piątek, 16 sierpnia 2013

Preikestolen - part 1

 

Jak już wcześniej pisałam rejs po Lysefjorden odbywał się w pełnym słońcu, dzięki czemu widzieliśmy wszelkie piękne okoliczności przyrody tamtego rejonu. No prawie, ale to już wina mojego gapiostwa, że przeoczyłam Kjerag. Początkowo mieliśmy spać w Wathne Camping w miejscowości Tau, ale koniec końców wylądowaliśmy na kampingu w pobliżu szlaku na Ambonę.
Był to największy i najbardziej przeludniony camping na jaki do tej pory trafiliśmy. Był także najbardziej międzynarodowy. Gdzie się rozejrzeć kampery, przyczepy lub auta  z Hiszpanii, Holandii, Niemiec, Austrii, Francji, Szwecji, Danii, Norwegii, Belgii i Wielkiej Brytanii. Byli też Polacy - to właśnie z nimi wiąże się dość typowa i komiczna historia. Siedziałam późno wieczorową porą na werandzie, która była równocześnie kafejką internetową. Kompletna cisza wkoło, choć weranda była pełna ludzi. Wszyscy zatopieni w bezmiarze cyberprzestrzeni. W pewnym momencie, na kemping wjechały dwa auta. Wysiedli roześmiani ludzie. Skończyła się cisza, ale za to wszyscy po chwili wiedzieli (o ile rozumieli), że mają pewnego rodzaju problemy, bo kurwa gdzie jest recepcja? - pytały męskie głosy. No chyba tu - szczebiotały żeńskie głosy. Idź się spytaj - rozkazał męski głos. Ale o co? bezradnie odpowiadał damski. No jak to kurwa o co? Gdzie jest recepcja, idź pytaj. - odpowiadał głos męski. Przy wtórze śmiechów, szczebiotów i barytonowych pokrzykiwań, cała grupa wtłoczyła się do recepcji, po czym po chwili odjechała. Kiedy wróciłam do namiotu, Tomek jeszcze nie spał. Od razu zapytał, czy widziałam nowych gości ze Ślaska. Przytaknęłam, że tak, choć może to bardziej ich słyszałam niż widziałam. No ja na początku też ich tylko słyszałem. Siedzę sobie w namiocie, gotowy do snu, kiedy słyszę że pędzą jakieś dwa auta. Polacy czy co - myślę. Kto inny jechałby 50tką przy ograniczeniu do 10 km/h. Wychodzę przed namiot i jakie rejestracje widzę? No polskie przecież. 2-3 rundki zrobili w poszukiwaniu miejsca i za każdym razem pędzili jak wariaci. Kiedy tak sobie gaworzyliśmy przed namiotem, popijając ostatnią puszkę Perełki przywiezionej z Polski przyjechał kolejny samochód. BMW z Belgii. Właściwie nie przejechał, a przetoczył się leniwie z zachowaniem ograniczenia prędkości. Jak to jest, że jedni widzą znaki, respektują je i biorą pod uwagę całą resztę, a drudzy niczym te młode wilki, a może młodzi bogowie widzą wszystko i wszystkich przez własny pryzmat.

Miało być o Preikestolen. A więc, tak jak wieczór pożegnał nas piękną pogodą, tak poranek przywitał mgłą. Stałam przed namiotem i jedyne co widziałam to nasz uśpiony wciąż kemping, powyżej las, a ponad lasem kłęby mgły. Początkowo dopadł mnie mix rozczarowania i złości, za chwilę jednak dorwałam pierwszą lepszą, idącą do WC osobę celem przeprowadzenia pogodowego wywiadu. Po chwili już wiedziałam, że wczorajszy ranek zaczął się podobnie, a potem się rozpogodziło. Wróciła nadzieja, którą karmiłam się, aż do samego wejścia na szczyt.

Ok 10.30 ruszyliśmy na szlak mając przed sobą  i za sobą tłumy ludzi. Zupełnie jak na zakopiańskich Krupówkach lub Monciaku w Sopocie - mieszanka nacji, płci i wieku,  pomiędzy którą pomykały grupy norweskich skautów. Po okolicach buszowało kilkanaście tysięcy harcerzy, a wejście na Preikestolen było punktem kulminacyjnym ich zlotu, ale skąd mogliśmy o tym wiedzieć planując naszą wyprawę?
Nasz pierwszy postój. T na kamieniu to standardowe oznaczenie szlaku w Norwegii.
Droga na Preikestolen może być całkiem płaska.
OPP...
...og NED!
Droga na Preikestolen jest banalnie prosta, przynajmniej dla nas, a nie należymy do super sprawnych fizycznie ludzi. Obciążeni plecakiem z prowiantem i ubraniami dla naszej czwórki oraz nosidłem z lub bez Wojtka, pomykaliśmy niczym rącze gazele a to po płaskim terenie, a to  kamiennymi schodami w górę po to tylko, aby zaraz schodzić w dół. Filip, o którego tak bardzo się baliśmy czy podoła, był nie do pobicia - skakał z kamienia na kamień. Śpiewał ulubione pieśni wojskowe, domagał się opowieści, bądź zarzucał pytaniami dotyczącymi skał, roślin, mgły i tym podobnych rzeczy. Wojtek dzielnie starał się dotrzymać kroku, choć nie pogardził i noszeniem. Warunek - jedyną osobą, którą tolerował jako swojego prywatnego szerpę był Tomek. Kiedy tylko próbowałam odciążyć Tomka od tego słodkiego ciężaru, Wojtek krzyczał NIE, NIE. MAMA BAM! Ewidentnie nie wzbudzałam zaufania w mojej młodszej latorośli.
Mgła towarzyszyła nam cały czas, choć w pewnym momencie coś jakby zaczęła rzednąć miejscami i naszym oczom ukazywały się piękne widoki.
Chmury to czy mgła?
Podobno w weekendy w tym miejscu stoją kolejki.

Im bliżej Ambony tym powietrze stawało się bardziej przejrzyste. Była więc nadzieje, że zobaczymy wszystko jak na najlepszym zdjęciu reklamowym rejonu Ryfylke. Niestety, kiedy tylko dotarliśmy do wymarzonego celu, nasze oczy zderzyły się z nieprzeniknioną ścianą mgły,
oraz tłumem spragnionych widoków turystów.

Nie pozostało nam nic innego jak zabrać się za zjedzenie lunchu i fotograficzne zaznaczenie, że tu byliśmy i choć mgła w dole panuje to i tak udowodnimy, że nogi nam z Preikestolen zadyndały.

  Muszę przyznać, że mgielne mleko zakrywające fjord ułatwiło zadyndanie - za nic nie czuło się, że pod stopami jest kilkuset metrowa przepaść.
I kiedy już tak myśleliśmy, że jednymi z niewielu fajnych zdjęć ukazujących Ambonę będą te spowite we mgle, nagle zdarzył się CUD...

CDN...






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz