niedziela, 25 sierpnia 2013

Błogo bardzo sławił będę ten dzień.

Lubię takie dni jak wczorajsza niedziela i poproszę o więcej. Od samego rana do późnego wieczora błogość. Pogoda piękna, dzień na łonie natury. Doborowe towarzystwo. Czy można chcieć czegoś więcej?
Szczególnie, że ranek był tylko mój, a Oni Trzej spali. No może Oni Dwaj spali, a ten Trzeci smacznie zajadał mleko, albo grzecznie czytał książkę. 




 Nie dość, że po angielsku to jeszcze do góry nogami potrafi czytać. Zdolna bestyjka. 
W każdym razie dzięki temu mogłam zająć się koszyczkiem malin. Popełniłam ciasto z ulubionej strony http://www.mojewypieki.com/  Niestety nie uwieczniłam ciasta na zdjęciu, a szkoda bo co poniektórzy mogliby nie uwierzyć, że JA upiekłam ciasto. Ale ja naprawdę odkąd trafiłam na tę stronę używam piekarnika nie tylko do pieczenia frytek. Dzięki Ci, o wielka DOROTO, autorko moichwypieków!

Około 11 zjechaliśmy do Łapalic. Rzuciliśmy bambetle gdzie popadnie i tradycyjnie o tej porze roku, nasze pierwsze kroki skierowaliśmy do pobliskiego zagajniczka. Od razu zarzuciło nas maślakami i nie tylko. Potem szybka kawka, ciacho (naprawdę je zrobiłam) i dalej w las.
Spacer można traktować jako zwykłe grzybobranie, lub jako akcję i poligon. Fascynacja Filipa militariami nadeszła nieoczekiwanie i zupełnie nie wiem skąd.
Możliwe, że z przedszkola, możliwe, że to sprawka mojego brata-wojskowego, a może po prostu samcze geny?? W każdym razie przestaliśmy walczyć i wychowywać w imię poprawności politycznej. Zresztą co po poprawności  jak i tak za kilka lat pojawi się komputer i krwawa animacja współczesnych gier. Wydaje mi się nawet, że zwykła zabawa w wojsko jest mniej straszliwa, niż wirtualne pole walki. Póki co nie wolno Filipowi  celować i strzelać do żywych istot. Zabawa zabawą, celem ma być rzecz. W każdym razie my zbieraliśmy grzyby, on był na ćwiczeniach. Można też jak Wojtek, przez chwilę wznieść modlitwę do nieba bram i zanurzyć w się kontemplacji.


Zmieniłam tytuł posta. Po prostu wstałam dziś rano nucąc tę piosenkę z myślą o wczorajszym dniu. Stare Dobre Małżeństwo - kawała dobrej muzyki z bardzo odległej przeszłości mojej.

Misja "Strumień".

Kolejny dzień mija, a ja nadal nie skończyłam tego posta. Błogość zmieniła się w lenistwo, a dzień był przebimbany i bezcelowo rozluźniony. Tzn. cel był - dentysta dla młodocianych i dla mnie. Dla Wojtka był to debiut - udany, a Filip wyluzowany, kazał się wozić na fotelu w górę i w dół. Po badaniu wyraził żal, że dziury nie ma i borowania nie będzie. Masochista, HĘ? Bo ja, która świecić odważnym przykładem powinnam, spocona, zestrachana i zestresowana z nadzieją wsłuchiwałam się w recytację dentystki - zdrowy, zdrowy, zdrowy...ubytek...I jakiś kamień na zęby się przypałętał. Chłopaki wyszły zachwycone z dentystycznymi gadżetami, ja wyszłam z umówioną na piątego września wizytą. Mimo wszystko też zadowolona, bo leczenie w ramach NFZ, a gabinet pierwsza klasa. Potem były lody u Grycana (moja kawa mrożona - obrzydliwa), jazda ruchomymi schodami i windą w centrum handlowym - jakiś pożytek w końcu musi z nich być. Niespieszny spacer ulicami Wrzeszcza, przejażdżka SKMką, spacer po parku oliwskim, pizza w ulubionej Marghericie za ostatnie 16 zł znalezione w dziurawej podszewce torby. I tak sobie podróżując dowiedziałam się, że Filipowi koła w rowerze się "wyluzowały". W stan wesołości wprowadziliśmy pewną ponurą z pozoru młodą kobietę, której mina wyrażała dość dużą dezaprobatę ilością pytań zadawanych przez Filipa. W pewnym momencie rozmowa zeszła na dni integracyjne w przedszkolu dla Wojtka. 

W czwartek będzie przedstawienie teatrzyku Qfer - rzekłam.
A co to jest kufer? - zapytał Filip. Po czym szybko sobie wytłumaczył - Aha, kufer-noga.

Z pani opadła ponura kurtyna powagi i sztywności butów na wysokich obcasach, tudzież dopasowanej do granic możliwości garsonki. Ryknęła śmiechem i ukazała swą radosną twarz. Dobry uczynek zaliczony, Filip sprawił, że ktoś się uśmiechnął.

A teraz sącząc wino śliwkowe wrzucę jeszcze kilka fot niedzielnych. Powalają i rozwalają mnie te wakacje i pomyśleć, że od października znowu zapomnę co to znaczy wolny czas i jak ten dziki osiołek pomykała będę z zajęć na zajęcia.

Kaszuby w całej okazałości. 
Ci, którzy mają dla mnie znaczenie. 



W moim bańkowym świecie wszystko się zdarzyć może...

Oj tak bawię się, bawię moimi zdjęciami - picmonkey rulezzzz!!!! a głupiemu radość. 






2 komentarze:

  1. Cześć! Urlopowałam troszkę i dopiero przed chwilą przeczytałam Twój komentarz do mojego wpisu na blogu. Cytowałaś tam cytat swojej znajomej Norweżki "Screw it, just do it". Dzięki za tę cenną radę:- ) ale niestety... u mnie to się jakoś nie sprawdza. Niektóre decyzje umiem podejmować ciach-ciach, błyskawicznie, a na niektóre potrzebuję wiele czasu... Zresztą, co będę wypisywać takie rzeczy dziewczynie, na której blog dopiero co trafiłam:- )

    Widzę, że jesteś bardzo rodzinną i ciepłą osóbką. Ze mną jest zupełnie odwrotnie - jestem aspołecznym gryzoniem, jak mówi o mnie mój kocur (częściej nazywa mnie tym "gryzoniem", swoją "myszą", niż aspołeczną istotą... no ale jednak;- )

    Dzieci mnie przerażają - nie mogłabym zrobić swoim dzieciom czegoś takiego i dać im matki jak ja. Poza tym czuję przed nimi strach. Czasem myślę sobie: może i fajnie by było mieć takiego brzdąca... może i fajnie byłoby mieć kogo kochać tak bezwarunkowo, bezgranicznie, bezwzględnie. Ale kiedy tylko przychodzi mi do głowy taka myśl - wracam do tej pierwszej. Nie mogę swojemu dziecku zrobić krzywdy dając mu taką mamę jak ja:- ) Dlatego raczej pozostanę przy swoich dylematach i przy swoim ukochanym Panu Kocurze, a na starość albo będziemy razem podpierać się balkonikami - nawzajem - albo będę głaskać futrzanego kota, takiego na czterech łapach, jak mój Facet ucieknie w wieku 40-tki do innej, żeby założyć z nią rodzinę... ;- )

    Wybacz tak długi komentarz, ale lubię pisać:- )))

    Pozdrawiam,
    mysipyszczek

    OdpowiedzUsuń
  2. Za pisanie nie przepraszaj.

    Ja ostatnio dużo swoich wyborów dokonuję właśnie dzięki życiowemu mottu Nadine i wolę coś zrobić niż potem żałować, że zrezygnowałam. i czytając co napisałaś, ot tak mi się skojarzyło.

    Jeśli chodzi o dzieci - a gdzie jest napisane, że każdy człowiek musi je mieć. Mi zachciało się mieć dzieci po dobiciu do 30tki. I dzieci przestały mnie przerażać. Okazało się nawet, że są fajne, mądre, logiczne na swój sposób i dążące do poznania. Za to dorośli przerażają i porażają. Odbija i czasami / często ich znieść nie można. Jak Cię dziecko wkurzy to jest boska instytucja przedszkola. Dorosłego już tam nie poślesz na pół dnia, musisz z nim tkwić;)

    Broń Boże nie namawiam Cię na dzieci. Nie chcesz to nie masz. Proste. Najgorsze co może w życiu być, to robić coś wbrew sobie.

    Udanego wieczora.

    P.S. choć czasami trzeba zrobić coś wbrew sobie...ja np będę dziś prasowała, choć całe moje jestestwo mówi NIE!!!!!!

    OdpowiedzUsuń