środa, 1 maja 2013

Majówkę pora zacząć...

....z dźwiękiem pracującego inhalatora, niestety. Filip mocno zaglucony, już nie mogę udawać, że nic się nie dzieje. Z reguły ignoruję katar. Gdyby było inaczej 3/4 z roku spędzilibyśmy w domu. 

We znaki daje się albo nos Filipa, albo nos Wojtka. Z tym ostatnim to osobna historia, bo dziecię ma chyba katar wpisany w swoje geny. Katar ohydny, obrzydliwy, chowający się w najdalsze zakamarki nosa i górnych dróg oddechowych. Zatykający, blokujący i przeszkadzający w oddychaniu katar.  A jak już zacznie wyłazić ze swej kryjówki to jest żółto-zielony, gęsty i niekończący się w swej długości.

Wojtek chrapie, sapie, charczy i rzęzi oraz oddycha przez usta 24 godziny na dobę prawie. Ciągle diagnozujemy co może być przyczyną. Było więc i alergicznie i pod kątem refluksu pokarmowego. W międzyczasie laryngolog z podejrzeniem 3ciego migdała. 24 maja mamy wizytę u dr M. - czekamy na nią od 4 miesięcy i aż wierzyć się nie chce, że jest to wizyta prywatna, a nie w ramach NFZ'u.

Nie ma co - wspaniały temat na pierwszego maja - zamiast łona natury budzącej się z zimowej  hibernacji - same smarki i gluty.



Dzięki Bogu - na 1 maja weekend się nie kończy - jest jeszcze szansa, że zanim budzik wydzwoni szóstą rano 6 maja i zmusi do rozpoczęcia kolejnego tygodnia pracy, uda się nam wybyć na te łono i skorzystać z dobrodziejstw i energii wybuchu wiosennego szaleństwa.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz