czwartek, 22 sierpnia 2013

Flekkefjord


Dzień po wejściu na Preikestolen pojechaliśmy dalej ku Kristiansad. Po drodze miał być jeszcze jeden przystanek - Flekkefjord. Ostatnie zdjęcia z Lysefjordbrua w tle, a pierwsze zrobione ręką Filipa.
Chwilę potem przypłynął nasz prom. Rejs trwał krótko, a prom był po prostu lokalnym środkiem transportu. Nie pamiętam skąd dokąd, ale studiując mapę wydaje mi się, że płynęliśmy z miejscowości Oanes do Lauvvik. U nas są autobusy i tramwaje, a Norwegowie mają promy i promiki.












Droga do Flekkefjord umknęła z mej pamięci. Próbuję przywołać w niej nazwy miejscowości i tuneli, bez skutku. Na pewno jechaliśmy jakimś fragmentem Sørlandsveien - miłą i turystycznie atrakcyjną trasą, ale bez powalających widoków i miejsc zapadających na trwałe w pamięci. Niemniej jednak zwróciliśmy uwagę na świetnie zorganizowaną sieć parkingów (rasteplasser) - stoliki z ławkami i oddalona z lekka łazienka. Nie omieszkaliśmy rozłożyć się z piknikiem. Od naszego pobytu w Norwegii nieodłącznym elementem naszych wypadów dalszych i bliższych stała się kuchenka gazowa - lekka i składana. Chwila i świeża kawa gotowa.

 
W końcu dojechaliśmy do Flekkefjord, które przywitało nas upałem i mini-festynem promującym Lego Chima. Chłopaki zachwyceni nie tylko możliwością zabawy klockami, ale i gratisami - rozdawano bowiem zestawy. Już będąc w Polsce z ciekawości zerknęłam na cenę w sklepie. 70 zł za zestaw!!!!!
 

Miasteczko jest piękne i kiedy je ujrzałam, pomyślałam sobie, że z przyjemnością bym tam zamieszkała. Czyste, białe urocze domki, ulice pełne wiszących donic pełnych różnokolorowych surfinii, dzięki czemu zapach był obłędny. Ludzie w kafejkach, niespiesznie spacerujący po ulicach i turyści i mieszkańcy. Mijający się z uśmiechem i mam nadzieję, że z uśmiechem żyjący w tym uśpionym w samozadowoleniu i samozachwycie miasteczku.
Brygga i Flekkefjord (przystań)


W oddali widać Kaffebørsen - jak się domyślam najbardziej znana kafejka we Flekkefjord. Niestety norweskie ceny nie sprzyjały zasobności naszych polskich kieszeni i choć kusiło zasiąść za stolikiem na zewnątrz, to jednak uznaliśmy, że to zbyt wielki luksus. A tutaj kawiarnia w całej okazałości, zdjęcie jednak nie jest zrobione przeze mnie  http://www.visitnorway.com 
Upał był naprawdę nieznośny, chłopaki pomęczone, więc Flekkefjord, choć z bólem serca, potraktowaliśmy troszeczkę na odczepnego. I "zaliczyliśmy" tylko holenderską część miasteczka.

 Ta śliczna uliczka z drewnianą zabudową pomalowaną na biało to nic innego jak holenderski wkład w architekturę Flekkefjord. Ta część to nie tylko uliczka, to wręcz całe Miasteczko Holenderskie czyli Hollenderbyen. Jak podaje http://www.visitnorway.com Holendrzy kupowali stąd kamień i drewno do budowania. Mówi się, że kamień z Flekkefjord znajduje się do dziś pod powierzchnią lotniska Amsterdam Schiphol. 
 Niestety przed przyjazdem do Flekkefjord nie doczytałam o tym miejscu i tylko dojeżdżając do niego widziałam znaki drogowe informujące m.in o Tronåsen - den livsfarlige vegen (śmiertelnie niebezpieczną drogą). Została ona zbudowana w latach 40tych XIX wieku i stanowiła część Den Vestlandske Hovedveien łączącej Oslo ze Stavanger. Została ona zamknięta w 1945r. Prowadzi przez góry i jest niesamowicie wąska i kręta. Teraz stanowi wielką atrakcję dla turystów, a od kilku lat amatorzy automobili organizują tam zawody. Zaprezentowane zdjęcia nie są więc mojego autorstwa. 
 

Atrakcją, której mi najbardziej szkoda to spacer do dziur w skałach nadmorskich czyli do Brufjell hulene. Miła pani w informacji turystycznej, patrząc na naszych chłopaków odradziła nam tę wyprawę z racji trudności dotarcia tam. Z tego co się domyślam są to formacje skalne, podobne do jettergrytene w Nissedalen. Pierwotnie myślałam, że jettergrytene są tylko rejonach jez. Nisser, ale szperam po necie i czytam, że to typowe formacje skalne rozsiane po całej Norwegii. Największy nazywa się Helvete (Piekło) w Opplandzie. Właśnie doczytałam, że po polsku są to po prostu kotły polodowcowe. No nic to - wszystko przed nami, zawsze możemy tam wrócić. 

W Flekkefjord po raz pierwszy zobaczyłam cygańskich żebraków na ulicy. Poszłam robić zakupy w Kiwi, a pod sklepem siedziała młoda Cyganka, choć powinnam chyba powiedzieć Romka w ramach poprawności politycznej. Zakupy zajęły mi może 10 - 15 min. Tomek z chłopakami czekał na zewnątrz i obserwował żebrzącą kobietę. Podchodziły do niej Norweżki. Kobieta płakała, coś do nich mówiła. Norweżki głaskały ją po ramieniu w geście pocieszenia. Oczywiście wkładały korony do plastikowej miseczki. Pomyślałam o żebrzących Cyganach w Polsce i o tym jak my postrzegamy ich, a oni nas. I tak jak Cygan ma pejoratywny wydźwięk w naszym języku tak i Gadzie nie należy do pozytywnych w ich języków.
Zrobiło mi się żal tych Norweżek, które z dobroci serca chciały biedaczce pomóc, bo w takich kategoriach ją pewnie postrzegały. Ja, przez pryzmat polskich realiów widziałam natomiast kogoś, kto umiejętnie gra na współczuciu innych.
Nie wiem czy wtedy widzieliśmy tę samą kobietę, co na zdjęciu. Wydaje mi się, że tak. Artykuł pisano w marcu, za kilka dni miała wracać do Rumunii i w lipcu znów zawitać we Flekkefjord. Z artykułu wynika, że to Rumunka, matka trojga dzieci, która przyjechała do pracy - znaczy się do żebractwa, które w Norwegii jest legalne!!!  
http://avisenagder.no/index.php?page=vis_nyhet&NyhetID=19896 - tu można poczytać co o niej piszą i co mówi sama kobieta. 

Muszę przyznać, że kwestia Cyganów, żebrzących Romów, czy żebrzących Rumunów w Norwegii jakkolwiek ich zwać, zainteresowała mnie na tyle, że poczytałam sobie różne artykuły. Może kiedyś napiszę myśli, które  mnie naszły po tej lekturze. O żebrakach mówi się  nawet w Norwegii gatearbeidere - pracownicy uliczni. Są skolearbeidere (pracownicy szkolni), butikkarbeidere (pracownicy sklepowi), ale gatearbeidere!!!! Aż chce się krzyknąć Quo vadis, Norge? w imię swej poprawności politycznej.

To cut it short, z Flekkefjord pojechaliśmy w kierunku wyspy Hidra, gdzie chcieliśmy nocować. Miła pani z Turistinformasjon zapewniała nas, że na Hidrze jest lokalny camping. Już mieliśmy wsiadać na prom z Kvellandstrand na Hidrę, gdy spojrzałam na mapę i tam gdzie powinna być ikona z campingiem, był wielki czerwony krzyżyk, a opis był skreślony czerwoną taśmą. Nie chcąc ryzykować, zawróciliśmy do Flekkefjord. 

Mieliśmy do wyboru dwa campingi - Egenes Camping - dojeżdżając do niego już wiedzieliśmy, że nie skorzystamy - ludu było jak "mrówków" - a wszystko z racji głównej atrakcji - czyli Rixen watersport! Myślę, że nie znaleźlibyśmy miejsca na nasz namiocik.
 Drugi, czyli Svindland w Fedzie, był niewielki i prawie pusty, kiedy przyjechaliśmy. 
Pod wieczór camping był pełen i tam przydarzyła się nam dość interesująca sytuacja, ale o niej w kolejnym poście o Hidrze i wizycie w Lindesnes.

Ja miałam moje góry, Tomek w końcu doczekał się ryb. Na chłopaków czekał Legoland.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz