sobota, 11 maja 2013

Córka i wnuczka działkowców.

Tak to ja. Chyba najpierw wnuczka działkowców, bo to dziadkowie zaszczepili mi działkowanie. Mój tata zawsze chciał mieć działkę, ale mama wymyślała milion powodów dla których tej działki nie było. A to za daleko, a to za mała, a to za duża, wiec tym samym za droga. A to za blisko jezdni, a to za daleko do autobusu więc jak ona będzie przyjeżdżała. W końcu tata kupił sobie działkę nie pytając mamy i ma. Na szczęście. Już nie będę pisałam jakie słowa krytyki padają z ust mojej mamy odnośnie działkowych poczynań mojego taty, bo mogłoby się zrobić średnio fajnie.

Jako dziecko często jeździłam na działkę babci Ani i dziadka Janka lub babci Jadzi i dziadka Ludwika (rodzice mamy) do Letniewa. Teraz stoi tam PGE Arena. Działki tych pierwszych nie pamiętam za bardzo, widocznie głównie gościłam u tych drugich. A więc o ich działce będzie.

Działka jak to działka - duży kwadrat z grządkami i drewnianym zielonym domkiem po środku. Domek to zbyt szumna nazwa - właściwie była to szopa sklecona z tego co było pod ręką. Koszmarnie brzydka. Na jej tyłach był wychodek - panicznie się go bałam, a właściwie tego co mogło się tam pojawić, czyli wielkie włochate krzyżaki. Strach zwyciężała potrzeba fizjologiczna i objętnie jak wielki i tłusty pająk zwisał z sufitu, pęcherz domagał się swoich praw.

Babcia lubiła działkę, chyba też odpoczywała, możliwe też, że praca na niej przypominała jej ukochaną wieś - nie żeby babcia Jadzia pochodziła ze wsi. Urodziła się w dużym mieście i w dużym mieście zmarła, ale myślę, że jej marzeniem było mieszkanie na wsi. Zabrakło jednak odwagi, żeby to marzenie chociażby wypowiedzieć głośno. Dziadek też odpoczywał na działce, choć może w inny sposób. Najlepiej pamiętam, że za każdym razem woził kotom odpadki, a w kance zabierał jakieś obierki na kompost - numer jeden każdej działki.

Tam niańczyłam koty i kocięta i na siłę chciałam te dzikusy, które przychodziły tylko na wyżerkę udomowić. Pieliłam z babcią grządki. Zajadałam wyrwaną prosto z ziemi marchew i rzodkiewkę. Widelcem zrywałam czarną i czerwoną porzeczkę. A kiedy przyszedł czas czereśni i śliwy, wdrapywałam się na drzewa i rwałam słodkie owoce, pakując je prosto do buzi. Z czereśni robiło się też kolczyki. Były też i truskawki i jabłka. I kwiaty - dużo pięknych kwiatów. Po środku rabaty kwiatowej sł dość niepozorny krzak różany, ale kiedy przyszła pora jego kwitnienia, wypuszczał najpiękniejsze dla mnie róże - niby ciemny róż, niby purpura. Od zewnętrznej części płatków coś jakby z lekka omszałe. A uwieńczeniem piękna tej róży był jej zniewalający zapach.

Dzięki tej działce nauczyłam się rozróżniać chwast od pożytecznej rośliny, jeść szczypiorek i co najważniejsze nauczyłam się kochać dłubaninę w ziemi. Sadzenie, kopanie i pielenie daje mi wielki spokój i relaks. Pozwala odpocząć i zapomnieć, że są jakieś troski.

Dlatego też, kiedy Tomkowi nadarzyła się okazja kupienia działki w Klukowie, nie zastanawialiśmy się. W sierpniu 2011 roku zostaliśmy szczęśliwymi posiadaczami ogródka działkowego, który wyglądał mniej więcej tak:

W 2012 było już tak (basen sąsiadów):


Obecnie jest tak:


Działka zmienia się głównie dzięki teściowi - tata Rysiek jest wspaniały i bardzo zaangażowany - potrafi każdą wolną chwilę spędzić na działce coś tam robiąc. Dzisiaj kończył murowanie grilla, Tomek posiał trawę, korzystając z lekko deszczowej aury. Ja wypieliłam truskawki i z nieukrywaną dumą zauważyłam, że wyrastają mi rzodkiewki i szczypiorek. Marchewki ni huhu, ale za to kwiaty ładnie się przyjęły. Chłopaki zachwycone swoim małym miejscem na ziemi. Mam nadzieję, że odkryją w byciu na działce to, co ja odkryłam kiedyś jako dzieciak.Wygląda na to, że póki co działka to ich żywioł.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz