wtorek, 10 września 2013

Ostatnie chwile w Norwegii - part 1.

Te ostatni chwile zajęły nam 4 dni i zaliczyliśmy wyspę Hidrę, Lindesnes z pięknymi widokami i latarnią morską oraz Kristiansand.

HIDRA

Na campingu Svindland w Fedzie spaliśmy jedną noc i rano czmychnęliśmy szybciutko w kierunku wyspy Hidra. Miałam napisać o pewny zdarzeniu zaistniałym między dziećmi norweskimi a moimi chłopakami i o tym jak zareagowali ich rodzice. Nie mam jednak aż tak wielkiego zacięcia socjologicznego i najzwyczajniej w świecie już mnie to przestało interesować.

Na informację o Hidrze trafiłam zupełnie przez przypadek. Spodobała mi się od razu bo...
- po pierwsze: nigdy nie byłam na wyspie,
- po drugie: wydawała się taka mała i kameralna - mieszka tam zaledwie 700 mieszkańców. Widząc takie klimaty od razu przychodzi mi na myśl serial "Northern Exposure". Zdecydowanie jestem człowiekiem małym skupisk ludzkich, a nie wielkich aglomeracji miejskich i chiałam choć trochę poczuć tę atmosferę.

Po przeprawie promem koła naszego passata skierowały się ku Kirkehavn - co po polsku znaczy kościelna zatoczka. Nazwa pochodzi pewnie od kościółka, który widać w tle. Czas gonił, przed nami było 108 km do Kristiansand i duży przystanek po drodze, czyli latarnia morska w Lindesnes. Na Hidrze spędziliśmy może z 3-4 godziny. Kiedy przyjechaliśmy zaczynał się akurat lokalny festyn Habnesprellet. Środkiem ulicy przechadza się korowód ludzi różnego wieku i płci. Zatrzymują się co któryś dom,  biorą udział w różnych konkurencjach - puszczanie papierowych samolotów, zadęcie w trąbkę, zjazd na sankach do wody, skok z jednego pontonu na drugi itd, itp. Ludzi było sporo i robili to co Norwegowie kochają robić, czyli 'kose seg' co w wolnym tłumaczeniu można przetłumaczyć na bawić się, spędzać czas w przyjemny sposób.
W Norwegii w ogóle wszystko jest koselig czyli przyjemne. Oczywiście jest to wielkie uproszczenie, ale myślę, że wakacyjny czas, upalny lipiec powodował, że ludzie tak właśnie postrzegali świat wkoło, jako koselig. 
Choć nikt nas nie przeganiał stamtąd czuliśmy się z lekka nie na miejscu, byliśmy po prostu obcy i ciężko było się nam odnaleźć i ot tak po prostu wchodzić do prywatnych domów i ogrodów. Pojechaliśmy więc dalej ku maleńkiej plaży, będącej też przystanią dla łodzi i miejscem do grillowania.
Na plaży stała ogromna wiata z drewnianymi ławami, murowanym piecem i żeliwnymi grillami. Dwie niewielkie tabliczki informujące o sponsorach, krótka instrukcja dotycząca zasad użytkowania miejsca i kominka. Obok plac zabaw. Wszystko felles czyli
wspólne, do ogólnego użytku. Bez opłat i ograniczeń. Czysto, schludnie i naprawdę zachęcająco. Na parkingu może dwa kampery na niemieckich tablicach. Sielsko i anielsko. Woda w zatoczce skusiła Tomka, niestety z kąpieli nic nie wyszło - chłopak wszedł, skostniał z zimna i czym prędzej uciekł.


Czas na Hidrze się zatrzymał. W ogóle go nie czuliśmy - wszędzie nam się bardzo podobało, ale to chyba właśnie Hidra oczarowała nas  najbardziej. Niestety wszystko co dobre ma swój koniec i chcąc nie chcąc musieliśmy uznać upływ czasu. Upłynęło go niestety już tyle, że pędem musieliśmy wracać na stały ląd i ominęło nas piękne Hågåsen - miejsca, z którego jest widok na całą wyspę i morze Północne. Tak to już często bywa, że kiedy człowiek się spieszy to umykają mu naprawdę piękne miejsca, ciekawi ludzie czy interesujące zdarzenia. Może uda się nam tam wrócić.

Droga do Lindesnes miała wić się według moich wyobrażeń wzdłuż linii brzegowej. Nic bardziej mylnego, bo w Norwegii jak to w Norwegii opp og ned, opp og ned - w górę, w dół, w górę w dół, a morza ani widu, ani słychu. Trasa nie została obfotografowana, gdyż to ja prowadziłam i choć Tomek robił początkowo zdjęcia to potem po prostu zasnął. Dzieciarnia też posnęła, muzyczka przygrywała cichutko, a samochód sunął idealną nawierzchnią norweskich dróg prosto do Lindesnes. Prosto oczywiście w teorii, w praktyce zakręt, gonił zakręt.

LINDESNES FYR - czyli latarnia morska w Lindesnes. 
 Boże, jak tam było pięknie - skały, o które rozbijały się wściekle spienione wody Skagerraku, wiatr urywający głowy, lazurowe niebo i jaskrawe słońce odbijające się od tafli wody. Słowa niepotrzebne, zdjęcia mówią wszystko. Dziś tylko trzy panoramy, padam ze zmęczenia. Mam nadzieję, że jutro uda mi się stworzyć jakiś miły kolaż. W ogóle mam nadzieję, że przed końcem tych wakacji uporam się z wakacyjnymi wspominkami.







3 komentarze:

  1. Ja tez juz wielokrotnie myslalam o wyprawie na Hitre. Ciagle brak nam czas . Dom pochlania wszystkie wolne chwile. Ale widze po Twoich zdjeciach Ewelinko , ze naprawde warto . Pozdrawiam ANia

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale my byliśmy na Hidrze (Vest-Agder), a Tobie chyba chodzi o Hitrę z Sør-Trøndelag :)
    Mam wielki niedosyt zdjęciowy po tym miejscu, no ale cóż. Po prostu kiedyś będzie tam trzeba wrócić :) Miłego dnia.

    OdpowiedzUsuń
  3. No kurcze masz racje , ta Twoja jest helt na pokudniu . Oj ja pipa :-(

    OdpowiedzUsuń