piątek, 25 października 2013

12 rocznica sakramentalnego TAK.

6 października 2001 związaliśmy się z Tomkiem na dobre i na złe.  I choć dwunasta rocznica to żadna rocznica, niemniej jednak jest dla mnie dobrą okazją do świętowania i wspomnień. Dzień był piękny i słoneczny. Temperatura ciepła jak w lecie, a nie jesienną porą. Pamiętam, że mama martwiła się czy nie zmarznę w październiku, mając gorset z odkrytymi ramionami. Szukałyśmy więc jakiejś pelerynki lub płaszczyka. Koniec końców pożyczyłam etolę. Było jednak tak ciepło, że etola nikomu się nie przydała, choć mama kilka razy próbowała mi ją zarzucić na ramiona. Suknia też była pożyczona. Jaki jest sens płacić 2 tys. lub więcej za coś, co ubiorę raz w życiu. Spódnica z lekkim trenem + sznurowany gorset = klasyka bez udziwnień. Cała ja. 

Tomka poznałam w październiku 1998, kiedy wróciłam z nieudanej próby pracowania jako au pair w Norwegii. Anulowałam urlop dziekański i rozpoczęłam czwarty rok studiów, a Tomek zaczął swoją pracę w nowo otwartej pracowni komputerowej. Byłam częstym gościem w jego pracowni, choć nie z racji uroku osobistego Tomka, ale z racji 10 nowiutkich komputerów z nieograniczonym dostępem do internetu. Teraz brzmi to niewiarygodnie, ale w 1998 posiadanie internetu czy nawet komputera w domu było czymś niecodziennym. Tomek zawsze był oblegany przez tłumy studentek, stanowiska komputerowe świeciły pustkami. Jak dla mnie sytuacja idealna. Ale, że chłopak był fajny to często po załatwieniu spraw komputerowych, pijaliśmy sobie kawę i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym.
Nasza pierwsza randka, a właściwie wspólne wyjście wiązało się z rozstaniem z Blondynem (gdzieś już opisane) i desperackim poszukiwaniem partnera na zabawę sylwestrową u znajomych, gdzie wiedziałam będą same pary. Wizja mnie jako singielki była mało nęcąca, ba wręcz nie do przyjęcia. W przeddzień rozpoczęcia ferii bożonarodzeniowych zeszłam do Tomka do pracowni i nawijałam coś bez sensu z 2 godziny, zanim odważyłam się zapytać o plany na sylwestra. A skoro nie ma żadnych, to czy pójdzie ze mną na sylwestra. Odpowiedź przyszła natychmiast - TAK.  
Impreza była tematyczna - stroje ludowe świata. Ja wystąpiłam jako Hiszpanka, Tomek przyjechał po mnie w stroju (prawdziwym) Szkota. Najfajniejsze było jak przyjechał. Dom znajomych był na totalnym zadupiu, zamówienie taxi graniczyło z cudem, ale się udało. Miała przyjechać ok 20tej. O 19.30 Tomek dał znać, że taxi już jest i trzeba się zbierać. Wychodzę przed dom, a na parkingu stoi czerwony maluch, kupiony przez Tomka po Świętach. Myślał, że mnie "maluchem" zbajeruje?
Bawiliśmy się świetnie. Był Arab, Egipcjanka, Indianka, Leon Zawodowiec, diabeł, wiosna, wampir, hippiska i dama z 20lecia międzywojennego - czyli stroje mające się nijak do folkloru, ale pełne inwencji twórczej. Tańce, hulanki i swawole - pokazałam swoją gorącą hiszpańską krew... No, a potem urwał mi się film. Upiłam się i skutki były katastrofalne. Wylądowałam w ubikacji z głową w sedesie. Na szczęście Tomek zadbał, żeby głowa nie sięgnęła dna i podtrzymywał ją rycersko. Kiedy żołądek wywrócił mi się na drugą stronę, Tomek załatwił cudem dla mnie łóżko -  i tak przespałam resztę nocy wraz z wampirem, który zajmował część wersalki. O poranku i po odzyskaniu świadomości byłam jednym chodzącym wstydem. Wieloznaczne spojrzenia imprezowiczów "kolega z uczelni, hę?", bo tak przedstawiłam Tomka, jednoznacznie wskazywały na mój moralny upadek. A ten w parze z upadkiem do poziomu sedesu przyprawił mnie o wielkiego kaca i marzyłam tylko o jednym - zapaść się pod ziemię. 
Tomek zadzwonił dnia następnego z pytaniem o moje samopoczucie, a na uczelni zachowywał się jakbyśmy byli parą. Wyjaśniłam, że to nieporozumienie, że alkohol, sylwestrowy nastrój i takie tam, więc pozostańmy znajomymi. Tomek to bardzo ugodowy człowiek, więc się nie narzucał. Spotykaliśmy się na uczelni, dwa razy w tygodniu przyjeżdżał po mnie do pracy i odwoził do domu. Wypijaliśmy herbatę, Tomek wracał do domu całując mnie w czółko. Aż pewnego dnia bardzo zapragnęłam, żeby nie całował mnie już w czoło tylko w usta i żeby mnie przytulał.  Początek był jeszcze dość ostrożny z mojej strony. Te tłumy studentek stawiały mnie z lekka na baczność więc poprosiłam Tomka o utrzymanie naszego związku w tajemnicy. Ujawniliśmy się po kilku tygodniach będąc na eko-parapetówie znajomej kontrabasistki. Zaowocowało to końcem znajomości z kilkoma koleżankami, potajemnie liczących, jak podejrzewam, na względy Tomka. Nasz związek się rozwijał. Dokładnie pamiętam dzień i okoliczności w których Tomek powiedział kocham. Stało się to pewnej letniej nocy na promenadzie między Mielnem, a Unieściem. Decyzja o ślubie przyszła nieoczekiwanie, skoro nic nie stało na przeszkodzie, skoro się kochaliśmy, to czemu nie związać się póki śmierć nas nie rozłączy? To był piękny dzień i takie jest całe nasze dotychczasowe wspólne życie. Kocham go bezgranicznie i dużo się od niego uczę. Swoim zachowaniem pokazuje jak to właściwie jest z wybaczaniem, zrozumieniem, cierpliwością i wiecznym optymizmem. Wychowałam się w rodzinie lubiącej wracać i rozpamiętywać przeszłość i porażki. Tomek wszystko kwitował 'i tak tego nie zmienisz. Trzeba iść dalej i mieć pewność, że następnym razem będzie inaczej.' Nauczył mnie też motywować i nie oceniać innych. Taka jest cała jego rodzina. Nie usłyszałam od moich teściów słowa krytyki czy niezadowolenia. Zawsze powtarzają, że to nasze życie i nasze decyzje. Dorastając w takim domu, Tomek nie mógł być inny. Mam nadzieję, że jestem równie pojętną uczennicą jak i on. Ode mnie wyszła bowiem nauka dotycząca konieczności "przegadania" problemów jeśli takowe zaistnieją zamiast "przesypiania" ich. Nie było to łatwe, ale na pewno warte każdego wysiłku. 
Nauczyłam go tego, że odpoczynek pełen fizycznego wysiłku to genialna sprawa.
Tatrzańska Łomnica - nasz 3ci wypad na Słowację 2007r.
To ja zabrałam Tomka w góry, pomogłam poczuć tę dziką radość
wejścia na szczyt i doświadczenia nieskończoności. A kiedy podczas naszego pierwszego pobytu w Tatrach Słowackich, wieczorową porą przy piwku usłyszałam "cholera, ale jestem zmęczony i taki szczęśliwy" to wiedziałam, że załapał o co w tym wszystkim chodzi.


Przed nami wiele, wiele lat wspólnego życia. Ostatnio wymyśliłam sobie, że mamy przed sobą z jakieś 40 lat życia. Bo chcę doświadczyć bycia babcią. Wiem jednak, że życie, tak nieznośnie nieprzewidywalne, równie dobrze może skrócić się okrutnie. Staram się więc wykorzystać każdą sekundę ofiarowanego nam czasu w taki sposób, abym nigdy nie żałowała jego zmarnowania. Szkoda czasu i życia na konflikty. Koniec końców do czego one prowadzą? Do udowodnienia własnej racji? W imię czego? Kłótni czy cichych dni? Tak, tego nauczył mnie Tomek, a może po prostu zmądrzałam z wiekiem. Istniejemy osobno, jako ja Ewelina i on Tomek, ale tak naprawdę to funkcjonujemy jako MY, jako RAZEM. 
 Kilka dni temu na swoich zajęciach z angielskiego, Tomek przerabiał present simple. Zadano mu pytanie:
"How often do you meet your best friend?" 
"I meet my best friend every day. My wife is my best friend."


Samotnia nad Wdą - nasz rocznicowy weekend w Borach Tucholskich.
Jesteśmy małżeństwem, najlepszymi przyjaciółmi, a kochankami? 
To już nasza i tylko nasza tajemnica, intymna strefa, do której wstęp mamy tylko my oboje. 
O 12 lat starsi wiekiem, doświadczeniem i miłością wciąż nie widzimy poza sobą świata. I kurcze blade, choć niewiele rozumiem z Biblii to dzięki mojemu małżeństwu z Tomkiem, wiem przynajmniej o co chodzi w Hymnie o miłości.


--------------------------------------------------------------------------

16 komentarzy:

  1. Wszystkiego najlepszego na dalsze lata życia razem :) Nam dziś stuknęło 17 latek, ale pogodę mieliśmy iście jesienną ;)
    Pozdrawiam. Agawi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agawi! Co za niespodzianka! Za życzenia dziękuję. A i Wam szczęśliwości samych w 17tą rocznicę ślę. Przy okazji uściskaj urodzinowo Adasia. (spóźnione cokolwiek...) Pozdrawiam!!!!

      Usuń
  2. Oby tak Wam się układało dalej! To, że dobrze Wam ze sobą, że się szanujecie i kochacie - widać na zdjęciach. i to nie tylko na tych w tym poście. Oglądam je od kilku miesięcy :)
    Uściski dla Ciebie i Twojego Męża :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hjertelig tusen takk:) Jak tam w Bergen. Deszczowo czy wręcz przeciwnie?

      Usuń
    2. Ostatni tydzień deszczowy.
      Co z tym Varg Veumem? Odpowiesz na moim blogu?

      Usuń
  3. Ewelina ja również życzę Tobie i mężowi Twojemu kolejnych wspólnie spędzonych lat w szczęściu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okey-dokey, postaramy się spełnić powyższe życzenie:)

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. :-))))))) to serduszka były
      Judyta

      Usuń
    2. ale ja wiem, że to serduszka - w podzięce wysłałam buziaki :-X

      Usuń
    3. Hahaha :) to ja niewiedziałam, że to buziaki :))))))))) To ja też :-X :-X
      Judyta

      Usuń
  5. Pieknie to wszystko opisalas. Widac , ze bardzo sie kochacie. Gratulacje i zyczenia przynajmniej jeszcze 100 takich rocznic ;-) . Sciskam Ania . ps. ech te Tomki ....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki wielkie. Właśnie o Tobie myślałam zjadając kapustę kiszoną. Jak tam Wasza??????
      Dobrej nocy.

      P.S. U nas wciąż śpiewają świerszcze!

      Usuń
  6. Piękna historia :-) Fajne, że do małżeństwa każdy coś wnosi, jeden od drugiego może się uczyć :-)
    Wielu, wielu lat razem w szczęściu i miłości życzę :-))

    P.S. Przepraszam, jeszcze nie miałam czasu przysiąść i przeczytać Twoich opowiadań. Ale cały czas o tym pamiętam i mam nadzieję, że niebawem się uda :-) Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękować, dziękować. No jakoś tak się mi i Tomkowi udało trafić na siebie :-)

      Z opowiadaniami nie ma absolutnie ciśnienia, coś Ty. Jeśli kiedyś, gdzieś, w wolnej chwili poczytasz będzie fajnie. A jeśli nie, to też będzie fajnie. Miłego dnia

      Usuń