poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Preikestolen - part 2.

A więc tak wydarzył się cud - nagle ucichły rozmowy, na Preikestolen zaległa cisza, a ludzie rzucili się ku krawędzi gdyż oto chmury zaczęły się obniżać, a może podwyższać. Kto pamiętałby takie szczegółu - najważniejsze, że oto przed naszymi oczyma objawiało się piękno Lysefjorden widzianego z góry. Cisza trwała nanosekundy i ustąpiła miejscu okrzykom zachwytów, radości i klikaniu aparatów.
Krawędź Preikestolen - kilkaset metrów poniżej wije się Lysefjorden jak błękitna wstążeczka.
Już za chwileczkę, już za momencik.
I oto uczyniło się światło.
A potem było już tylko lepiej.
Filip odniósł się do Preikestolen z rezerwą i trzymał się od krawędzi z dala.
Wojtek zupełnie zignorował ten zapierający dech w piersiach widok. Powiem wręcz, że się nań wypiął.
I kiedy tak wszyscy w uniesieniu pstrykali zdjęcia, a to wypasionym aparatem, a to byle jakim idiotenkamera, czy telefonem komórkowym, ja pozostawiłam moich 3 panów samych sobie i poszłam trochę powyżej. Ponad tłumy, ponad rozmowy, tam, gdzie mogłam w ciszy chłonąć te oto widoki.

Po przeciwnej stronie też pięknie.
Nikogo nie dziwili Francuzi piekący na jednorazowym grillu frytki. Ale ten tutaj był wg mnie szczytem miłości i poświęcenia w imię grillowania.
 
Moje zdjęcia nie oddają w żaden sposób uroku tego miejsca. Bez dwóch zdań jest ono warte odwiedzenia, choć niekoniecznie w lipcu -  miesiącu najbardziej aktywnym turystycznie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Tymi oto zdjęciami   pożegnaliśmy wymarzoną, wyczekaną i w końcu zdobytą Ambonę, czy jak kto woli Kazalnicę. Następnego dnia wyruszyliśmy dalej ku Kristiansand zahaczając po drodze o Flekkefjord i Lindesnes.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz