sobota, 30 listopada 2013

Krok po kroczku, najpiękniejsze w cały roku idą Święta...

Powoli wkracza do naszego domu świąteczna atmosfera. Dzisiaj, kiedy tylko nasze potomstwo uśnie (oby szybko!) będziemy kończyli z Tomkiem kalendarze adwentowe. 1,6 kg ciasta na pierniczki od dawna czeka w zamrażalniku na swój cukierniczy debiut. Od dwóch lat, a może i nawet trzech zaopatruję się w gotowe ciasto od pewnej pani wystawiającej swój produkt na allegro. Ciasto w smaku przednie, a zabawa w wykrajanie nie ograniczona żmudnym ugniataniem jest po prostu wyśmienita. Świece tańczą płomienny taniec w szklanych lampionach. Filip ćwiczy rolę na jasełka, tym razem będzie Archaniołem. Śpiewa przy tym pełnym gardłem Gloria, gloria i inne szlagiery z kolędowego repertuaru. Wtóruje mu przy tym Wojtek ciągnąc same końcówki. A ja, choć właśnie robię ciasto - próbę na święta to najchętniej zanurzyłabym się we wspomnieniach i zdjęciach z Zakynthos. Zawsze to lepsze niż myślenie o szkarlatynie Wojtka, jego przerośniętym trzecim migdale i skierowaniu na wycięcie.

niedziela, 24 listopada 2013

Mamma Mia i nasze Zahynthos.

Mija tydzień odkąd z zachwytem oglądaliśmy z Tomkiem Mamma Mia kołysząc się  przy tym do Abby. Film sprzed dobrych kilku lat, przeze mnie obejrzany po raz pierwszy jest dowodem na przysłowie "film nie zając, nie ucieknie."
Wspaniała muzyka, wspaniałe aktorstwo, ale przede wszystkim sceneria greckiej wyspy, która przywołała wspomnienia z 2011r. Przypadała wtedy nasza dziesiąta rocznica ślubu, szukaliśmy pomysłu na jej uczczenie. Kryteria wyboru miejsca były następujące:
  • zawsze świeci słońce - rok wcześniej wybraliśmy Puszczę Kampinoską - piękna w prawie każdym detalu, za wyjątkiem deszczu, który jak zaczął padać wieczorem w dniu naszego przyjazdu, padał 24 na 24 przez kolejne dni naszego pobytu. No more! - we said,
  • interesujące dla nas jak i dla trzyletniego wówczas Filipa - wszelkie zabytki, ruiny i tym podobne atrakcje odpadały,
  • mało uczęszczane przez turystów, także, a może szczególnie tych z Polski.
  • w granicach finansowej przyzwoitości.
Padały różne propozycje, nasz wybór padł na Zakynthos - grecką wyspę na morzu Jońskim.  Niewielka, gdyż jej powierzchnia to niewiele ponad 400 metrów kwadratowych, wydawała się idealnym miejscem do spędzenia wakacji. Firma Grecos miała w swojej ofercie package holiday w Porto Koukla. Gloria Maris, gdzie byliśmy zakwaterowani wydawał się być dla nas po prostu idealny - niewielki i stojący na uboczu wielkich turystycznych imprezowni hotel z boskim widokiem na morze i wyspę Marathonisi. Decyzja zapadła, wycieczka kupiona. 10.czerwca 2011r wylecieliśmy ku cudnej tygodniowej przygodzie. Wtedy jeszcze bez Wojtka, bo choć urodził się w marcu tego roku, nie mieliśmy o nim bladego pojęcia. Hotel i jego okolice prezentowały się tak jak widać na poniższych obrazkach.

Pierwszego dnia ruszyliśmy do Laganas w poszukiwaniu firmy wynajmującej samochody. Nasz plan był bowiem prosty - wypożyczyć auto i każdego dnia, zaraz po śniadaniu wyruszyć na podbój wyspy (ten kto wymyślił all inclusive - zabija ducha podróżowania!) Laganas, mekka dla imprezowiczów z Wielkiej Brytanii i Holandii odwiedzających Zakynthos, nie przedstawiała się zachęcająco. Plaże dość brudne po całonocnych imprezach, tłoczne - zdecydowanie nie dla nas. Przez chwilę przypomniała mi się własna młodość durna i chmurna, kiedy letnią porą jechało się do Władysławowa czy innego miejsca nad morzem. Jechaliśmy całą paczką, meldowaliśmy się na polu namiotowy rozbijając przy tym jeden mały namiot, który był naszym magazynem. Dni spędzaliśmy na plaży odsypiając całonocne imprezowanie w namiocie RMF. Ot, zapomniał wół jak cielęciem był.
 O podobnych charakterze są i inne "duże" miejscowości Zakynthos - Tsilivi czy Kalamaki. Z racji naszych preferencji omijaliśmy je raczej szerokim łukiem. 

Gerakas - piękna plaża o drobniutkim piasku na płw. Vassilikos. Tam po raz pierwszy w swoim życiu pływałam w morzu po pierwsze cudnie ciepłym, a po drugie na tyle zasolonym, aby móc się bez wysiłku unosić na niewielkich falach. Gerakas jest miejscem, które upodobały sobie żółwie Caretta-Caretta. Mają tam bowiem swoje miejsca lęgowe, w związku z czym turyści muszą dostosować się do pewnych zasad, np. nie wolno przebywać tam po zmroku, pływać motorówkami, czy przebywać na plaży dłużej niż 3 godziny.  Środek plaży okupują tekstylni, boki zarezerwowane są dla nagusów. Bez względu, którą stronę plaży wybierze człowiek,  rozpościera się przed nim przepiękny widok, m.in na wyspę Marathonisi.
Po godzinie, może dwóch pluskania się w wodach zatoki, wyruszyliśmy dalej. Skręciliśmy w boczną drogę w poszukiwaniu kolejnego miejsca na naszej liście "must see". Niestety skręciliśmy o jedną drogę za szybko, a może za późno, gdyż trafiliśmy nie tam gdzie chcieliśmy. Naszym oczom ukazał się GIGANTYCZNY  hotel otoczony GIGANTYCZNYM murem. Droga się skończyła, trzeba było zaparkować. Zastanawialiśmy się czy nie wrócić, ale przed nami rozpościerał się piękny gaj białych, czerwonych i bladoróżowych oleandrów. Był on tak kuszący, że po prostu nie można było nim nie przejść. 
 Droga doprowadziła nas  do malutkiej plaży, na której była miła restauracyjka, a że zbliżała się pora dość wczesnego lunchu, nie omieszkaliśmy zamówić kilku smakołyków. Grube frytki, grecka sałatka jakże odmienna od tych serwowanych w Polsce i zniewalający smakiem świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy. Miejsce było naprawdę urokliwe, pieszczotliwie połechtało nasze podniebienie i nacieszyło oczy piękną okolicą. 

 Kolejnym przystankiem była plaża Św. Mikołaja czyli Agios Nikolaos. Nie wiem czy nasz św. Mikołaj i grecki św. Mikołaj to te same osoby, ten tutaj bowiem jest patronem marynarzy i to do niego zanosi się modły prosząc o szczęśliwy powrót z morza do domu. Główną atrakcją tego miejsca jest niewielki kościółek wyżej wymienionego świętego. Krzykliwa biel ścian kościoła pięknie odbijała się na tle całej feerii niebieskości na morzu i niebie - szmaragdów, seledynów, turkusów i lazuru. 
A to widok na Banana Beach. Filip akurat spał, więc wyskoczyłam tylko z auta zrobić szybkie foto. Wiało niemiłosiernie.

Z Agios Nikolaos ruszyliśmy ku plaży Dafni, zwabieni opisami o najpiękniejszej plaży Zakynthos. Krajobraz się z lekka zmienił, kręta i bardzo wąska szutrówka wiodła nas pierw w górę, a potem ostro w dół.  Widok stromego zbocza zawiesił moją duszę na ramieniu. Zjeżdżaliśmy na sam dół, ku widocznym na zdjęciu samochodom. Każdy zakręt stawiał nas na baczność, czy nie jedzie z przeciwka inny samochód. Droga była na tyle wąska, że w przypadku mijanki, któryś z samochodów musiałby się cofnąć do najbliższego szerokiego miejsca, a było ich po drodze naprawdę niewiele.
Po szczęśliwym dotarciu do celu okazało się..., że miejsce, w którym chcieliśmy być jest po drugiej stronie wąwozu. Dzieliło nas od niego może z jakieś 100 - 200 metrów...grząskiego terenu, po który za nic nasza wypożyczona KIA by nie przejechała. Nie namyślając się wiele, ruszyliśmy w drogę powrotną licząc, że piaski Dafni wynagrodzą nam te nadszarpnięte nerwy. Niestety rozpuszczeni wcześniejszymi plażami jakoś nie potrafiliśmy docenić jej uroków. Okolice piękne, góry pokryte zieleniną i co jakiś czas palmy, ale ta plaża jakaś taka...a to kamienie, a to lekkie błocko. Dno morza też jakieś takie nieprzyjazne. Fakt, ludzi tam niewiele.
 Ale, że w czerwcu 2011 Zakynthos nie było jakoś specjalnie oblegane, nie odgrywało to znacznej roli. Muszę przyznać, że po prostu odhaczyliśmy Dafnię i z radością odjechaliśmy dalej, szczególnie, że zbliżał się wieczór. Teraz myślę, że może byliśmy przesyceni tym pierwszym dniem i po prostu nie doceniliśmy uroku wyżej opisanej plaży. Droga powrotna przebiegała przez piękne okolice wyspy.
Zmierzaliśmy ku Laganas, gdyż ostatnim miejscem, które chcieliśmy zobaczyć tego dnia było Agios Sostis, a dokładnie wyspa Cameo, która powstała w wyniku trzęsienia ziemi jakie nawiedziło te rejony w 1953r, czyli wbrew pozorom całkiem niedawno. Obecnie modne jest tam urządzenie imprezy weselnej, a przynajmniej sesji zdjęciowej. Co jakiś czas wiszą też na wyspie białe obrusy, a może jakieś prześcieradła. Niestety za nic nie mogę sobie przypomnieć ich symboliki, bo nie chodzi tu li tylko o suszenie. Może ma to właśnie związek z nowożeńcami? W każdym razie, po zjedzeniu prawdziwego obiadu w prawdziwej tawernie ze stołami nakrytymi cudnymi kraciastymi obrusami (boskie grzanki czosnkowe na przystawkę), ruszyliśmy ku wyspie. Wiedzie do niej chybotliwy  drewniany mostek. Trzeba zapłacić za wejście bodajże 5 € od osoby, ale były one odliczane od rachunku, jeśli zamawiało się coś w barze. Tak więc jedząc lody i popijając grecką kawę, która okazała się być niczym innym jak mega słodką kawą parzoną po turecku, oddawaliśmy się błogiemu lenistwu i przyjemnemu upałowi.
Dzień dobiegł końca. Wróciliśmy do hotelu. Dzisiejsza niedziela też już się kończy. A ja piszę i piszę sama już nie wiem od ilu godzin. Może jestem jak ten Onslow z Keeping Up Appearance za mało lotna w tym swoim wodolejstwie. Może więc gra nie warta świeczki, jednak dopóki daje mi jakąś tam swoistą frajdę dopóty będę pisała. Amen.

CDN...


niedziela, 10 listopada 2013

Dzień Niepodległości i Brakkefolket.

Dziś 11 listopada. Dzień Niepodległości. Od kilku lat czynnie uczestniczymy w paradach czy to w Gdańsku czy w Gdyni.
Robimy flagi i inne biało-czerwone gadżety. Podoba mi się pomysł parady, wyjścia ludzi na ulice i wspólnego świętowania tego dnia. Sama realizacja może pozostawia wiele do życzenia, szczególnie w Gdańsku pod względem organizacji i przebiegu, ale nie chcę się czepiać. Dzień ma być upamiętnieniem i celebrą dokonań z 1918r, a nie szukaniem minusów organizacyjnych. W tym roku złożeni chorobą siedzimy w domu. Nie będzie biało-czerwonych czapek ani pomponów jak w zeszłym roku. Nie pójdziemy w paradnym tłumie do Skweru Kościuszki w Gdyni.

A może to i lepiej. Bo i nastrój jakiś nijaki. Bo i ta sytuacja w Polsce jakaś nijaka. Sobotnia manifestacja w Gdańsku z pomnikiem Złotego Donka na czele nie napawa optymizmem. Ustawy śmieciowe. Piątkowe głosowanie referendum w sprawie 6-latków. Coraz gorsza sytuacja w szkolnictwie, którą znam z racji bycia nauczycielem. I co z tego, że pracuję w prywatnej szkole językowej. Gdyby system uczenia języków w Polsce był dobry, szkoły takie jak moje nie miałyby racji bytu. Szkolnictwo wyższe...Byle cymbał zostaje magistrem, wystarczy, że pójdzie studiować na prywatnej uczelni. Zresztą na państwowych uczelniach jest chyba nie lepiej, odkąd wprowadzili system punktacji zamiast egzaminów wstępnych. Na moją rodzimą skandynawistykę, będącą bądź co bądź studiami filologicznymi, dostają się ludzie nie wiedzący co to przydawka, a co dopełnienie. Dobrze, że są jeszcze w stanie odróżnić czasownik od rzeczownika. Zresztą czy wykształcenie ma aż takie znaczenie, kiedy zarówno ten z dyplomem jak i ten bez, spotkają się pracując w kasie tego samego supermarketu. 
Moja rodzina należy do zwolenników PiS. Wielokrotnie oburzałam się na wiele rzeczy, które mówili uważając, że to demagogia i populizm. Czasami wręcz śmiałam się z ich teorii spiskowych. Ale od jakiegoś czasu zaczynam się skłaniać ku bardzo pesymistycznym myślom, że coś w tym chyba jest. Idealnym przykładem jest podział kontraktów z NFZ w pomorskiem. Nagle z dnia na dzień szpitale potraciły fundusze, przez co pozamykano przyszpitalne przychodnie. Zlikwidowano specjalistów w przychodniach osiedlowych. Dano za to pieniądze punktom prywatnym, które teraz mogą się szczycić kontraktem z NFZ. Może rzeczywiście to jakaś pokrętna droga do prywatyzacji służby zdrowia za wszelką cenę? Aż nie chcę w to wierzyć. Tu się sypie, tam się sypie, tylko centra handlowe wyłaniają się jak grzyby po deszczu. W starożytnym Rzymie plebs dla zamknięcia gęby dostawał igrzyska. We współczesnej Polsce dla zamknięcia gęby daje się sklepy niosące ze sobą namiastkę luksusu i zadowolenia. Spełnieniem marzeń przeciętnego Polaka jest niestety spacer po centrum handlowym, kupno bubla na śmieciowej wyprzedaży i lunch równie plastikowy jak naczynia, na których jest podawany. Centrum handlowe...a może raczej galeria???? Ostatnio mój nastoletni uczeń zauważył, że w druku jest błąd.They went to the gallery to see some pictures. Chyba powinno być: They went to the gallery to buy some pictures. No tak, galeria jednoznacznie kojarzy się z tą handlową.

Gdzieś niedawno czytałam o smutnej statystyce. Coraz więcej Polaków nie widząc tutaj dla siebie przyszłości wyjeżdża zagranicę w poszukiwaniu godnego życia, a co gorsza nie zamierzają wracać do ojczyzny.  I na tle tej informacji, niczym zgniła wisienka na zgniłym torcie pojawia się w norweskiej telewizji pierwszy z trzech odcinków Brakkefolket http://tv.nrk.no/serie/brakkefolket w reżyserii Hanny Seferowicz, Polki pracującej w NRK. Pani ta nakręciła już wcześniej mini reportaż o bezdomnych w Oslo.

Film przedstawia życie Polaków pracujących w Norwegii i mieszkających w barakach pod Oslo. Obejrzałam i poczułam gniew, straszliwy gniew, że można nakręcić dokument, który pokazuje polskich emigrantów w Norwegii w taki niefajny i jednostronny sposób. Brak znajomości języka i zasad panujących w Norwegii, uprzedzenia co do orientacji seksualnej, wódka, żona usługująca mężowi - to rzeczy, które przeciętny Norweg będzie utożsamiał z przeciętnym polskim emigrantem po obejrzeniu tego programu. Jeden z bohaterów kończy ten odcinek słowami: "Mam nadzieję, że widzowie NRK nie będą mieli złego wrażenia o Polakach. To tylko alkohol i weekend. Pozdrawiam króla norweskiego. Daj Polakom zarobić." Aż chce się krzyknąć cytując z Potopu, Kończ Waść, wstydu oszczędź....sobie i nam! Gdzie druga strona medalu? Szkoda, że autorka projektu, nie pokwapiła się o pokazanie i innych Polaków. Tych, którzy pracując w Norwegii nie mają za jedyny cel w swoim życiu jak najszybszego nabicia portfela, ale którzy asymilują się, uczestniczą w nowym społeczeństwie, poznają jego obyczaje i kulturę, dodają do niej swoje elementy? Czekam na kolejny odcinek za tydzień, może zdziwię się mile. Póki co czuję zniesmaczenie, że nie pokazano obu stron medalu polskiej emigracji w Norwegii.
Nie dość, że w naszym kraju dzieje się źle, to jeszcze Polacy przebywający zagranicą przedstawiani są w złym świetle. Nie przeczę, że takich nie ma. Ale chcę wykrzyczeć, że są też i inni! I mam nadzieję, że i o nich powstanie kiedyś dokument.


Przystanek: Legoland.

I tak oto dobrnęłam w końcu do ostatniego etapu naszych wakacji. Mknęliśmy duńskimi drogami i choć przed nami była kolejna przygoda, to mnie i Tomka ogarniał lekki smutek i tęsknota za norweskimi szlakami. Za lekkością bytu i beztroską kempingowego życia. Błękitnym niebem, zielenią roślin i intensywnością barw norweskich domów i kwiatów w przydomowych ogródkach. Z żalem pozostawialiśmy wspaniałą przestrzeń, kuszącą by rozpostrzeć ramiona i wyciągnąć je w kierunku słońca. Napełnić piersi krystalicznym powietrzem i napawać się wolnością. I ten wspaniały wiatr czasami porywisty jak podczas rejsu po Lysefjorden, kiedy smagał policzki niczym biczem, a czasami tak jak na Preikestolen bawił się i łaskotał czule twarz, chcąc jakby usprawiedliwić swe zachowanie poprzedniego dnia.

Wkroczyliśmy zaś na ziemie 60 milionów klocków LEGO, na punkcie których zwariował świat. Wśród tłumów i atrakcji nie było miejsca na wolność i przestrzeń, był to jednak czas niczym nie skrępowanej zabawy. Legoland to miejsce dla małych i dużych, pod warunkiem, że wciąż w duszy mają coś z dziecka i zechcą się ponieść magii zabawkowego świata. Nie żałujemy ani jednej pozostawionej tam korony. No może za wyjątkiem 40 DKK wydanych na olbrzymią watę cukrową.  Filip uparł się na nią, a w związku z tym, że wyznajemy zasadę wolności wyboru pod warunkiem uznania ewentualnych jego konsekwencji, mógł wydać 22 zł na stopiony cukier. My wybraliśmy lody (niebo w gębie!). Filip po kilku gryzach lepkich cukrowych nitek, dostał odruchu wymiotnego i żałośnie spoglądał na nas zajadających lody. Pozwoliliśmy mu wymienić watę na lody. Konsekwencja, konsekwencją, ale miłość do dziecka i zdrowie jego brzuszka najważniejsze. Chłopak jeszcze zdąży nauczyć się odpowiedzialności. Poza tym Legoland miał być świętem dla naszych chłopaków i ich wielką radością, a nie musztrą ćwiczącą zachowanie czy silną wolę.  Koniec końców 40 koron wylądowało w koszu, bo nawet Tomek, zwany przez wszystkich słodkim Dyziem, nie zdzierżył cukrowej bestii.

Nocleg mieliśmy na kempingu sąsiadującym z Legolandem http://www.legoland-village.dk/ i jego wybór był strzałem w dziesiątkę. Zresztą skorzystaliśmy tam nie tylko z oferty noclegowej. W pakiecie kupiliśmy też bilety na dwudniowy pobyt w parku, w cenie jednego dnia.  Nie wiem ile ludu wszelkiej maści tam przebywało, mimo to wciąż było dużo miejsca i nikt nikomu nie przeszkadzał. Było może trochę głośniej niż na wcześniej odwiedzanych przez nas kempingach, ale czy można się temu dziwić? Liczba dzieci była przeogromna, rozpierały ich emocje i oczekiwanie, że będzie cicho byłoby czystym idiotyzmem. Dorosły dostawał szamotanie pępka z wrażeń, a co dopiero dziecko. Dość dobrze rozwiązano kwestię łazienek i kuchni. To chyba właśnie tam, obserwując przewijające się codziennie tłumy, odpowiedziałam sobie na pytanie jak to jest, że na kempingach jest TAK CZYSTO. Personel sprzątający personelem, ale odpowiedź leży w samych użytkownikach kempingu - to głównie oni dbali o czystość. W każdej kabinie prysznicowej stała hm...no właśnie co? Wyglądem przypominało dużą ściągaczkę do mycia szyb, tyle że na długim kiju i służyła do podłogi. Ot taki gumowy mop - genialne posunięcie. Zawsze obrzydzały mnie śmierdzące z racji wiecznej wilgoci mopy i przyklejone do nich fafluchy i włosy. Dzięki owemu urządzeniu, po prysznicu można było łatwo i sprawnie ściągnąć pozostałości po toalecie do odpływu. W kuchni zaś rozczulił nas pewnego dnia widok polerującego zlew mężczyzny, po tym jak skończył zmywać naczynia. Bez względu jednak na to jak wielkim był pedantem, był potwierdzeniem reguły - korzystasz, posprzątaj i nie niszcz. 
Z drugiej jednak strony zadziwiła mnie łatwość z jaką marnowana jest woda, co zaobserwowałam już w Norwegii. Puszczana strumieniem lała się, podczas gdy myto zęby, nie zakręcano jej podczas rozmowy przy porannej toalecie. Choć może to ja jestem zboczona lekko na punkcie oszczędzania H2O.  I nie wiem na ile jest to podyktowane miłością do ekologii, a ile przerażeniem na widok rachunków.
W dniu naszego przyjazdu zrobiliśmy miejscowy rekonesans. Miasteczko Billund jest miłe, ciche, nudne i senne, gdyż całe życie toczy się wkoło Legolandu i lotniska. Chłopaków zachwyciła fontanny na "ryneczku".  Każda nudna dziura powinna mieć swoją fontannę, najlepiej taką właśnie w ziemi. Od razu wzrastają jej punkty na skali atrakcyjności.



Mnie z kolei zauroczył miejski trawnik będący niczym innym jak cudną łąką.









Następnego dnia, zaopatrzeni w mapę Legolandu, piknikowy prowiant, napoje i ubrania na zmianę dla chłopaków, oraz ręczniki ruszyliśmy ku klockowej przygodzie. Wyszliśmy wcześniej myśląc, że ominiemy tłumy wchodzących, ale jak się okazało nie byliśmy osamotnieni w tym myśleniu. Ku naszemu zdziwieniu przed bramkami nie było jednak żadnych kolejek, wpuszczanie szło doprawdy bardzo sprawnie. Znajomi, którzy odwiedzili Legoland dwukrotnie, poradzili nam pójście na sam koniec parku i rozpoczęcie zabawy raczej od odleglejszych atrakcji, niż od tych zaraz przy wejściu. I rzeczywiście, kiedy szacowna większość skierowała swe kroki ku najbliższej ciuchci, tworząc tym samym dość sporawą kolejkę, my z prędkością miłego spaceru, ruszyliśmy w głąb, zaczynając od Egipskiej Świątyni. Tam z wielkim entuzjazmem ostrzeliwaliśmy laserowymi  karabinami skarabeusze. Tomek z Wojtkiem podobno wygrali, ale ja i tak wiem swoje. Następna w kolejce była Akcja Strażacka. Rewelacyjna zabawa z własnym pojazdem, sikawką pełną wody i domem w ogniu. Niestety mało obfotografowana, gdyż konieczne były wszystkie pary rąk, a to do pompowania wody, a to do poruszania pojazdem. Po strażakach był the Dragon
Widzieliśmy ograniczenie 100cm+, Wojtek miał wtedy w porywach 94cm. Spróbowaliśmy więc szczęścia, lub głupoty jak kto woli. Niestety przed wejściem do kolejki, podszedł do nas pracownik z wielką miarką. Cyfry były nieubłagane i nieczułe. Tomek zabrał płaczącego i wielce rozczarowanego Wojtka. Ten zaś na otarcie łez dostał ludzika Duplo. Przepisy wiekowe, czy wzrostowe ograniczające wstęp na poszczególne atrakcje są przestrzegane bardzo rygorystycznie i nie ma szans na przemycenie nielegalnego szkraba. Właściwie trudno się temu dziwić. Więcej już tego nie próbowaliśmy.
Kolejna atrakcja to Jungle Racer, dozwolona od 100 cm, też niestety ominęła Wojtka. Chłopak nie wydawał się jednak odczuwać, że ominęło go coś fajnego i dzielnie ostrzeliwał nas z zamontowanej na lądzie armatki wodnej.
 Stamtąd nasze nogi ruszyły w kierunku kolejnego zamku, który okazał się być sceną teatralną. Trafiliśmy idealnie, gdyż wkrótce miało się zacząć przestawienie o księżniczce, która nie chciała wyjść za mąż, a tym samym spełnić największego marzenia tatuśka - króla.Treść może i małej wartości, ale oprawa zapierała dzieciom dech w piersiach. Były tam bowiem pokazy akrobatyczne i komiczne wpadanie do fosy wypełnionej wodą.
Pod koniec przedstawienia nasz Wojtuś rozpłakał się, straszliwie i rozdzierająco. Była to jego reakcja na walkę pomiędzy dobrym, a złym rycerzem. Zabrałam go w mniej ekscytujące miejsce, przez co nie doczekałam z nim końca historii, ale zapewne zakończyła się ona happy endem. 

Kolejne atrakcje miały być na tyle spokojne, żeby nie przyprawiać Wojtka o łzy. Ogrom kolorów, hałasu i wszelkich innych bodźców jest w Legolandzie przeogromny. Nawet starszy Filip miewał swoje kryzysy, co mnie oczywiście ogromnie denerwowało. Robimy to przecież dla nich, a oni niewdzięcznicy fochy stroją. Przyczynę takiego zachowania zrozumiałam dzięki pewnym Polakom...Oboje wystrojeni jak na odpust w niedzielę - ona, biała sukienka, miękko opadający szal na opalone ramiona. Nienaganny makijaż i fryzura. On, równie opalony i równie biały jeśli chodzi o stój. A pomiędzy nimi spacerówka z kilkuletnim dzieckiem - jakimś takim wycofanym, może przestraszonym. Chłopiec nie chciał oglądać rzeczy, które pokazywała mu mama, nie chciał pić, nie chciał jeść. Nie chciał tych wszystkich atrakcji, chciał spokoju. I nie pomógł też komentarz ojca, że skoro już tyle wydali na niego, to może mógłby okazać jakieś zainteresowanie. Chłopiec płakał i płakał. Momentalnie zmieniłam swoje nastawienie. Patrząc na nich zdałam sobie sprawę, że jeśli nie zmienię własnych oczekiwań co do tego miejsca i reakcji moich synków, to skończymy tak jak ta rodzina, pełni pretensji i wzajemnej agresji. Chodziliśmy więc wolno i głównie tam gdzie chciały chłopaki. Chłopaki nadawały tempo i to oni decydowali co jest ciekawe, a co nie. Oddaliśmy im kierownictwo nad naszą wycieczką, wycofując się do roli bodygardów i sponsorów. Dzięki temu nasz wypad do Legolandu był naprawdę fajny, a jego finał był zdecydowanie pozytywny.

Zdjęć z naszej wodnej bitwy (Pirate Splash Battle) niestety brak.
Aparat przezornie schowałam zważywszy na bardzo realne niebezpieczeństwo totalnego zamoczenia. Chłopaki były z lekka przestraszone, kiedy zewsząd zaczęły zalewać nas strumienie wody, a atakowano nas i z lądu i z wody. Nie pozostawaliśmy dłużni. Po bitwie, mokrzy od stóp do głów wysuszyliśmy się w wielkich suszarkach. Szybkoschnące ręczniki, które ze sobą mieliśmy na niewiele się przydały, skoro wszystko było mokre, łącznie z majtkami. Dlaczego właściwie wspominam o suszarkach? Bo są kolejnym dowodem świetnej organizacji Legolandu. Zaplanowano tam każdy szczegół, którego celem było UŁATWIENIE i UPRZYJEMNIENIE życia zwiedzającym. Ławki na każdym kroku, miejsca piknikowe, wodopoje dla psów, wózki, które można było wypożyczyć za niewielką opłatą. Wózki służyły nie tylko do przewozu dzieci, ale i bagażu, m.in. prowiantu czy kocy piknikowych. Przygotowując się do naszej wyprawy czytałam różne fora i blogi. Wszędzie pojawiał się temat drożyzny jaka panuje w Legolandzie. Szczególnie jeśli chodzi o jedzenie. Owszem to prawda. Łatwo sobie jednak z tym poradzić, biorąc własnoręcznie przygotowane kanapki. Piknik to nieodłączny element pobytu w Legolandzie. Żałuję, że nie uwieczniłam na zdjęciu pewnej duńskiej rodziny. Byliśmy w trakcie naszego lunchu, kiedy obok naszego stolika usadowiło się 10 Duńczyków w różnym wieku. Zaczęło się wypakowywanie obrusa, sztućców, butelek, misek i miseczek z wózka. Każdy miał coś do roboty. Po chwili rodzina zajadała przyszykowane na miejscu tacos z zieleniną i jakiś mięsiwem. Chciałaby jeszcze rozwinąć kwestię "każdy ma coś do roboty" - zauważyliśmy to praktycznie od początku naszej wyprawy. Norwegowie, Holendrzy, Niemcy, Duńczycy, a także camperowi Polacy których spotkaliśmy na naszej drodze, celebrowali posiłki od początku do końca i na każdym jego etapie. Etap pierwszy - przygotowywanie jedzenia, w które zaangażowani byli i rodzice i dzieci. Etap drugi - jedzenie, dużo śmiechu i rozmów. Etap trzeci - sprzątanie w podobnym stylu jak etap pierwszy. Nie było znanych mi obrazków z polskich plaż chociażby, gdzie kobieta obsługuje i dzieci i faceta. Po czym sprząta szczęśliwa, że dzieci zjadły tak ładnie, a mężuś już z zadowoleniem pochrapuje, czy popija piwko na deser. W naszym domu, odkąd sięgam pamięcią wszyscy są zaangażowani w rodzinne życie, nawet jeśli oznacza to zaniesienie jednej łyżeczki na stół. I nie ważne, że czasami zawartość talerza wyląduje na ziemi zanim dotrze na stół. Ważne jest to, że chłopaki uczestniczą w codziennych domowych obowiązkach od samego początku. Ciekawe co na to zwolennicy gender? Ich filozofia nie jest mi potrzebna do wychowania chłopaków w szacunku do człowieka bez względu na jego płeć. 

Legoredo Town czyli atrakcje rodem z Dzikiego Zachodu wzbudziły u chłopaków mieszane uczucia. Obóz indiański ominęli szerokim łukiem, podczas gdy Miasteczko z Dzikiego Zachodu zdecydowanie przypadło im do gustu. Płukanie złota ominęło niestety Wojtka, który znużony zasnął na rękach Tomka.
  Na szczęście zdążył się obudzić na konną jazdę.
 Element kontrolowanej grozy przeżyli płynąc canoe.  Zajmij miejsce, bądź czujny i SKACZ!!!!!

 Cudnym miejsce odpoczynku dla rodziców i świetną zabawą dla dzieci, przynajmniej takich małych jak nasze był Duploland



 Wycieczka do Atlantis, całkiem sporego akwarium, którego motywem jest zatopiona Atlantyda okazała się też fajnym przeżyciem, pewnie dlatego, że jeszcze nigdy w życiu nie byłam w takim miejscu (najwyższa pora wybrać się do gdyńskiego oceanarium!) Wśród starożytnych ruin zbudowanych z lego pływają ryby wszelkiej maści, wzorów, wielkości i kolorów. Z racji zakazu używania lampy błyskowej zdjęcia nie są powalającej jakości, ale to właśnie na nich najlepiej widać zachwyt w oczach naszych chłopaków. 

 Jednakże absolutnym i niekwestionowanym hitem naszej dwudniowej wycieczki do Legolandu był Miniland, czyli park miniatur. Można było tam zobaczyć znane budowle świata, charakterystyczną dla danego państwa architekturę (Polski nie było), oraz absolutny przebój Wojtka - miniatury wszystkich części Star Wars. Nie mógł oderwać się od znanej orkiestry, ciągle naciskał przycisk aktywujący jej występ. Poniższy film nie jest moją "produkcją", ale fajnie wprowadza atmosferę z Gwiezdnych Wojen.




 Spędziliśmy tam chyba z dobre dwie, może nawet trzy godziny chodząc między klockowymi miasteczkami i zachwycając się praktycznie każdym miejscem. Moją uwagę zwróciła także dbałość o szczegóły jeśli chodzi o zieleń wkoło budowli.





Wszystko co dobre dobiega końca. Gdyby było inaczej, człowiek nie widziałby co tak właściwie jest dobre, co nudne, a co wspaniałe. Tak bardzo chcemy zatrzymywać chwile, ale gdybyśmy mogli to uczynić, przestałyby one być tymi wyjątkowymi momentami w naszym życiu. W Legolandzie spędziliśmy dwa pełne dni i jest to uważam idealne rozwiązanie dla rodzin. Jeden dzień byłby wielką gonitwą od miejsca do miejsca. Dwa dni dawały komfort świadomości, że ma się jeszcze tyle czasu na zwiedzenie każdego zakątka parku. Możliwe, że trzy dni byłyby już męczące ze względu na przewijające się tam tłumy i hałas. 
Tak więc czwartego dnia od naszego przyjazdu do Billund, wyjechaliśmy przez Niemcy do Polski. Droga prosta i gładka, jakby w ogóle nie było zakrętów. Prowadziłam z dobrych kilka godzin, po czym dostałam migreny i gorączka skoczyła mi do ponad 38 st. Polskę przywitałam więc w nie najlepszym nastroju. Myślę, że i bez tego nastrój byłby nie najlepszy. Przekraczając granicę z Niemcami człowiek doskonale wie, że znalazł się po polskiej stronie. Im bliżej Szczecina, tym więcej ogłupiających reklam, obdartych bilboardów, banerów. Szyldów i wszelkiego rodzaju neonów. Co chwila reklama centrów handlowych czy sklepów typu Biedronka, Lidl. Ani w Szwecji, ani w Dani czy Norwegii, a w końcu Niemczech nie widzieliśmy tylu reklam oszpecających krajobraz co w naszym kraju. W Szczecinie mieliśmy też nocleg. Nie będę pisała gdzie, bo choć miejsce zadbane i czyste to "goście" mało zachęcający. W Internecie reklamują się jako hostel, w rzeczywistości nie jest to nic innego jak hotel robotniczy. Tam też ukradziono nam ...dziecięce mydło, które zostawiłam po kąpieli z Filipem dla Wojtka. A może to nie była kradzież tylko "inicjatywa" zgodnie z panującym u nas powiedzeniem "znalezione, nie kradzione". Nie wiem, dla nas było to jak gwałtowne przebudzenie się z bardzo, bardzo fajnego snu.