czwartek, 19 września 2013

Ostatnie chwile w Norwegii - part 3.

Jechaliśmy, jechaliśmy i do Kristiansand dojechaliśmy. Właściwie nocleg był w Mosby, miłej "sypialni" poza miastem. Muszę się przyznać, że byłam lekko poddenerwowana naszą wizytą u Roksany. Nie widziałyśmy się od ponad 10 lat, na studiach nie byłyśmy specjalnie zżyte. A wydaje się, że to właśnie z nią dane mi będzie utrzymać kontakt na dłużej. Kiedy tylko przyjechaliśmy, moje obawy okazały się płonne. Przede mną stanęła ta sama Roksana, życzliwa, uśmiechnięta i wesoła. Zawsze i fizycznie i mentalnie wydawała się być bardziej norweska niż polska, a teraz już zupełnie wsiąknęła w koloryt. Czułam jednak, że s przyjemnością mówi po polsku. Steven wyłysiał, ale też niewiele się zmienił. Równie otwarty i skory do żartów jak kiedyś. Właśnie  przypomniałam sobie pewne zdarzenie. Będąc jeszcze na studiach (październik 1998r.) wybraliśmy się w 3kę na imprezę do jednego z gdańskich klubów studenckich. Trochę bałam się spotkać tam mojego ex, z którym się dość nieelegancko obeszłam, ale z drugiej strony miałam całkiem swobodne podejście do spraw damsko-męskich w tych czasach, więc kiedy tylko zobaczyłam, że go nie ma, wpadłam w szał zabawy. Po chwili zaczął ze mną tańczyć blondyn o ciekawej urodzie - z lekka skandynawskiej. Nie był powalająco przystojny, ale miał to coś co mi się podobało. Roksana zaś w tym samym czasie kazała Stevenowi rzucić mi się na odsiecz, gdyż, jak później wyjaśniała, blondynowi źle patrzyło z oczu.
Ja niespecjalnie się tym przejęłam i przetańczyłam z blondynem całą noc, dałam się odprowadzić do domu, co więcej, zaczęłam się z nim spotykać. Jak się szybko okazało Roksana miała rację, blondyn może nie był socjopatą, ani gwałcicielem, ani seryjnym mordercą, ale na pewno miał problemy z kobietami i za wszelką cenę chciał mnie sobie podporządkować. Po trzech miesiącach spotykania, rzuciłam go w trąbę, a może to on mnie - kwestia interpretacji. Jako że miałam już zaproszenie na sylwestra z osobą towarzyszącą, musiałam więc szybko przygruchać sobie innego pana. I tak zaczęła się moja już ponad czternastoletnia przygoda z Tomkiem, ale to całkiem inna historia.

Wracając więc do Norwegii. Ostatnim ludzkim członkiem rodziny naszych gospodarzy, jest Aleksander. Zabawny dwunastolatek, z którym spędziliśmy uroczy poniedziałek (15.07) włócząc się z lekka bez ładu i składu po Kristiansand. Poza trzema wyżej wymienionymi są i zwierzęcy członkowie rodziny w postaci JLo, czyli psa i Elvisa czyli kota.



W niedzielę 14.07 nasi gospodarze porwali nas na przejażdżkę  Setesdalsbanen (wąskotorówka jadąca po dolinie Setesdal) z Grovane do Røyknes. Muszę się przyznać, że umknęło mi dużo z tej wycieczki, gdyż pochłonięta byłam rozmową z Roksaną. Trzeba nam było gdzieś tam pod drodze nadrobić ten stracony czas, a miałyśmy praktycznie tylko dwa dni. Zdjęcia robił głównie Steven lub Tomek. 
Niestety żaden z nich nie zrobiło zdjęć drewnianym korytom biegnącym prawie wzdłuż całej trasy. Teraz to miejsce spacerów, ale kiedyś korytami płynęła woda, którą spływało drewno. Wyglądało to naprawdę fajnie. Lokomotywy, wagoniki i ich wyposażenie, oraz zabytkowy dworzec działają i tak pięknie wyglądają dzięki grupie miłośników kolei wąskotorowych. Odnawiali, malowali, reperowali, szykowali i czyścili w ramach wolnego czasu i w imię swej pasji. Teraz kłócą się z muzeum, a o co chodzi? O pieniądze. Muzeum chce zarabiać, pasjonaci dawać upust pasji. Anyway, zadbano o każdy szczegół. Ubikacja w starym stylu ze spłuczką na łańcuszku, przekręcane włączniki do świateł, czy w końcu tekturowe bilety z dziurką po środku. Nostalgiczny powrót do przeszłości. 
 
W planie mieliśmy wizytę na Odderøya , co miało być ukłonem w kierunku Filipa i jego militarnych zainteresowań. Na tej wyspie znajdują się ruiny pamiętające zarówno I jaki i II Wojnę Światową. W XIX w. znajdowało się tam centrum kwarantanny dla chorych, m.in na cholerę. Właśnie doczytałam, że wyspa została udostępniona dopiero w latach 90tych. Zamiast tam, nasi gospodarze zaproponowali fort Møvik, na którym znajduje się Kanonmuseum. (muzeum artylerii)
Podczas drugiej wojny światowej, hitlerowcy wybudowali ten fort dla ochrony Skagerraku i wybrzeży Norwegii przed wojskami alianckimi. Do dziś stoi tam jedna z największych na świecie armat. Zasięg strzału był na ponad 50 km. Nie pamiętam kiedy, ale chyba w latach 60tych została jeszcze raz odpalona. Huk wystrzału powybijał szyby w budynkach w obrębie 10 km. Hitler zaczął nawet budowę drugiej, jeszcze większej, ale dzięki Bogu przegrał wojnę! Pomijając niechlubną historię tego miejsca, widok z niego piękny. 

Kristiansand to bardzo miłe miasto. Kolorowe, pełne kwiatów. Chciałoby się powiedzieć, ot taki Sopot, ale jakby mniej napuszone i na pewno bez rewii mody. W Norwegii idąc na spacer, wycieczkę czy jadąc na wakacje człowiek nie musi wkładać najlepszych ubrań. W Norwegii człowiek ma się czuć swobodnie i wygodnie. 
Włóczęgę po Kristiansand zaczęliśmy oczywiście od Fiskebasaren, lub jak kto woli Fiskebrygga. Drewniane domki i domeczki, w których znajdują się piekielnie drogie restauracje. 




 
W środku natomiast hala rybna - cieszyłam się jak dziecko widząc żywe kraby, krewetki i inne skorupiaki. Niby nic, ale jednak skupisko tylu dość egzotycznych stworzeń w jednym miejscu robi wrażenie.







I tak chodziliśmy sobie, chodziliśmy cały dzień, podziwiając na przykład rzeźby z piasku. 




   Albo szaleliśmy w fontannie. Jako maniaczka i szczera miłośniczka fontann nie mogłam odmówić sobie wskoczenia, a dzieci były idealną wymówką. Muszę przecież nad nimi czuwać i chodzić krok w krok.
Dzieci to w ogóle świetna wymówka do robienia tego, co można uznać za niestosowne w "pewnym" wieku - sanki i "jabłuszko", jazda na hulajnodze, huśtawki i zjeżdżalnie na placu zabaw, walka na śnieżki, lepienie bałwana. Tzn robiłam to i bez dzieci, ale przyznać muszę, że kiedyś było to po prostu pewnym urozmaiceniem, a teraz przeżywam to w trójwymiarze. Był więc i plac zabaw. 
A potem Centrum Sztuki Kilden. Właściwie to z całego centrum zainteresowała nas najbardziej wystawa rzeźb stojąco po boku. A może były to po prostu ławki???  
Zbliżało się południe, Wojtek przeżywał kryzys niespania, najwyższa pora skierować swoje nogi ku miejscu miłemu brzuszkom. A więc kierunek Kvadraturen. Roksana polecała fastfooda prowadzonego przez Hindusów, ale kiedy zadzwoniłam do niej z pytaniem o dokładną lokalizację, zapytała tylko - Chcecie tam iść? Ale wiesz, że najtańszy burger kosztuje ok 100 koron. Chcąc nie chcąc wybraliśmy McDonald's, bo tylko na to było nas stać. Celebrowaliśmy nasze hamburgery jakby były ze złota, hehe.
Potem poszliśmy na najfajniej robione lody pod słońcem. Zapomniałam nazwy sklepu, ale wystarczy spojrzeć na minę Aleksandra, aby zrozumieć, że były tam naprawdę słodyczowe skarby.
Na jednej ścianie żelki, cukierki i cuksy, lizaki i inne cuda, a na drugiej z ponad 20 rodzajów lodów. Bez komentarza pozostawię cenę za gałkę. Były też lody z automatu, które wybraliśmy. Po środku stała zaś wyspa ze smakowitymi dodatkami - owoce świeże i kandyzowane, orzechy i orzeszki, syropy i polewy. Self-service wydobywał ze wszystkich klientów dzieci. I nawet cena po zważeniu deseru nie zburzyła nam frajdy. 


Objedzeni i z obolałymi z lekka nogami szliśmy leniwie bez celu. I doszliśmy dokładnie tam.



Główną atrakcją były armaty, które znalazły wśród naszych chłopaków różne zastosowanie. Filip i Wojtek zdecydowanie preferowali ujeżdżanie armat, podczas gdy Aleksander dął w nie niczym w trąby.

W drodze powrotnej próbowałam dwóch rzeczy niemożliwych do wykonania - namówić chłopaków do pozowania i w odpowiedniej chwili robić zdjęcia. Scenka miała przedstawiać zabawę w berka pośród pięknie zadbanych kwiatów, a może zabawę w chowanego. Wyszło co wyszło. Chłopaki może i się posłuchali mnie, ale tempo z jakim zmieniali pozy było ponad siły mojego aparatu.
Strasznie jestem ciekawa, czego dotyczył monolog Filipa do Wojtka.
 
Podejrzewam jednak, że dotyczył batonika i jak na załączonym obok zdjęciu widać, Filip nic nie wskórał. Wojtek spałaszował batona sam.
Na zakończenie wycieczki spotkaliśmy się ze Stevenem i Roksaną i pojechaliśmy na zakupy do Sørlandssenteret. W przeciwieństwie do Trójmiasta, gdzie jedno wielkie centrum handlowe stoi obok drugiego i trzeciego i czwartego, a kolejne 10 jest budowane, Kristiansand ma jedno, oddalone od miasta o 12 km. Jest OLBRZYMIE (110 500 m²), cały czas rozbudowywane i można tam kupić wszystko co człowiek potrzebuje, począwszy od kafli na podłogę przez sprzęt AGD i na majtkach zakończywszy. Pobuszowałam trochę po Nille i Notabene kupując pamiątkowe gadżety, a w Boklageret w końcu kupiłam sobie kilka książek. Kun 150kr per 3 - czyli tylko 150 kr za 3.

I ostatni kolaż z Kristiansand. 

Niestety na tym koniec pobytu w Kristiansand. Dzień się skończył, a na drugi dzień o 7.30 mieliśmy prom do Hirtshals. O mało się nie spóźniliśmy. Godzinę wcześniej odprawa, postanowiliśmy więc wstać o 5.30. Mój budzik nie zadzwonił, Tomka też zawiódł. O 6 rano obudziła nas Roksana. Mieliśmy pół godziny na szybkie śniadanie, kilka kanapek i zrobienie herbaty do termosu. Roksana wszystko nam przygotowała. Dziękuję!!!! Uściskom nie było końca. O 7.00 byliśmy w porcie. Uff, byliśmy ostatnim samochodem, który wjechał na prom. Ale za to jako pierwsi wyjechaliśmy w Danii. Czasami opłaca się spóźnić. 

A tak oto żegnało nas Kristiansand, o poranku 16.lipca.




















Nasz prom przyspieszał i przyspieszał pieniąc wściekle morską wodę.













Kołysanie, przed którym tak przestrzegała nas Roksana, uśpiło Wojtka. 










Dania była coraz bliżej. Przed nami było jeszcze 276 km trasy wiodącej do Billund i do Legolandu. Wrażenia? W porównaniu z Norwegią, Dania wydała się bardzo brzydka i zaniedbana.

Pewnie dlatego przemknęliśmy tę trasę w tempie rekordowym, a przynajmniej takim na jakie pozwalały nam ograniczenia prędkości.

5 komentarzy:

  1. Heh, fajnie sie to czyta. Ba nawet ma sie wrazenie , ze jestem tam a raczej bylam tam z Wami . Kolory, smaki.... ilez to mozna przekazac slowem . Ciesze sie , ze tak milo piszesz o swojej wyprawie. Sciskam Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakże inaczej o niej pisać, kiedy naprawdę była fajna. Mieliśmy dużo szczęścia. Z pogodą, ludźmi, miejscami. Staram się łapać te wakacyjne okruchy i wracać do nich przez kolejne 10 miesięcy - a już na pewno przez te najciemniejsze. Wiesz, że codziennie dzień skraca się o 4 min? O 5 rano już jest ciemno!
      A jak tak Brenda? Pisałaś, że miała się oszczenić.

      Usuń
  2. Ile mniej więcej kosztuje prom i jak długo płynie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Płynęliśmy promem Fjordline, przede wszystkim był szybszy niż Colorline, a jak się potem okazało także i tańszy. Przeprawa trwała trochę ponad 2 godziny, koszt za 2 dorosłe osoby i 5latka + auto do 195 cm wysokości to niecałe 300 zł. Płaciliśmy przelewem, w duńskich koronach.

      Usuń
    2. Bardzo dziękuję za tą informację.

      Usuń