piątek, 10 maja 2013

Zapachy w moich wspomnieniach.

Wieczorne powroty do domu mają jedną zaletę wiosenną porą - cisza i wszechogarniający zapach kwitnących mirabelek. Wczorajsza burza, deszcz i parująca ziemia spotęgowała tylko ten zapach. Podczas kwitnienia mirabelkowych krzewów, brzydka zazwyczaj droga przeistacza się w przepiękną aleję. Szkoda, że tylko na kilka dni. Wyobrażam sobie co musi się dziać w Japonii, kiedy kwitną wiśnie. 

 
Tak więc wczesna wiosna pachnie mirabelkami. Po nich zapachnie konwaliami. Aż w końcu przyjdzie czas na bzy. Preludium do przepychu lata. I jaśmin - zapach z mojego dzieciństwa i zapach mieszkania babci Stefci.

Kiedy byłam mała, opiekowała się mną przez pewien okres. Właściwie była to moja prababcia. Drobna, szczuplutka kobieta, o srebrzystych włosach spiętych w malutki koczek. Jej ciepło i dobroć mogło objąć cały świat. Babcia Stefcia, szyła dla mnie lalki z gałganków, z kawałków materiałów wyczarowywała suknie i welony, żebym tylko mogła się czuć jak księżniczka. Uczyła mnie piosenek o ułanach. Jej mieszkanie w Orłowie było ostoją bezpieczeństwa i ciepła. Powietrze było przesycone palącym się drewnem, kredens w kuchni masłem, które zawsze wkładała do porcelanowej miseczki. Nigdy go nie przykrywała, po prostu po użyciu wkładała do kredensu w kuchni. Na powierzchni masła zawsze było kilka kropel wody. 
Dziwne rzeczy człowiek pamięta z dzieciństwa - zapach masła???? I krople wody na nim????

A latem był jaśmin. W ogrodzie u babci i zawsze na stole w wazoniku z grubego szkła. Doskonale pamiętam ten wazonik z gałązkami jaśminu. I ten zapach, delikatny, a zarazem intensywny.
Za każdym razem, kiedy przechodząc koło kwitnącego krzaku jaśminu wącham te niepozorne kwiatki staje mi przed oczyma kuchnia babci Stefci. Okrągły stół, lekko wypłowiała cerata i jaśmin. Tylko, że zapach jakiś nie ten sam. Szukam go za każdym razem, przywołuję zapach, a wraz z nim babcię Stefcię. Babcia zmarła, kiedy miałam chyba 6 lat. Tak naprawdę to jedyne co pozostało mi w pamięci po babci. Niewiele, ale jednak. 
W końcu przychodzi lato. I wtedy jest zapach łąki i lasu. Poranek w Łapalicach, bardzo wczesną porą, kiedy chłopaki śpią. Polne kwiaty, małe i niepozorne - białe stokrotki i margaretki, różowe koniczyny i jeszcze jedne, których nazwy nie znam, żółte kaczeńce. I trawy kwitnące, zroszone poranną rosą. Pomiędzy bogactwem roślin buszują owady. Żuki, biedronki wszelkiej maści, mrówki, muszki, pszczoły, osy i koniki polne oraz wszelkie inne stwory. Bzyczą, buczą, burczą, latają, pełzają i skaczą. Takie jest lato - pełne, z przepychem i nadmiarem. Boskie i cudowne. 

Zapachy jesieni i zimy muszą poczekać. Póki co muszę się nasycić tym co ciepłe, jasne, kolorowe. Wiosenne, a wkrótce letnie. 




A jakie będzie nasze lato w Norwegii?



P.S. Zdjęcia nie są mojego autorstwa. Źródło: Internet.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz