czwartek, 26 września 2013

Nie lubię.

Nie lubię narzekać ani rozmawiać o finansach, ale czasami nie ma wyjścia. Szczególnie, kiedy w kwestii finansów nie wygląda różowo i serce ściska strach.
Zbliża się nowy rok szkolny i mój powrót do pracy. Zapowiada się mało optymistycznie. Do szkoły zgłosiło się dużo mniej chętnych niż w zeszłym roku i mam podejrzenia, że nie do końca winą są uszczuplone portfele uczniów, ale też i brak szacunku mojego szefostwa do klienta, lub innymi słowy zabiegania o niego. Klienta trzeba dopieścić, a nie widzieć tylko przez pryzmat wpłacanych pieniędzy. Dla mnie natomiast oznacza to mniej grup, mniej godzin, mniejszą pensję. Owszem więcej czasu, ale co mi po czasie, kiedy nie będzie z czego opłacić rachunków. Wojtek poszedł do przedszkola i za nic nie chcemy go stamtąd zabierać, aby ciąć wydatki. Dobrze się tam czuje i widać, że chodzi z przyjemnością. Oboje dobrze się tam czują i widać gołym okiem jakie korzyści niesie za sobą przedszkole.

Od kilku lat wynajmujemy mieszkanie. Są czasami problemy z najemcami, mimo to jest to pewien zastrzyk gotówki. Kiedy wynajęliśmy mieszkanie w 2008r opłata, którą pobieraliśmy była wyższa o 20% niż jest to teraz. Moja pensja, kiedyś rosnąca jak na drożdżach, z czasem stanęła na tym samym poziomie, a dwa lata temu została obniżona o 7%, bo według naszych szefów trzeba było ratować kondycję finansową firmy. Zrobili to więc kosztem pracowników. Duży spadek. Patrząc na rachunki do zapłacenia tendencja jest zgoła inna. Duży wzrost. To samo dotyczy cen. Podsumowując - pensje spadają, koszty życia wzrastają. Jakim więc cudem wciąż funkcjonujemy? 

Zeszły rok zakończyliśmy mimo wszystko pozytywnie - udało się nam zorganizować wakacje w Norwegii, mały remont w pokojach dziecięcy, kilka przyjemności., mniejszych lub większych. Było relatywnie spokojnie i bezpiecznie. Nowy, właśnie się zaczynający, krzyczy ze strachu czy podołamy. Poza opłatami domowymi i przedszkolem, są jeszcze kredyty do spłacenia. Jedzenie, ubranie, leki - wszyscy wiedzą ile kosztują, a są rzeczami niezbędnymi. Już od dawna przestałam chodzić co miesiąc do kosmetyczki i fryzjera (długie włosy ułatwiają sprawę), czy spontanicznie skoczyć na zakupy po kolejny zbędny ciuch, buty czy kosmetyk. Nigdy zakupy mnie specjalnie nie nęciły, ale kiedy już weszłam do jakiegoś sklepu, to miło było wyjść z niego z jakąś fajną rzeczą, niekoniecznie dla siebie, czy niekoniecznie potrzebną. Co jakiś czas wypad do restauracji, kina, w zależności od nastroju. Poza przyjemnością dawało to też poczucie bezpieczeństwa, że wciąż zarabiamy na tyle dużo i że wciąż nas stać. A tu wygląda, że przyjdzie ograniczyć nam życie do spraw całkowicie niezbędnych. Pytanie, czy to co zarobimy wystarczy nam nawet na podstawowe życie? I jak wpłynie na nas przejście z dużego, fajnego auta na małe i z wieloma wadami? To oczywiście przenośnia - nie zamierzamy sprzedać passata! Wiem, że miliony Polaków są w dużo gorszej sytuacji więc powinnam zamknąć buzię i dalej sprzątać. Odkąd dowiedziałam się, że pensja będzie mniejsza targają mną nerwy i za nic nie mogę się zabrać. Bałagan spiętrzył się masakrycznie.

Najnormalniej w świecie się boję. Tomek pociesza, że damy radę. Wiem, że damy radę. Zawsze dajemy sobie radę. To tylko strach przed nowym, nieznanym i niekoniecznie przyjemnym. Po prostu muszę dać sobie czas na oswojenie sytuacji i życia z kalkulatorem w dłoni, a wężem w kieszeni. 

Od 19 października zaczynam uczyć na studiach zaocznych - zawsze coś, choć dwie soboty w miesiącu nie będą już wolne. A tak zarzekałam się, że weekendy są święte i tylko dla rodziny. Mam nadzieję, że znajdzie się z jeden, może dwóch prywatnych uczniów dla podreperowania domowego budżetu. Już porozsyłałam wici między znajomych.

Z drugiej strony próbuję spojrzeć na całą tę sytuację z innej strony. Kolejny krok do rozstanie się z tą firmą. Mam 9 miesięcy na znalezienie innej pracy. Dlaczego 9? Bo m.in dla ratowania budżetu poprosiłam o podzielenie mojej pensji nie na 12 miesięcy, ale na 9 (tyle miesięcy pracuję, 3 to cudowne wakacje, do tej pory płatne). Jeśli sytuacja się nie zmieni, w czerwcu przyszłego roku rozpocznę wspaniałe wakacje, ale nie będą one już płatne. Co zdecydowanie pomniejsza ich wspaniałość. Istnieje jednak szansa, że w przeciągu 9 miesięcy zmienię pracę w Polsce, lub co byłoby lepsze zmienię nie tylko pracę, ale i kraj. 


A z innej beczki - What does the fox say? Piosenka odkryta dzięki czytanym przeze mnie blogom, żałuję tylko, że śpiewana po angielsku. Może powstanie jej norweska wersja? 
Śpiewający w niej panowie są doprawdy miłym obiektem do oglądania. Jeśli ktoś powie, że Norwegowie nie są przystojni, proszę zerknąć na braci Bårda i Vegarda (no troszkę może zbyt chłopięcy jak na mój gust). Albo na aktora grającego detektywa z Bergen, Verga Veuma (Trond Espen Seim).



wtorek, 24 września 2013

Kiedy pogoda w niedzielę średnia jest, jedziemy do ...

...Pucka. A co ciekawego można robić w Pucku w wietrzno-pochmurno i z lekka deszczowy dzień? W taki dzień przecież wszystkie fajne rzeczy zmieniają się w niefajne. Tak przynajmniej może się wszystkim wydawać. My udowodniliśmy, choć pewnie tylko sobie, że nawet tak nieciekawe i opustoszałe miejsce jakim wydaje się być Puck, może stać się placem fajnych zabaw. Musi jednak spełnić kilka wymogów.

Po pierwsze: fontanna.
Przypominająca tę w Kościerzynie na rynku. Ta wczorajsza miała jednakże jedną wadę - lała zimną wodą w zimny dzień - chłopaki mogły sobie pozwolić na naprawdę krótkie szaleństwo. Ja w tym czasie rozglądałam się po ryneczku wiedząc, że nad intensywnością moczenia czuwa przecież Tomek.

Po drugie: kasztany.
Jesienną porą jak znalazł. Szukanie upadłych kasztanów w trawie, oczekiwanie na kolejne za każdym podmuchem wiatru, wydobywanie kasztanów z łupinek, że o chowaniu po kieszeniach nie wspomnę, okazało się być bardzo, ale to bardzo zajmujące dla pięciolatka i dwulatka. Ja kocham zbieranie kasztanów odkąd pamiętam. Kasztany są piękne, błyszczące, ciepło brązowe, a dotykanie ich jest naprawdę przyjemne. 


Po trzecie: meduzy.
Zatoka Pucka obfituje w meduzy. Pamiętam nasz wypad "za kawalera" do Rewy - po jednej stronie wody Zatoki, po drugiej Bałtyku. Po jednej multum meduz i ciepła woda, po drugiej przejrzyście czysta woda, za to zimna. Koniec końców kąpać nie dało się ani po jednej, ani po drugiej stronie. W Zatoce odstraszały mnie bowiem różowe meduzy, zwane mądrze chełbiami modrymi, choć wiem, że są zupełnie niewinne. W porównaniu z widzianymi przez nas w Norwegii kolosami (bełtwa festonowa????) wyglądają chyba nawet dużo ładniej. Ale znowu zbaczam z tematu. Czemu i dla kogo meduzy stały się atrakcją dnia? Morze wyrzucało jedną po drugiej na brzeg i mój Filip poczuł w sobie zew wybawiciela. Kijkiem odrzucał je do wody, krzycząc zapamiętale "A sio niegrzeczne. Do domu, do domu." Była to jednak walka z wiatrakami, więc po chwili zdenerwowany ogłosił koniec akcji, bo meduzy są głupie.



Po czwarte: buczynowy park, który okazał się być główną atrakcją dla mnie. Kocham drzewa, a te tutaj były piękne - majestatyczne i wciąż zielone, twardo nie dające się jesieni. 




 Po piąte: piknik. Świetny sposób na uniknięcie wydawania pieniędzy. Było trochę skromnie, bo tylko kanapki. Musiały jednak wzbudzić uznanie u Wojtka, bo obdarował mnie koniczyną. Każdy chyba jednak przyzna, że jedzenie na dworzu "doprawi" każdą potrawę.

 






Po szóste: Rzucewo, czyli wioska kaszubska w gminie Puck, którą omijano by szerokim łukiem, gdyby nie zamek zbudowany przez rodzinę von Below, obecnie zamieniony w Zamek Jana III Sobieskiego (hotel). Ciekawe co XIX-wieczny zamek ma wspólnego z królem żyjącym w XVII wieku?

I cóż więcej człowiekowi potrzebne jest do radosnego spaceru? Trochę piasku, trochę wody i drzew - sukces murowany. 

piątek, 20 września 2013

Kolejna historia o Trollu, z Ewelinką w roli głównej.

Gdzieś tam jest mój Troll z muchomorami na nosie. A rysować nie potrafię.
Wczoraj dostałam nowe zamówienie od Filipa na historię z bardzo dokładnymi wytycznymi o czym miałaby ona być. Po pierwsze - o tym, jak mama była mała. Po drugie - o tym, jak zgubiła się w lesie.



I tak oto powstała historia z cyklu "Kiedy mama była mała" pod tytułem:

"Jak mama zgubiła się w lesie i o tym kogo tam spotkała."

Był piękny sobotni poranek. Słonce świeciło, wiał lekki wiaterek, było przyjemnie ciepło. Mała Ewelinka obudziła się i od razu chciała oglądać bajki w telewizji. Ale mama kiwnęła głową, że nie.

- Ewelinko, dzisiaj jedziemy na wycieczkę do lasu. Wstawaj raz dwa! Za godzinę odjeżdża nasz pociąg.

- Ble, ale nuda - pomyślała Ewelinka. Pomysł bardzo, ale to bardzo się jej nie podobał.

Mama przygotowała kanapki, ciasto, kompot w termosie, a tata spakował koc i kilka potrzebnych ubrań. Plecak był gotowy, mama i tata też. Tylko Ewelinka jak tylko mogła spowalniała wyjście licząc, że nie zdążą na pociąg.

- Ej guzdrałko mała, szybciej. Czekamy już tylko na ciebie! - krzyknął wesoło tata - Chcesz zabrać jakieś zabawki? Piłkę? Może Funia pojedzie z nami? 

Ewelinka pokręciła przeczącą głową.

Nic nie chcę i tak będzie nudno. - odrzekła nadąsana. 

Przez chwilę myślała, żeby wziąć Funię, ale po co i ona ma się nudzić w tym okropnym lesie. Funia była ukochaną przytulanką, kupioną na wakacjach w Grybowie. Pojechały tam we trzy: ona, mama Zosia i babcia Jadzia. 

Ale w lesie jest niebezpiecznie i można się zgubić - próbowała zniechęcić do wycieczki rodziców, ale ci tylko się roześmiali i kazali się jej pospieszyć.

Na dworzec dotarli w prawie ostatniej chwili. Pociąg nadjeżdżał, kiedy wskakiwali na ostatni schodek peronu. Podróż pociągiem była nawet fajna. Ale tylko trochę. Jacyś ludzie grali i śpiewali. Mama wyjaśniła, że są to harcerze. Pewnie jechali na biwak. A po drugiej stronie siedział bardzo chudy i bardzo wysoki chłopak.  Ewelince wydawał się bardzo dziwny i może trochę nawet straszny. W każdym uchu miał kolczyki. W jednym to nawet miał kłódkę, taką jaką dziadek Ludwik zamyka altankę na działce!!! Na palcach miał dwa pierścionki - jeden z głową węża, a drugi z trupią czaszką. Był ubrany cały na czarno. Kiedy zobaczył, że Ewelinka się mu przygląda, zaczął robić dziwaczne miny. Potem przyszedł konduktor, sprawdził bilety. Temu dziwnemu chłopakowi wlepił mandat, bo nie miał biletu.

W końcu cała trójka wysiadła na przystanku w samym środku lasu. Zeszli w dół ścieżką i zaczęli iść w głąb lasu. Ewelinkę ogarniała coraz większa złość. Kopała kamienie, rwała gałęzie i liście. Pluła i tupała. Myślę, że gdyby miała pod ręką Funię, to z tej złości, mogłaby jej nawet powyrywać uszy. W końcu podniosła wielki kij i zaczęła nim uderzać we wszystko, co spotkała na swojej drodze. Była tak zła, że nie zauważyła jak skręciła w leśną ścieżkę, podczas gdy rodzice poszli dalej prosto. Kiedy spostrzegła, że jest sama poczuła się dziwnie. 

Mamo! Tato! - zawołała. Cisza. Po chwili zawołała jeszcze głośniej - Tatooooo! Mamooooo! Mamooooo! Tatooooo!

Cisza. Ewelinka wołała jeszcze kilka razy, ale poza bzyczeniem owadów, śpiewem ptaków i szumem wiatru w liściach, Ewelinka nie słyszała żadnych głosów. Dziewczynka zaczęła się bać, była taka sama, samiuteńka w obcym lesie i zupełnie, ale to zupełnie nie wiedziała co ma zrobić.  Usiadła na kamieniu i zaczęła rozmyślać. Postanowiła, że będzie płakać. Już łzy zaczęły się zbierać w jej oczach, kiedy zauważyła dwa muchomory. Niby nic dziwnego, w końcu muchomory rosną w lesie. Tylko, że te dwa muchomory rosły na krzaku. Ewelinka podeszła bliżej i ku swemu zdziwieniu zobaczyła, że muchomory się ruszają, a właściwie to rusza się ogromny nochal, na którym rosły. 

Ewelinka była przestraszona, a kiedy zobaczyła, że z krzaka gramoli się jakaś wielka postać, była przerażona od stóp, aż po czubek głowy. CO TO JEST???? POTWÓR!!!! - krzyknęła. 
Była tak przestraszona, że nie mogła się ruszyć. 

Stwór, który przed nią stanął był wielki, większy od taty, wyższy nawet od tego wysokiego, dziwnego chłopaka z pociągu. Miał wielkie ręce, zmierzwione i skołtunione włosy. Na wielkich stopach miał wielkie buciska, stare i dziurawe. Ubranie też było stare i dziurawe. Był to najbrzydszy stwór którego kiedykolwiek widziała Ewelinka. Właściwie był to jedyny stwór, którego widziała Ewelinka w swoim życiu, ale i tak wiedziała, że był on najbrzydszy. I tak stali na przeciwko siebie, Ewelinka i Wielkostwór, bo tak go w myślach nazwała. 

- Witaj - odezwał się Wielkostwór, dziwnie przyjemnym głosem. - Czemu tak się wydzierasz? I jak się nazywasz? 

Ewelinka wiedziała, że z obcymi nie powinna rozmawiać, więc milczała, intensywnie się mu przyglądając.

- Nie słyszysz co do ciebie mówię? A może straciłaś głos po tych krzykach? - zaniepokoił się Wielkostwór. - To ja będę mówił. Nazywam się Troll-z-Muchomorami-na-nosie, ale wszyscy mówią do mnie po prostu Troll. Przyjechałem tu na wycieczkę, z bardzo, bardzo  daleka. Z lasu w Norwegii. Tam jest mój dom.

Ewelinka słuchała i patrzyła na Trolla.  Już nie wydawał się jej taki straszny - miał naprawdę miły głos, śmiejące się niebieskie oczy, a we włosach miał ptasie gniazdo. No i te dwa śliczne muchomory na nosie!   

- Właściwie to on nie jest taki STRASZNY! Właściwie to on jest całkiem MIŁY! - pomyślała Ewelinka i postanowiła się do niego odezwać. 

- Mam na imię Ewelinka. Też przyjechałam tu na wycieczkę. Z rodzicami. Niestety zgubiłam się i nie wiem gdzie oni są. I jest mi bardzo smutno. Od rana była dla nich niemiła. 

- A czemu to? Czy coś się stało, że byłaś niemiła? Może oni byli niemili dla ciebie?

- Tak, kazali mi jechać z nim na tę głupią wycieczkę do tego głupiego lasu. A ja chciałam oglądać telewizję. 

Mówiąc to Ewelinka czuła się trochę głupio, bo tak naprawdę to rodzice byli dla niej mili od samego rana. Ale, ale...skoro kazali jej jechać do lasu to byli niemili. Tak, byli niemili i niesprawiedliwi. Ona miała inne plany! 

Troll nie wiedział co to telewizja, ale wiedział, że las to wspaniałe miejsce i że cudnie jest po nim spacerować w tak ciepły dzień. Postanowił, że spróbuje przekonać Ewelinkę do lasu i jego mieszkańców. Przede wszystkim postanowił pomóc jej odnaleźć rodziców. Zagwizdał jeden raz, potem drugi raz. A po chwili jeszcze trzeci raz. Ze wszystkich stron zaczęła nadbiegać zwierzęta, owady i ptaki. Pojawiła się rodzina lisów, zająców, kuny, nawet stary borsuk wyszedł ze swojej kryjówki. W koronach drzew zaroiło się od ptaków i wiewiórek. Na koniec na polanę wkroczył dostojny jeleń ze swoją liczną sarnią rodziną. 

- Kochani, to jest Ewelinka. Przyjechała tutaj na spacer z rodzicami, ale niestety zgubiła się i bardzo chciałaby odnaleźć swoją mamę i swojego tatę. 

Dziewczynka spojrzała na Trolla z wdzięcznością, że nie powiedział zwierzętom o jej niegrzecznym zachowaniu. Troll spojrzał na Ewelinkę i puścił do niej porozumiewawczo oko. Kiedyś sam przecież był  niefajnym trollem i dopiero dobroć Babci Brzozy pomogła mu odkryć się na nowo.

Zwierzęta od razu przystąpiły do poszukiwań. Wiedziały, że ktoś znajdujący się na terenie lasu, jest w potrzebie. Zwierzęta nie dbały czy ktoś miał 2 nogi, 4 kopyta, miał ogon czy dziób, czy skakał, czy latał, żywił się korzonkami czy kornikami. Solidarność zwierząt z lasu nakazywała wzajemną pomoc, a Ewelinka wchodząc do lasu stała się jego częścią. 

Zwierzęta podzieliły się na cztery grupy - te co skaczą, te co pełzają, te co latają i w końcu te co biegają. Skaczące ruszyły na prawo. Pełzające na lewo. Latające poszybowało prosto, a biegające pobiegły do tyłu. Troll i Ewelinka zostali na polanie. 

A My? Co my będziemy teraz robić? Ja też chcę biec i szukać rodziców.

A nie jesteś za bardzo zmęczona? Nie jesteś głodna? Może spragniona? 

Jestem i zmęczona i głodna i spragniona. - odpowiedziała dziewczynka żałośnie. 

Zaraz temu zaradzimy. - rzekł z uśmiechem Troll i zabrał się do roboty.


Z plecaka wyciągnął wielką kraciastą chusteczkę do nosa.Właściwie chustę, taka była olbrzymia. Właściwie to była ona tak wielka, że spokojnie mogłaby służyć za obrus. Troll rozłożył ją na trawie (chustka była wyprana i wyprasowana!), po czym zabrał się do szykowania jedzenia. Szast, prast i nazbierał garść jagód, oraz leśnych malin. Szast, prast i nabrał kropli rosy do kubeczka zrobionego z liści klonu. Rosę zaś doprawił do smaku nektarem z wrzosów. Ewelinka zjadła wszystko ze smakiem i ziewnęła przeciągle. Już chciała położyć się, kiedy na polanę wbiegła sarnia rodzina z jeleniem na czele.  

Znaleźliśmy ich! - pisnęły rozradowane sarniątka. 

Wskakuj na mój grzbiet, chwyć się mojej grzywy i jazda. - rzekł jeleń. 

Po chwili wszyscy pędzili przez chaszcze i zarośla. Potoczki i strumyczki. Wzgórki i doliny. Ewelinka chciała krzyczeć i piszczeć z zachwytu, ale pęd i wiatr jej to utrudniały. Trzymała się więc grzywy, wtulając ręce i twarz w ciepłą sierść zwierzęcia. Wiedziała, że jest bezpieczna i wiedziała, że las to cudowne miejsce. Nagle zatrzymali się. Stanęli za wielkim dębem. 

Spójrz w tamtą stronę. Tam stoją twoi rodzice. Bardzo się o ciebie niepokoją. Leć do nich. 

Dziewczynka uściskała zwierzęta. 
- Dziękuję, dziękuję wam z całego serca. Gdyby nie wasza pomoc, cały czas byłabym taka smutna i zła i cała nieszczęśliwa. Podziękujcie też inny zwierzętom, tym co pełzają i skaczą i latają. Byliście dla mnie naprawdę wspaniali. 

Tego ostatniego zdania sarny już nie usłyszały, gdyż popędziły w siną dal. 

- Ale ty Trollu chodź ze mną. Przedstawię cię moim rodzicom. Na pewno się ucieszą i chętnie cię poznają. 

Troll pokręcił przecząco głową - Nie. Nie poznają mnie. Dorośli nie wierzą w istoty takie jak ja. Nie zobaczą mnie, choćbym stanął prosto przed ich oczyma i pociągnął za nos. Lepiej będzie jak do nich teraz pójdziesz. Bardzo, ale to bardzo się o ciebie niepokoją. 

Ewelinka uścisnęła ogromnego Trolla i szepnęła - Dziękuję za wszystko. Nigdy o tobie nie zapomnę. Na zawsze pozostaniesz w moim sercu. 

Troll uśmiechnął się, posłał jej buziaka i po prostu znikł. Rodzice zauważyli Ewelinkę i szczęściu nie było końca. Mama tuliła córeczkę, a tata podskakiwał z radości.

Już nigdy nie pójdziemy do lasu. To był głupi pomysł - powiedziała mama - W lesie jest niebezpiecznie, można się zgubić. Miałaś rację kochanie. Od dzisiaj będziemy cię uważniej słuchać. 

Ewelinka spojrzała na nich poważnie i powiedziała - Tak, zgadzam się. Dzieci trzeba słuchać, bo mają czasami ważne rzeczy do powiedzenia. Ale nie zgadzam się z lasem. To nie wina lasu, że się zgubiłam. Stało się tak przez moją nieuwagę. A las jest piękny, wspaniały i bardzo przyjazny, trzeba tylko wiedzieć jak się w nim zachować. 

Rodzice spojrzeli po sobie i uśmiechnęli się. Cóż za zmiana w córce! I rzeczywiście od tamtej pory Ewelinka pokochała las z całego serca.

Jeśli chodzi o Trolla to Ewelinka nie dotrzymała obietnicy i niestety z upływem czasu zapomniała o nim. Przypomniała sobie o nim dopiero po wielu, wielu latach, kiedy była już bardzo, bardzo duża. Właściwie to przypomniał jej o Trollu jej synek Filipek, który pewnego wrześniowego wieczora zażyczył sobie opowieść o tym jak jego mama, będąc małą dziewczynką, zgubiła się w lesie...




 
 


 






Chcą


czwartek, 19 września 2013

Ostatnie chwile w Norwegii - part 3.

Jechaliśmy, jechaliśmy i do Kristiansand dojechaliśmy. Właściwie nocleg był w Mosby, miłej "sypialni" poza miastem. Muszę się przyznać, że byłam lekko poddenerwowana naszą wizytą u Roksany. Nie widziałyśmy się od ponad 10 lat, na studiach nie byłyśmy specjalnie zżyte. A wydaje się, że to właśnie z nią dane mi będzie utrzymać kontakt na dłużej. Kiedy tylko przyjechaliśmy, moje obawy okazały się płonne. Przede mną stanęła ta sama Roksana, życzliwa, uśmiechnięta i wesoła. Zawsze i fizycznie i mentalnie wydawała się być bardziej norweska niż polska, a teraz już zupełnie wsiąknęła w koloryt. Czułam jednak, że s przyjemnością mówi po polsku. Steven wyłysiał, ale też niewiele się zmienił. Równie otwarty i skory do żartów jak kiedyś. Właśnie  przypomniałam sobie pewne zdarzenie. Będąc jeszcze na studiach (październik 1998r.) wybraliśmy się w 3kę na imprezę do jednego z gdańskich klubów studenckich. Trochę bałam się spotkać tam mojego ex, z którym się dość nieelegancko obeszłam, ale z drugiej strony miałam całkiem swobodne podejście do spraw damsko-męskich w tych czasach, więc kiedy tylko zobaczyłam, że go nie ma, wpadłam w szał zabawy. Po chwili zaczął ze mną tańczyć blondyn o ciekawej urodzie - z lekka skandynawskiej. Nie był powalająco przystojny, ale miał to coś co mi się podobało. Roksana zaś w tym samym czasie kazała Stevenowi rzucić mi się na odsiecz, gdyż, jak później wyjaśniała, blondynowi źle patrzyło z oczu.
Ja niespecjalnie się tym przejęłam i przetańczyłam z blondynem całą noc, dałam się odprowadzić do domu, co więcej, zaczęłam się z nim spotykać. Jak się szybko okazało Roksana miała rację, blondyn może nie był socjopatą, ani gwałcicielem, ani seryjnym mordercą, ale na pewno miał problemy z kobietami i za wszelką cenę chciał mnie sobie podporządkować. Po trzech miesiącach spotykania, rzuciłam go w trąbę, a może to on mnie - kwestia interpretacji. Jako że miałam już zaproszenie na sylwestra z osobą towarzyszącą, musiałam więc szybko przygruchać sobie innego pana. I tak zaczęła się moja już ponad czternastoletnia przygoda z Tomkiem, ale to całkiem inna historia.

Wracając więc do Norwegii. Ostatnim ludzkim członkiem rodziny naszych gospodarzy, jest Aleksander. Zabawny dwunastolatek, z którym spędziliśmy uroczy poniedziałek (15.07) włócząc się z lekka bez ładu i składu po Kristiansand. Poza trzema wyżej wymienionymi są i zwierzęcy członkowie rodziny w postaci JLo, czyli psa i Elvisa czyli kota.



W niedzielę 14.07 nasi gospodarze porwali nas na przejażdżkę  Setesdalsbanen (wąskotorówka jadąca po dolinie Setesdal) z Grovane do Røyknes. Muszę się przyznać, że umknęło mi dużo z tej wycieczki, gdyż pochłonięta byłam rozmową z Roksaną. Trzeba nam było gdzieś tam pod drodze nadrobić ten stracony czas, a miałyśmy praktycznie tylko dwa dni. Zdjęcia robił głównie Steven lub Tomek. 
Niestety żaden z nich nie zrobiło zdjęć drewnianym korytom biegnącym prawie wzdłuż całej trasy. Teraz to miejsce spacerów, ale kiedyś korytami płynęła woda, którą spływało drewno. Wyglądało to naprawdę fajnie. Lokomotywy, wagoniki i ich wyposażenie, oraz zabytkowy dworzec działają i tak pięknie wyglądają dzięki grupie miłośników kolei wąskotorowych. Odnawiali, malowali, reperowali, szykowali i czyścili w ramach wolnego czasu i w imię swej pasji. Teraz kłócą się z muzeum, a o co chodzi? O pieniądze. Muzeum chce zarabiać, pasjonaci dawać upust pasji. Anyway, zadbano o każdy szczegół. Ubikacja w starym stylu ze spłuczką na łańcuszku, przekręcane włączniki do świateł, czy w końcu tekturowe bilety z dziurką po środku. Nostalgiczny powrót do przeszłości. 
 
W planie mieliśmy wizytę na Odderøya , co miało być ukłonem w kierunku Filipa i jego militarnych zainteresowań. Na tej wyspie znajdują się ruiny pamiętające zarówno I jaki i II Wojnę Światową. W XIX w. znajdowało się tam centrum kwarantanny dla chorych, m.in na cholerę. Właśnie doczytałam, że wyspa została udostępniona dopiero w latach 90tych. Zamiast tam, nasi gospodarze zaproponowali fort Møvik, na którym znajduje się Kanonmuseum. (muzeum artylerii)
Podczas drugiej wojny światowej, hitlerowcy wybudowali ten fort dla ochrony Skagerraku i wybrzeży Norwegii przed wojskami alianckimi. Do dziś stoi tam jedna z największych na świecie armat. Zasięg strzału był na ponad 50 km. Nie pamiętam kiedy, ale chyba w latach 60tych została jeszcze raz odpalona. Huk wystrzału powybijał szyby w budynkach w obrębie 10 km. Hitler zaczął nawet budowę drugiej, jeszcze większej, ale dzięki Bogu przegrał wojnę! Pomijając niechlubną historię tego miejsca, widok z niego piękny. 

Kristiansand to bardzo miłe miasto. Kolorowe, pełne kwiatów. Chciałoby się powiedzieć, ot taki Sopot, ale jakby mniej napuszone i na pewno bez rewii mody. W Norwegii idąc na spacer, wycieczkę czy jadąc na wakacje człowiek nie musi wkładać najlepszych ubrań. W Norwegii człowiek ma się czuć swobodnie i wygodnie. 
Włóczęgę po Kristiansand zaczęliśmy oczywiście od Fiskebasaren, lub jak kto woli Fiskebrygga. Drewniane domki i domeczki, w których znajdują się piekielnie drogie restauracje. 




 
W środku natomiast hala rybna - cieszyłam się jak dziecko widząc żywe kraby, krewetki i inne skorupiaki. Niby nic, ale jednak skupisko tylu dość egzotycznych stworzeń w jednym miejscu robi wrażenie.







I tak chodziliśmy sobie, chodziliśmy cały dzień, podziwiając na przykład rzeźby z piasku. 




   Albo szaleliśmy w fontannie. Jako maniaczka i szczera miłośniczka fontann nie mogłam odmówić sobie wskoczenia, a dzieci były idealną wymówką. Muszę przecież nad nimi czuwać i chodzić krok w krok.
Dzieci to w ogóle świetna wymówka do robienia tego, co można uznać za niestosowne w "pewnym" wieku - sanki i "jabłuszko", jazda na hulajnodze, huśtawki i zjeżdżalnie na placu zabaw, walka na śnieżki, lepienie bałwana. Tzn robiłam to i bez dzieci, ale przyznać muszę, że kiedyś było to po prostu pewnym urozmaiceniem, a teraz przeżywam to w trójwymiarze. Był więc i plac zabaw. 
A potem Centrum Sztuki Kilden. Właściwie to z całego centrum zainteresowała nas najbardziej wystawa rzeźb stojąco po boku. A może były to po prostu ławki???  
Zbliżało się południe, Wojtek przeżywał kryzys niespania, najwyższa pora skierować swoje nogi ku miejscu miłemu brzuszkom. A więc kierunek Kvadraturen. Roksana polecała fastfooda prowadzonego przez Hindusów, ale kiedy zadzwoniłam do niej z pytaniem o dokładną lokalizację, zapytała tylko - Chcecie tam iść? Ale wiesz, że najtańszy burger kosztuje ok 100 koron. Chcąc nie chcąc wybraliśmy McDonald's, bo tylko na to było nas stać. Celebrowaliśmy nasze hamburgery jakby były ze złota, hehe.
Potem poszliśmy na najfajniej robione lody pod słońcem. Zapomniałam nazwy sklepu, ale wystarczy spojrzeć na minę Aleksandra, aby zrozumieć, że były tam naprawdę słodyczowe skarby.
Na jednej ścianie żelki, cukierki i cuksy, lizaki i inne cuda, a na drugiej z ponad 20 rodzajów lodów. Bez komentarza pozostawię cenę za gałkę. Były też lody z automatu, które wybraliśmy. Po środku stała zaś wyspa ze smakowitymi dodatkami - owoce świeże i kandyzowane, orzechy i orzeszki, syropy i polewy. Self-service wydobywał ze wszystkich klientów dzieci. I nawet cena po zważeniu deseru nie zburzyła nam frajdy. 


Objedzeni i z obolałymi z lekka nogami szliśmy leniwie bez celu. I doszliśmy dokładnie tam.



Główną atrakcją były armaty, które znalazły wśród naszych chłopaków różne zastosowanie. Filip i Wojtek zdecydowanie preferowali ujeżdżanie armat, podczas gdy Aleksander dął w nie niczym w trąby.

W drodze powrotnej próbowałam dwóch rzeczy niemożliwych do wykonania - namówić chłopaków do pozowania i w odpowiedniej chwili robić zdjęcia. Scenka miała przedstawiać zabawę w berka pośród pięknie zadbanych kwiatów, a może zabawę w chowanego. Wyszło co wyszło. Chłopaki może i się posłuchali mnie, ale tempo z jakim zmieniali pozy było ponad siły mojego aparatu.
Strasznie jestem ciekawa, czego dotyczył monolog Filipa do Wojtka.
 
Podejrzewam jednak, że dotyczył batonika i jak na załączonym obok zdjęciu widać, Filip nic nie wskórał. Wojtek spałaszował batona sam.
Na zakończenie wycieczki spotkaliśmy się ze Stevenem i Roksaną i pojechaliśmy na zakupy do Sørlandssenteret. W przeciwieństwie do Trójmiasta, gdzie jedno wielkie centrum handlowe stoi obok drugiego i trzeciego i czwartego, a kolejne 10 jest budowane, Kristiansand ma jedno, oddalone od miasta o 12 km. Jest OLBRZYMIE (110 500 m²), cały czas rozbudowywane i można tam kupić wszystko co człowiek potrzebuje, począwszy od kafli na podłogę przez sprzęt AGD i na majtkach zakończywszy. Pobuszowałam trochę po Nille i Notabene kupując pamiątkowe gadżety, a w Boklageret w końcu kupiłam sobie kilka książek. Kun 150kr per 3 - czyli tylko 150 kr za 3.

I ostatni kolaż z Kristiansand. 

Niestety na tym koniec pobytu w Kristiansand. Dzień się skończył, a na drugi dzień o 7.30 mieliśmy prom do Hirtshals. O mało się nie spóźniliśmy. Godzinę wcześniej odprawa, postanowiliśmy więc wstać o 5.30. Mój budzik nie zadzwonił, Tomka też zawiódł. O 6 rano obudziła nas Roksana. Mieliśmy pół godziny na szybkie śniadanie, kilka kanapek i zrobienie herbaty do termosu. Roksana wszystko nam przygotowała. Dziękuję!!!! Uściskom nie było końca. O 7.00 byliśmy w porcie. Uff, byliśmy ostatnim samochodem, który wjechał na prom. Ale za to jako pierwsi wyjechaliśmy w Danii. Czasami opłaca się spóźnić. 

A tak oto żegnało nas Kristiansand, o poranku 16.lipca.




















Nasz prom przyspieszał i przyspieszał pieniąc wściekle morską wodę.













Kołysanie, przed którym tak przestrzegała nas Roksana, uśpiło Wojtka. 










Dania była coraz bliżej. Przed nami było jeszcze 276 km trasy wiodącej do Billund i do Legolandu. Wrażenia? W porównaniu z Norwegią, Dania wydała się bardzo brzydka i zaniedbana.

Pewnie dlatego przemknęliśmy tę trasę w tempie rekordowym, a przynajmniej takim na jakie pozwalały nam ograniczenia prędkości.

poniedziałek, 16 września 2013

I'm singing in the rain


Dokładnie tę piosenkę chciałoby się śpiewać choć leje jak z cebra. Mając jednak taki zestaw przeciwdeszczowy, czy cokolwiek jest nas w stanie zniechęcić???



sobota, 14 września 2013

Weekend bez dzieci

Wygląda na to, że będziemy we dwoje. Ja i Tomek. Już wczoraj Filip został wyekspediowany do dziadków na Zaspę. Wieczorem cisza błoga, zero kłótni między małoletnimi. Około 19tej Wojtek zapakowany do łóżka, tradycyjnie czytam dwa razy jedną i tę samą książeczkę. Potem kołysanka, blondas zasypia przy ostatnich taktach  Dorotki. A my oddajemy się lenistwu - znaczy się Tomek ogląda film dzieciństwa Transformers: Zemsta Upadłych, a ja kończę wpis na bloga. Te ostatnie chwile w Norwegii ciągną się i ciągną. Kristiansand będzie w 3ciej odsłonie dopiero. Aż w końcu zasypiamy wtuleni, zbyt zmęczeni na cokolwiek więcej.


Dzisiaj ma być nawet lepiej, bo i młodszy chyba pojedzie na noc do dziadków. Zgłupiejemy z tym wolnym czasem. Pierwotny plan był pójść do kina, ale nie ma za bardzo na co. Może Paranoja, a może Jobs. W tym pierwszym grają Gary Oldman i Harrison Ford, w drugim Ashton Kutcher, średnio lubię, ale film podobno fajny. Drugi plan, porzucić dzieci pod skrzydłami dziadków i plażą iść, aż padniemy ze zmęczenia. Tylko my dwoje - ja i Tomek. Don't stress out mate! - na miejscu podejmiemy decyzję.

06 października wybije nam 12 rocznica ślubu - plan prosty, kupujemy jakiś grupon i jedziemy we dwoje na weekend. Już chyba nawet wybrałam miejsce - Samotnia nad Wdą w Borach Tucholskich. Spanie do późna, zrelaksowane igraszki i tylko my dwoje. Przytulania, całusy, błogostan w duecie.
Więc cholerka muszę odpędzić natychmiast tę myśl, że chłopakom też by się tam podobało. Czytam o atrakcjach i już czuję, że kręciłoby ich, oj kręciłoby. Stop, basta. 

TO MA BYĆ NASZ WEEKEND! NASZA ROCZNICA!

 ---------15.09.2013. ---------

Weekend dobiega końca, chłopaki już śpią. Jak dom szybko przycicha bez dzieci i jak szybko potrafi na nowo rozkrzyczeć się dziecięcą radością. Zanim latorośle przyjechały, wybraliśmy się do naszego lasu na rowery. Wróciliśmy z koszem grzybów - jeździmy daleko w lasy wdzydzkie, a tu mamy pod nosem nasze piękne lasy oliwskie. 

Ale od początku. 
Zanim odwieźliśmy Wojtka na Zaspę, zdążył mi naprawić szufladę w witrynce. Wojtek, kiedy tylko ma szansę na jakąś manualną pracę, pędzi na łeb na szyję. Śrubokręt, młotek czy inne narzędzia wprawiają go w stan niemal ekstatyczny. Pod warunkiem oczywiście, że są one prawdziwe, wszelki zabawkowy chłam Wojtek traktuje z pogardą. 

W końcu Wojtek dołączył do Filipa, a po kawie dziadkowie żegnali nas z lekka mieszanymi odczuciami. To znaczy babcia wydawała się być dzielna, jednakże świadoma ewentualnych zagrożeń nocowania dwóch charakternych wnuków w domu, podczas gdy dziadek chichrał jak dziecko z radości. A nasze wszelkie obawy zniknęły, kiedy tylko weszliśmy na plażę.
Morza szum, mew śpiew i lekko zamglone widoki. Ludzi całkiem sporo, a na morzu ruch. 

Nie mając samochodu mogliśmy wejść do naszej ulubionej knajpki Kliper http://www.klipper.pl/# i bez wyrzutów sumienia wypić grzańca. Oj, oj skoro zamiast zimnego piwa z malinowym sokiem, wybieramy ciepłem parujący grzaniec, oznacza to, że jesień stawia coraz większe kroki, zbliżając się nieuchronnie. 
Jazda tramwajem, spacer Oliwą, jazda autobusem do domu - kiedy człowiek przemieszcza się wszędzie samochodem w wielkim pośpiechu, mała odskocznia od rutyny jawi się niczym przygoda. A i Oliwa wydaje się jakaś inna...



 
 
Niedzielny poranek był nieopisanie inny od standardowej niedzieli - nikt nie skakał nam po łóżku, nikt nie wpychał się między nas, nawet kot zachował się przyzwoicie i spał w sypialni chłopaków. Leniwe śniadanie w łóżku, a w końcu rowerowa przejażdżka leśnymi ścieżkami i koniec. Weekend zakończony, chłopaki wróciły, a z nimi normalność dnia powszedniego rodzinnego. Doszliśmy z Tomkiem do wniosku, że dwa dni bez chłopaków to od czasu do czasu rzecz pożądana. Byle nie dłużej, bo tęsknota za tymi dwoma łobuzami staje się nieznośna.