.


Są i konwalie w naszym ogrodzie.

Doczekałam się. 

Także i wielkiej góry prasowania. Ciekawa jestem jak mocno jeszcze urośnie zanim doczekam się jaśminu. Zniknie? Może choć trochę. Podrzucę mamie? Tomek się zlituje? Czy po prostu runie? 

 Niestety, wieczorową porą doczekałam się także cichych dni z moim Tomkiem i mamą. Przyjechał po mnie po pracy i chwali się jakich to zakupów nie zrobił na działkę. 3 jabłonie, 2 krzaki porzeczek i agrest. I czeka na oklaski. Zamiast oklasków dostał ochrzan - bo po co nam 4 drzewka jabłoni na minimalnej powierzchni? Istnieją jeszcze inne drzewka - gruszki, śliwy, czereśnie i wiśnie. Mąż się obruszył, śmiertelnie obraził i zamilkł. Zamilkłam i ja. No i milczymy sobie dalej. Nie wiem co bardziej mnie wkurzyło - to, że kupił te drzewka czy, że jest taki łasy na pochwały. Pępek świata.

Afera z mamą. Przyszłam, Filip nie śpi, leży w jej sypialni i ogląda jakiś idiotyczny serial. "Na dobre i na złe" bodajże. Kazałam mu pójść na górę, nie chciał. Ostrym tonem kazałam mu iść na górę jeszcze raz. Chyba nawet krzykiem skomentowałam film. Filip w płacz, moja mama rzuciła kąśliwą uwagę pod moim adresem w stylu. Uspokój się. Nienormalna jesteś? Rano drzesz się na dziecko, ledwo przyjdziesz, drzesz się znowu
Rzeczywiście rano była afera przed wyjściem do przedszkola i kiedy tłumaczenie nie pomogła, wybuchłam. Filip na początek się zbuntował, powiedział kilka niemiłych słów. Potem się popłakał i zaczął przepraszać rozpaczliwie. Kiedy piszę i myślę o takich sytuacjach czuję się koszmarnie. Moja porażka na pełnej linii. Wykorzystałam swoją pozycję dorosłego i wyżyłam się na dziecku. 

Mam tak mało czasu dla moich chłopaków i jeszcze go marnuję. Zamiast łapać chwile, kiedy mogę być z nimi, marnotrawię je. 

Z miłego początkowo posta zrobiło się mniej przyjemnie, wręcz smutno. Za oknem też pochmurnie, wietrznie i drastycznie spadła temperatura. Z 20 stopni na 8. Siąpi deszcz. Zaglądam na www.yr.no i co widzę? 7-12 stopni w ciągu dnia, lekka bryza (za oknem ostro wieje) i słońce cały dzień (za oknem chmury zawładnęły całym niebem). Skąd oni wzięli tę pogodę? A może to tylko nade mną taka pogoda, odzwierciedlenie stanu mojej duszy. Chwilowe. 
NA PEWNO!!!

P.S. Pogoda zrobiła się taka jaką przewidziało yr.no. Pogodnie jest już i u mnie. 

piątek, 17 maja 2013

Kwiaty kością niezgody.

W końcu wyrwałam się do kosmetyczki na chwilę relaksu i dźwignięcia kondycji pięt i paznokci. Miało być miło i przyjemnie, zakończyło się smutnymi wnioskami o ludziach. Na szczęście z ładnymi paznokciami i piętami gładkimi jak pupa niemowlaka.

Bohaterkami tej historii są moja Kosmetyczka i jej sąsiadka p. Zosia, a raczej ich kwiatowy konflikt.

Kosmetyczka od ponad roku wojuje z sąsiadką, której zachciało się przekształcić trawnik należący do wspólnoty w swój prywatny ogródek. Pewnego dnia p. Zosia przytachała kilka worków ziemi, uformowała górkę i zaczęła sadzenie. A to tulipanek, a to żonkilek i narcyzek, a to jakiś krzaczek. Jeden, drugi, trochę się tego nazbierało. Kosmetyczka głos w sprawie nielegalnego ogródka zabierała na każdym zebraniu wspólnoty. Chodziła po sąsiadach i przedstawiała kwiatki w wielce negatywnym świetle. Ale ani sąsiedzi, ani zarząd spółdzielni nie wykazał żadnego, ale to żadnego zrozumienia do zażaleń kosmetyczki. Co więcej złośliwi i nieżyczliwi mojej Kosmetyczce sąsiedzi co rusz to dobre słowo p. Zosi o kwiatkach rzucą - a to że dba, a to, że ładnie i kolorowo, a to, że ma rękę do kwiatów. A biedna Kosmetyczka pianę toczy na tę jawną niesprawiedliwość dziejową. Kwiatki i krzaczki solą w oku jej stanęły i drażnią do dzisiaj. Długa zima spowodowała, że sprawa z lekka ucichła, kwiatki grzecznie pod śniegiem cicho siedziały. P. Zosia, starsza osoba w domu siedziała zimową porą i soli w oku Kosmetyczki swą osobą nie drażniła. Wraz z wiosną i jej całym pięknem, na powierzchnię wypełzł na nowo przytajony do tej pory konflikt kwiatowy. 

P. Zosia poczuwszy wiosnę, zaopatrzona w łopatkę, konewkę i nowe rośliny ruszyła na trawnik i swoją kwiatową górkę. Poszła nawet o krok dalej i postanowiła nadać owemu wzgórkowi z lekka skalny charakter i zaczęła znosić kamienie

Wściekła niczym byk Kosmetyczka przystąpiła ze zdwojoną siłą do ataku i uświadamiania sąsiadów jaką to podłą osobą jest p. Zosia. Podłą, gdyż chce wspólną część przekształcić we własny, prywatny ogródek. Padały słowa: naruszenie prawa, oszustwo, kradzież wspólnego mienia i tym podobne oskarżenia. Sąsiedzi pozostali niewzruszeni i kibicują p. Zosi w jej ogródkowych poczynaniach. 

I tu następuje punkt kulminacyjny historii - co zrobiła Kosmetyczka? Od kilku dni systematycznie obsikuje rośliny  strzykawką wypełnioną roundup'em. Smutne, żałosne i bardzo, bardzo przykre. Zastanawiam się jakie pobudki kierują Kosmetyczką. Zazdrość, zawiść czy po prostu zwyczajna nieżyczliwość jednej kobiety w mocno średnim wieku do drugiej kobiety w mocno średnim wieku, która w przeciwieństwie do tej pierwszej, znalazła w swoim życiu kawałek kwiatowej radości.  



 

czwartek, 16 maja 2013

Couchsurfing czas zacząć!

Kilka miesięcy temu zostaliśmy członkami couchsurfing'u. Jak łatwo się domyśleć patrząc na zdjęcie, ma to coś wspólnego z podróżowaniem i spaniem/noclegiem. Ideą tej organizacji jest skupienie ludzi, którzy chcąc podróżować po świecie, poszukują przy tym jak najtańszego noclegu, właściwie darmowego. John z USA będzie mieszkał u Janka podróżując po Polsce, a Janek u Masuko w Japonii, którą się od zawsze fascynował. Japonią, nie Masuko, choć nie jest wykluczone, że Janek może się zafascynować i Masuko.  :) Sposoby, miejsca i sytuacje, w których ludzie odnajdują swoje połówki są przeróżne.

W czerwcu przyjeżdża do nas na jedną noc norweska rodzina z Oslo. W lipcu wojażując po Norwegii skorzystamy z ogrodu pewnego Polaka mieszkającego w kraju fjordów i trolli. Nadal poszukujemy innych couchsurferów na naszej drodze ku Lysefjorden

 Przeglądałam profile niektórych z nich i liczba oraz egzotyczność miejsc w których byli, oraz osób które ich odwiedziły jest naprawdę imponująca. 

Z racji rodzinnego podróżowania, znalezienie kogoś, kto nas przenocuje jest utrudnione, ale nie niemożliwe. Jestem pełna optymizmu - nie tylko z racji zaoszczędzenia pieniędzy, ale przede wszystkim przygody, która czeka nas w lipcu. Przygody poznawania nowych miejsc i przygody poznawania nowych ludzi. 

Bilety na prom kupione. Wypływamy do Karlskrony 04. lipca o 21.00. W Szwecji jesteśmy o 9tej i ruszamy na południe jadąc wschodnim wybrzeżem. Pierwotnie mieliśmy mieć nocleg w miejscowości Fjällbacka, znanej mi dzięki napisanej przez Camillę Läckberg serii kryminałów z P. Hedströmem i E. Falck w roli głównej. Swojego czasu pomieszkiwała tam też Ingrid Bergman. 



 Stamtąd pojechalibyśmy do Strömstad i promem colorline już do Sandefjord w Norwegii. Ostatecznie pojedziemy prosto do Strömstad na pole namiotowe. Choć niewykluczone, że zostaniemy w Strömstad dwie noce, żeby jednak pojechać do Fjällbacki i zobaczyć Kungsklyftan, który wygląda właśnie tak:


 


sobota, 11 maja 2013

Córka i wnuczka działkowców.

Tak to ja. Chyba najpierw wnuczka działkowców, bo to dziadkowie zaszczepili mi działkowanie. Mój tata zawsze chciał mieć działkę, ale mama wymyślała milion powodów dla których tej działki nie było. A to za daleko, a to za mała, a to za duża, wiec tym samym za droga. A to za blisko jezdni, a to za daleko do autobusu więc jak ona będzie przyjeżdżała. W końcu tata kupił sobie działkę nie pytając mamy i ma. Na szczęście. Już nie będę pisałam jakie słowa krytyki padają z ust mojej mamy odnośnie działkowych poczynań mojego taty, bo mogłoby się zrobić średnio fajnie.

Jako dziecko często jeździłam na działkę babci Ani i dziadka Janka lub babci Jadzi i dziadka Ludwika (rodzice mamy) do Letniewa. Teraz stoi tam PGE Arena. Działki tych pierwszych nie pamiętam za bardzo, widocznie głównie gościłam u tych drugich. A więc o ich działce będzie.

Działka jak to działka - duży kwadrat z grządkami i drewnianym zielonym domkiem po środku. Domek to zbyt szumna nazwa - właściwie była to szopa sklecona z tego co było pod ręką. Koszmarnie brzydka. Na jej tyłach był wychodek - panicznie się go bałam, a właściwie tego co mogło się tam pojawić, czyli wielkie włochate krzyżaki. Strach zwyciężała potrzeba fizjologiczna i objętnie jak wielki i tłusty pająk zwisał z sufitu, pęcherz domagał się swoich praw.

Babcia lubiła działkę, chyba też odpoczywała, możliwe też, że praca na niej przypominała jej ukochaną wieś - nie żeby babcia Jadzia pochodziła ze wsi. Urodziła się w dużym mieście i w dużym mieście zmarła, ale myślę, że jej marzeniem było mieszkanie na wsi. Zabrakło jednak odwagi, żeby to marzenie chociażby wypowiedzieć głośno. Dziadek też odpoczywał na działce, choć może w inny sposób. Najlepiej pamiętam, że za każdym razem woził kotom odpadki, a w kance zabierał jakieś obierki na kompost - numer jeden każdej działki.

Tam niańczyłam koty i kocięta i na siłę chciałam te dzikusy, które przychodziły tylko na wyżerkę udomowić. Pieliłam z babcią grządki. Zajadałam wyrwaną prosto z ziemi marchew i rzodkiewkę. Widelcem zrywałam czarną i czerwoną porzeczkę. A kiedy przyszedł czas czereśni i śliwy, wdrapywałam się na drzewa i rwałam słodkie owoce, pakując je prosto do buzi. Z czereśni robiło się też kolczyki. Były też i truskawki i jabłka. I kwiaty - dużo pięknych kwiatów. Po środku rabaty kwiatowej sł dość niepozorny krzak różany, ale kiedy przyszła pora jego kwitnienia, wypuszczał najpiękniejsze dla mnie róże - niby ciemny róż, niby purpura. Od zewnętrznej części płatków coś jakby z lekka omszałe. A uwieńczeniem piękna tej róży był jej zniewalający zapach.

Dzięki tej działce nauczyłam się rozróżniać chwast od pożytecznej rośliny, jeść szczypiorek i co najważniejsze nauczyłam się kochać dłubaninę w ziemi. Sadzenie, kopanie i pielenie daje mi wielki spokój i relaks. Pozwala odpocząć i zapomnieć, że są jakieś troski.

Dlatego też, kiedy Tomkowi nadarzyła się okazja kupienia działki w Klukowie, nie zastanawialiśmy się. W sierpniu 2011 roku zostaliśmy szczęśliwymi posiadaczami ogródka działkowego, który wyglądał mniej więcej tak:

W 2012 było już tak (basen sąsiadów):


Obecnie jest tak:


Działka zmienia się głównie dzięki teściowi - tata Rysiek jest wspaniały i bardzo zaangażowany - potrafi każdą wolną chwilę spędzić na działce coś tam robiąc. Dzisiaj kończył murowanie grilla, Tomek posiał trawę, korzystając z lekko deszczowej aury. Ja wypieliłam truskawki i z nieukrywaną dumą zauważyłam, że wyrastają mi rzodkiewki i szczypiorek. Marchewki ni huhu, ale za to kwiaty ładnie się przyjęły. Chłopaki zachwycone swoim małym miejscem na ziemi. Mam nadzieję, że odkryją w byciu na działce to, co ja odkryłam kiedyś jako dzieciak.Wygląda na to, że póki co działka to ich żywioł.




piątek, 10 maja 2013

Piątek - dzień wolny.

I od razu drugi post. Właściwie to myśl, która przemknęła przez moją głowę przed chwilą. 

Mam najpiękniejsze, najwspanialsze i najmądrzejsze dzieci świata. Mojego świata. 








I nic, ani nikt tego nie zmieni.A jak mi zajdą za skórę, to będę wracała do tego posta i niech mi przypomina, że to co złe w życiu jest tylko chwilowe i przejściowe. 

P.S. Wczoraj z lekka spanikowana koleżanka mówi, że chyba popełniła faux pa. Powiedziała swojej szefowej, że ich synek jest bardzo podobny do taty. Szefowa wyjaśniła, że synek jest adoptowany. No i koleżanka boi się, że mówiąc to sprawiła jej może przykrośćSpróbowałam ją uspokoić, że swymi słowami potwierdziła tylko, że jej adopcyjna rodzina jest zupełnie taka sama jak biologiczna. Przynajmniej my tak postrzegamy tego typu uwagi i po prostu się uśmiechamy.



Zapachy w moich wspomnieniach.

Wieczorne powroty do domu mają jedną zaletę wiosenną porą - cisza i wszechogarniający zapach kwitnących mirabelek. Wczorajsza burza, deszcz i parująca ziemia spotęgowała tylko ten zapach. Podczas kwitnienia mirabelkowych krzewów, brzydka zazwyczaj droga przeistacza się w przepiękną aleję. Szkoda, że tylko na kilka dni. Wyobrażam sobie co musi się dziać w Japonii, kiedy kwitną wiśnie. 

 
Tak więc wczesna wiosna pachnie mirabelkami. Po nich zapachnie konwaliami. Aż w końcu przyjdzie czas na bzy. Preludium do przepychu lata. I jaśmin - zapach z mojego dzieciństwa i zapach mieszkania babci Stefci.

Kiedy byłam mała, opiekowała się mną przez pewien okres. Właściwie była to moja prababcia. Drobna, szczuplutka kobieta, o srebrzystych włosach spiętych w malutki koczek. Jej ciepło i dobroć mogło objąć cały świat. Babcia Stefcia, szyła dla mnie lalki z gałganków, z kawałków materiałów wyczarowywała suknie i welony, żebym tylko mogła się czuć jak księżniczka. Uczyła mnie piosenek o ułanach. Jej mieszkanie w Orłowie było ostoją bezpieczeństwa i ciepła. Powietrze było przesycone palącym się drewnem, kredens w kuchni masłem, które zawsze wkładała do porcelanowej miseczki. Nigdy go nie przykrywała, po prostu po użyciu wkładała do kredensu w kuchni. Na powierzchni masła zawsze było kilka kropel wody. 
Dziwne rzeczy człowiek pamięta z dzieciństwa - zapach masła???? I krople wody na nim????

A latem był jaśmin. W ogrodzie u babci i zawsze na stole w wazoniku z grubego szkła. Doskonale pamiętam ten wazonik z gałązkami jaśminu. I ten zapach, delikatny, a zarazem intensywny.
Za każdym razem, kiedy przechodząc koło kwitnącego krzaku jaśminu wącham te niepozorne kwiatki staje mi przed oczyma kuchnia babci Stefci. Okrągły stół, lekko wypłowiała cerata i jaśmin. Tylko, że zapach jakiś nie ten sam. Szukam go za każdym razem, przywołuję zapach, a wraz z nim babcię Stefcię. Babcia zmarła, kiedy miałam chyba 6 lat. Tak naprawdę to jedyne co pozostało mi w pamięci po babci. Niewiele, ale jednak. 
W końcu przychodzi lato. I wtedy jest zapach łąki i lasu. Poranek w Łapalicach, bardzo wczesną porą, kiedy chłopaki śpią. Polne kwiaty, małe i niepozorne - białe stokrotki i margaretki, różowe koniczyny i jeszcze jedne, których nazwy nie znam, żółte kaczeńce. I trawy kwitnące, zroszone poranną rosą. Pomiędzy bogactwem roślin buszują owady. Żuki, biedronki wszelkiej maści, mrówki, muszki, pszczoły, osy i koniki polne oraz wszelkie inne stwory. Bzyczą, buczą, burczą, latają, pełzają i skaczą. Takie jest lato - pełne, z przepychem i nadmiarem. Boskie i cudowne. 

Zapachy jesieni i zimy muszą poczekać. Póki co muszę się nasycić tym co ciepłe, jasne, kolorowe. Wiosenne, a wkrótce letnie. 




A jakie będzie nasze lato w Norwegii?



P.S. Zdjęcia nie są mojego autorstwa. Źródło: Internet.




poniedziałek, 6 maja 2013

A jednak.

A jednak może się zdarzyć. I kiedy się zdarzy to boli. Ale pierw rodzi gniew. Straszny gniew - bo jakim prawem, bo jak obca osoba śmie to powiedzieć.

Odkąd zaczęliśmy się dzielić naszym pomysłem o adopcji z innymi ludźmi, spotykaliśmy się z życzliwością, wsparciem i "zdrowym" zainteresowaniem. Rodzina, znajomi, szefostwo i koledzy z pracy, obcy - wszyscy cieszyli się z nami.

Wczoraj pierwszy raz doświadczyliśmy ludzkiego prostactwa, małostkowości i "niezdrowego" zainteresowania.

Pogoda piękna, wylądowaliśmy w Łapalicach. Idąc na spacer, zaszliśmy do znajomych gospodarzy. Miłe przyjęcie, dużo radości, kilka słów o tym co słychać. Chłopaki trochę zawstydzone, chowają się za Tomkiem. Mają prawo. Stoję w lekkim oddaleniu od nich, podchodzi gospodarz i szeptem pyta:
" A ten wasz to który? Jasny czy ciemny?" 
Wydawało mi się, że nie zrozumiałam. Gospodarz, stary Kaszub mówi niewyraźnie, zaciągając z kaszubska. Teraz do tego szeptem.
Słucham?
No wasz to który?
Zatrzęsło mną z oburzenia. Chamie jeden, jak śmiesz. Nawet jeśli nie miałeś złych intencji to bezmyślność cię nie tłumaczy. Oboje są NASI! Moi synowie!

Już chciałam mu wykrzyczeć, powiedzieć kilka słów do słuchu, ale pomyślałam - PO CO? Nie zmienię jego ciasnej mentalności. On widzi adopcję jako - przygarnięcie sieroty, nie wiadomo co z tego będzie, jakie geny i tym podobne absurdy.

Powiedziałam tylko - Filip to ten starszy ciemniejszy, Wojtek młodszy blondyn. I odeszłam.

Czułam złość i obrzydzenie, że można patrzeć na Wojtka przez taki pryzmat. Obrzydliwe.
Uświadomiło mi to też, że takie rzeczy się zdarzają i będą zdarzały w naszym życiu. Ale będziemy mieli siłę, żeby chronić nasze dzieci i Filipa i Wojtka. Damy naszym dzieciom tę siłę, aby umiały same odpierać złe słowa i myśli lub je ignorować. Źli i głupi ludzie są, ale wystarczy, że im się nie damy!

A z przyjemniejszych momentów łapalickiego wypadu. W końcu przymierzyliśmy się do naszego namiotu - kolosa. Fajny, przestrzenny. Rodzinny, tak na pewno. Tylko, że ten który nazwał go Seconds musiał mieć swoiste poczucie humoru. Według instrukcji, instalacja namiotu ma trwać sekundy. Tereferekuku, a głupiemu radość. Jeszcze samo postawienie go nie jest najgorsze, ale złożenie to czysta masakra. Do wyjazdu jeszcze dwa miesiące. Spokojnie, zdążymy nabrać wprawy.








środa, 1 maja 2013

Powrót do stanu zbilansowanego zadowolenia.

Blog powstał, bo ostatnimi czasy miotały mną emocje - gwałtowne, pełne niepokoju i egzaltacji. Musiały znaleźć swoje ujście, zaczęłam pisać. 
 
Wszystko miało iść do zmiany - praca, styl życia, nawet kraj. Tak jakby pozostawienie tego co mamy tutaj miało przynieść rozwiązanie wszystkich moich problemów, a w konsekwencji szczęście i zadowolenie.

Myślę, że w ostatnich miesiącach dopadła mnie depresja, albo stan przed depresyjny.Nie chciałam się oczywiście przyznać do tego, ale tak było. Zimę toleruję maksymalnie do ferii. Potem moje ciało i psyche zapada w letarg, a  że w tym roku zima trwała nieprzerwanie ponad 5 miesięcy to mogłam czuć się naprawdę źle. Do tego doszły  czynniki zawodowo-rodzinne:

- frustracja zawodowa potęgowana świadomością, że między mną a moimi grupami nie ma ani grama chemii,

- bycie weekendową mamą i krótkie chwile spędzane z moimi chłopakami. Od kilku tygodniu Filip żegna mnie porannie słowami - do zobaczenia jutro rano mamusiu,

- brak czasu spędzonego ja i Tomek, bez dzieci.

Norwegia miała być lekiem na całe powyższe zło. Sprzedaż mieszkania, wyjazd bez względu na to czy mamy pracę, czy nie. Rzucenie na głęboką wodę całej naszej czteroosobowej rodziny. 

Uznano moje wyższe wykształcenie w Norwegii, dając mi tym samym prawo nauczania w szkołach, powysyłałam mnóstwo CV do szkół rozsianych po całej Norwegii. No może poza północą. 

Jedziemy i niech się dzieje co chce. 

Na szczęście przyszła wiosna i równowaga wróciła. Skończył się pęd i niepokój. Wrócił spokój i radość z tego co mam. Nowe myśli przyniosły nowe rozwiązania.  Pierwsze kroki do ich realizacji poczynione. Czas pokaże.


Patrzę na siebie i na swoje życie i serce rośnie. Wspaniała rodzina - wielkie wsparcie zarówno od moich rodziców, jak i teściów. Spełnione marzenia o rodzinie tej najbliższej - miłość do męża i dzieci, ich miłość do mnie. I dodatki w stylu dobra materialne. Jest dobrze, a że mogłoby być lepiej. Mogłoby być też gorzej.

Nadal czekam na odpowiedzi z norweskich szkół - okres rekrutacji zakończony, rozpatrywanie podań trwa. Odpowiedzi mają przyjść w maju. Czas pokaże. 

Póki co szykujemy się na naszą wielką lipcową wyprawę do Sørlandet, czyli na południowe wybrzeże Norwegii. Myślę, że ta wyprawa da nam chociaż  zarys odpowiedzi, czy rzeczywiście Norwegia mogłaby być naszym domem i bezpieczną przystanią





Majówkę pora zacząć...

....z dźwiękiem pracującego inhalatora, niestety. Filip mocno zaglucony, już nie mogę udawać, że nic się nie dzieje. Z reguły ignoruję katar. Gdyby było inaczej 3/4 z roku spędzilibyśmy w domu. 

We znaki daje się albo nos Filipa, albo nos Wojtka. Z tym ostatnim to osobna historia, bo dziecię ma chyba katar wpisany w swoje geny. Katar ohydny, obrzydliwy, chowający się w najdalsze zakamarki nosa i górnych dróg oddechowych. Zatykający, blokujący i przeszkadzający w oddychaniu katar.  A jak już zacznie wyłazić ze swej kryjówki to jest żółto-zielony, gęsty i niekończący się w swej długości.

Wojtek chrapie, sapie, charczy i rzęzi oraz oddycha przez usta 24 godziny na dobę prawie. Ciągle diagnozujemy co może być przyczyną. Było więc i alergicznie i pod kątem refluksu pokarmowego. W międzyczasie laryngolog z podejrzeniem 3ciego migdała. 24 maja mamy wizytę u dr M. - czekamy na nią od 4 miesięcy i aż wierzyć się nie chce, że jest to wizyta prywatna, a nie w ramach NFZ'u.

Nie ma co - wspaniały temat na pierwszego maja - zamiast łona natury budzącej się z zimowej  hibernacji - same smarki i gluty.



Dzięki Bogu - na 1 maja weekend się nie kończy - jest jeszcze szansa, że zanim budzik wydzwoni szóstą rano 6 maja i zmusi do rozpoczęcia kolejnego tygodnia pracy, uda się nam wybyć na te łono i skorzystać z dobrodziejstw i energii wybuchu wiosennego szaleństwa.