piątek, 6 września 2013

Jak galareta...

...trzęsę się, a żołądek ścisnął smutek. Mój spokój i zadowolenie runęło wraz z pierwszymi łzami w oczach mojego dziecka. Wojtek, ten roześmiany, bezkonfliktowy człowiek, z chęcią idący rano do przedszkola, dzisiaj tonął w łzach, a moje serce razem z nim. Wojtek niewiele płacze, ale kiedy już się mu to przydarzy, płacze całym swoim ciałem.
Teoretycznie powinnam być zaprawiona w boju po Starszym. Przerabiałam przecież czepianie się nóg i dramatyczne sceny mojego Filipa.  Było ciężko, ale nigdy nie tak jak dzisiaj. I te pytania straszne szamoczące się w głowie - czy Wojtek pamięta cokolwiek z żółtego domku? To, że przez pierwsze siedem miesięcy swojego życia był poza naszą rodziną? a zakładając, że cokolwiek pamięta, to czy może utożsamić przedszkole z porzuceniem? Podobno zdolność do pamiętania wyrabia się około 2-3 roku życia, marna pociecha. A co jeśli nie? Sala, w której przebywa przypomina bawialnię, a inne dzieci wydają się być innymi porzuconymi dziećmi? Czuję, że za wszelką cenę chciałabym mu zrekompensować te 7 miesięcy. Wiem jednak, że to niemożliwe i niesłuszne bo równałoby się z nierównym traktowaniem, a w naszej rodzinie nie ma mniej lub bardziej ważnych ludzi. 

Dzieci mogą wkurzać, doprowadzać do szału i wywoływać całkiem negatywne uczucia, ale są całym moim życiem. 
Codziennie zdaję sobie z tego sprawę i codziennie napawa mnie to radością i szczęściem. Przez większość swojego świadomego życia nie chciałam mieć dzieci - nie było dla nich miejsca w moim planie na życie. Nawet kiedy związek z moim Tomkiem nabrał na tyle sił i intensywności uczuć, że zdecydowaliśmy się na ślub, to i tak dzieci były poza nami. Chęć ich posiadania przyszła po kilku latach naszego małżeństwa. Nagle poczuliśmy, że jesteśmy gotowi się podzielić naszą miłością z dzieckiem. Nacieszyliśmy się sobą i teraz chcemy więcej. Tylko, że to nie było takie łatwe i musieliśmy czekać 3 lata zanim nasze marzenie się spełniło. Po co jednak wracać do tego? 

Koleżanki w moim wieku mają już nastoletnie dzieci, jedna z nich jest już nawet 39letnią babcią! A ja mam dwóch przedszkolaków i dzięki nim przeżywam kolejną przygodę mojego życia.  Myślę jednak, że nie byłabym taką fajną mamą i żoną, ani nie miałabym takiej fajnej rodziny, gdybym nie wierzyła swoim uczuciom i instynktowi. Skoro całe moje ciało i dusza mówiła dzieciom NIE, tak miało być. Widać potrzebowałam dużo więcej czasu niż inne kobiety. A kiedy już dorosłam do roli mamy, nie wynalazłam miliona powodów dla których nie miałabym tej roli podjąć. Dzięki Ci Boże, że ufam sobie i swojej mądrości. Nawet jeśli innym wyda się głupia, to dla mnie jest idealna.  

Dość emocjonalnie się dzisiaj zrobiło. Ktoś mógłby stwierdzić ckliwie, ale co mnie właściwie obchodzi co ktoś mógłby stwierdzić???? 

Dzwoniłam do przedszkola - Alt er i orden! Przez oczy jeszcze przed chwilą pełne łez znowu świeci słońce.


A teraz już zupełnie na spokojnie zabieram się za bułeczki drożdżowe z http://zwyczajnieogotowaniu.blogspot.com/2012/05/drozdzowe-bueczki-z-jabkami-i-cynamonem.html
 
Z drożdżami mam do czynienia pierwszy raz i choć przepis jest przejrzysty to mam wątpliwości. Postawić w ciepłym miejscu...czy może być to nasłoneczniony do granic wytrzymałości południowy balkon? Okazało się też, że nie mam cukru, a do sklepu leń zakazał mi iść. Ale po norweskiej wyprawie został jeszcze cukier w saszetkach. Zagadka. Ile saszetek zużyję, aby zapełnić cukrem szklankę mieszczącą ok. 220 g cukru? Jedna saszetka ma w sobie 5 g cukru.

A oto ciąg dalszy drożdżowej przygody. Ciasto wyrobiłam, jak autorka przepisu kazała, odstawiłam w ciepłe miejsce na godzinę. W międzyczasie rozejrzałam się po domu i pomyślałam, że ja to na pewno nie mogłabym prowadzić żadnego blogu wnętrzarskiego czy o gotowaniu. Bo czy godziłoby się takie foty zamieszczać mojego domu bądź kuchennego warsztatu pracy?
Do estetyki im daleko. I tu rodzi się odwieczne moje pytanie - jak ludzie utrzymują idealny porządek? A może to tylko moja rodzina jest jakaś nad wyraz bałaganiarska? Mam do wyboru, albo z faktem się pogodzić, albo z mężem 24/24 biegać w pełnym rynsztunku sprzątającym,  dzieci zaś przywiązać, tudzież przykleić do siedzeń. 

Po godzinie okazało się, że ciasto wyrosło naprawdę pięknie. Przystąpiłam więc do formowania placuszków. Co jak się okazało było łatwiejsze do napisania niż w wcielenia w życie. Ciasto było nad wyraz kleiste i nie pomogło maczanie rąk w mące. 

 Mikstura uwzięła się, że żadnymi placuszkami nie będzie. Dałam za wygraną, wcisnęłam do formy jedną warstwę, drugą wypełniłam musem jabłkowym, na koniec wszystko przykryłam kołderką z ciasta. 


Wsadziłam do piekarnika i piekłam godzinę. 
Ciasto wyrosło piękne, zapach cynamonu owładnął moim mieszkaniem. Cieszyłam się jak głupi osiołek, że jednak przechytrzyłam wredne drożdże i choć nie chciały się w bułeczki uformować, to i tak będą smacznym ciastem. 

O naiwności wielka! W smaku ciasto może i pyszne było (tak bezstronnie stwierdzili mój brat i mąż, choć ten ostatni nie wiem na ile bezstronnie), ale pod jabłkami czaiła się niczym monster surowa maź. Cała micha musu jabłkowego wciąż siedzi w lodówce, coś muszę z niej zrobić. Może nie dam drożdżom ten satysfakcji i zaatakuję drożdżówkę jeszcze raz? W końcu na błędach człowiek się uczy.




2 komentarze:

  1. Wiesz , ja tez czesto a moze nawet za czesto zdaje sie na swoj instynkt . Staram sie wierzyc ,, starszym '' , madrym ksiazkom , lekarzom - ale bywaja chwile , ze rzucam sie w wir moich uczuc , przeczuc i instynktu . I to dziala. Jestes matka palna geba , kto moze wiedziec wiecej o Twoich dzieciach niz Ty sama ? No kto ?
    A co do cukru to masz ten malusi malusi do kawki ? Heh , to sie napracujesz w otwieraniu . Zaraz pisze do Ciebie mail, mam nadzieje ze jakos pomoge . Calusy Ania

    OdpowiedzUsuń
  2. Cukier choć mały, nie taki straszny. Brałam po kilka do dłoni i ciachałam nożyczkami czubeczki. Jak tylko ogarnę powyjazdowy chaos zasiadam do lektury od Ciebie.
    Ha en riktig fin dag!

    OdpowiedzUsuń