piątek, 13 września 2013

Ostatnie chwile w Norwegii - part 2.

A właściwie czemu Lindesnes? Czy dlatego, że to najstarsza latarnia w Norwegii? Pierwsze światło pojawiło się tam już w XVII w., ale tak naprawdę to rozbłysło na dobre dopiero w XVII. Czy dlatego, że rejon ten uważa się za sydspissen (najbardziej na południe wysunięty kawałek lądu) - z punktu widzenia geograficznego to miejsce te znajduje się w trochę innym miejscu, ale pewnie nie tak spektakularnym. A może dlatego, że mieszają się tam wody Bałtyku i Morza Północnego?

Latarnia zachwyciła mnie dzięki jednemu z czytywanych przeze mnie blogów. Ale nie byłam świadoma, że to tak interesujące miejsce. Po prostu spodobały mi się zdjęcia. Rzeczywistość przeszła moje oczekiwania, gdyż krajobraz był tak inny niż to co do tej pory w swoim życiu widziałam, a że żadne słowa nie oddadzą uroku tego miejsca, ustąpią one miejsca zdjęciom.
Skalna brama przez którą wjeżdżamy. Z dala widać górną część latarni i choć nie jest wysoka, tylko 16 metrów, to jej światło może być widziane z 37 kilometrów. Po prawej stronie widać fragment pomnika. Został wzniesiony dla uczczenia pamięci śmierci tysiąca radzieckich jeńców wojennych. Płynęli niemieckim statkiem do niewoli, kiedy zostali storpedowani przez angielskie lotnictwo. Cóż za okrutna pomyłka.

 


Filip początkowo marudny, przekonał się do wycieczki, kiedy tylko zobaczył niemiecki jeep wojskowy i choć zdjęciom przy aucie nie było końca to wkrótce potem biegał radośnie między fortyfikacjami.







W dole widać domki, w których mieszkały rodziny latarników. Od razu przyszła mi na myśl jedna z powieści Camilli Läckberg "Latarnik" Brrr, trochę makabryczne skojarzenie. 

Dużo zachwytu wzbudziła u chłopaków wystawa zdjęć latarni morskich Norwegii.
Pytanie tylko czy był to zachwyt nad zdjęciami, czy może nad faktem, że wystawa była w podziemiach??? Mnie zachwyciła wilgoć na dosłownie wszystkim. To że skały i podłoga były mokre, to jedno, ale krople wilgoci na plakatach dodawały zdjęciom jakiegoś niesamowitego smaku. Większej realności?
  



Latarnia jaka jest wszyscy widzą - biała z czerwonymi dodatkami. 


 Tchnęła świeżością i majestatem. A może sprawiło to słońce w blasku którego się kąpała?



Pozostawiliśmy kilka słów po sobie, Filip napisał nieporadnie swoje imię. Wojtek preferował hi-tech - skąd ten mały skubaniec wiedział, że to słuchawki? U nas w domu nie są używane. Świat zewnętrzny uczy nasze chłopaki przy naszej pełnej nieświadomości. 




Miałam wielką ochotę skoczyć w bok z utartego szlaku na skały i chłonąć niezapomniane widoki gdzieś w samotności. Tomek pomny mojego skoku w zwyż na Preikestolen, niechętnie na to przystał, a ja w końcu nie poszłam. Młodsi okazywali duże oznaki zmęczenia, przed nami było 78 km - w polskich realiach 78 km to żadna odległość. Pokonuje się ją w godzinę, max. półtorej w zależności od trasy, w Norwegii te same kilometry dostają magicznego rozszerzenia i człowiek jedzie i jedzie, jedzie i jedzie, a wkoło coraz piękniej i piękniej. Ale i też coraz później, było już mocno po 18tej. Koniec końców, zadowoliłam się tym co miałam w zasięgu ręki. 
 

 

I kilka ostatnich, ostatecznych zdjęć z krótkiego wypadu do Lindesnes.

 To miejsce przypominało Miłą Zatoczkę z serii o Eliaszu. Według Tomka, każda zatoczka przypominała Miłą Zatoczkę - co oznacza, że się mu podobało. 

A oto sławetny drogowskaz i szybki piknik z herbatą i sławnymi Kvikk Lunsjami, które tak naprawdę nie są niczym innym jak czekoladką przypominającą KitKata. Dla nas frajdą wielką było czytanie opisów miejsc, w które warto pojechać na jednodniową wycieczkę weekendową. Ot taki reklamowy gadżet.  Wiele osób uważa, że Kvikk Lunsj jest symbolem norweskości. My też mieliśmy polskie Prince Polo, ale to już historia. Jedni potrafią cenić swoje, inni wolą się wstydzić i odrzucić. Już chyba nawet Islandczycy bardziej doceniali smak naszego batonika.

Wracając do wycieczki. W końcu nie pozostało nam już nic jak tylko jechać i mieć nadzieję, że dojazd do Kristiansand, a dokładnie do Mosby będzie znośny.
Ruszyliśmy słuchając wytycznych Krzysia Hołowczyca z nawigacji, szybko jednak przerzuciliśmy się na  intuicję kierowcy, widząc wielkie rozkopy na drogach.
 


Widzę, że zapomniałam o jednym zdjęciu - takie niby nic, ale gra świateł na śnieżno białych ścianach latarni zniewalała. Oczywiście w rzeczywistości, a zdjęcie no jak to zdjęcie. 















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz