niedziela, 24 listopada 2013

Mamma Mia i nasze Zahynthos.

Mija tydzień odkąd z zachwytem oglądaliśmy z Tomkiem Mamma Mia kołysząc się  przy tym do Abby. Film sprzed dobrych kilku lat, przeze mnie obejrzany po raz pierwszy jest dowodem na przysłowie "film nie zając, nie ucieknie."
Wspaniała muzyka, wspaniałe aktorstwo, ale przede wszystkim sceneria greckiej wyspy, która przywołała wspomnienia z 2011r. Przypadała wtedy nasza dziesiąta rocznica ślubu, szukaliśmy pomysłu na jej uczczenie. Kryteria wyboru miejsca były następujące:
  • zawsze świeci słońce - rok wcześniej wybraliśmy Puszczę Kampinoską - piękna w prawie każdym detalu, za wyjątkiem deszczu, który jak zaczął padać wieczorem w dniu naszego przyjazdu, padał 24 na 24 przez kolejne dni naszego pobytu. No more! - we said,
  • interesujące dla nas jak i dla trzyletniego wówczas Filipa - wszelkie zabytki, ruiny i tym podobne atrakcje odpadały,
  • mało uczęszczane przez turystów, także, a może szczególnie tych z Polski.
  • w granicach finansowej przyzwoitości.
Padały różne propozycje, nasz wybór padł na Zakynthos - grecką wyspę na morzu Jońskim.  Niewielka, gdyż jej powierzchnia to niewiele ponad 400 metrów kwadratowych, wydawała się idealnym miejscem do spędzenia wakacji. Firma Grecos miała w swojej ofercie package holiday w Porto Koukla. Gloria Maris, gdzie byliśmy zakwaterowani wydawał się być dla nas po prostu idealny - niewielki i stojący na uboczu wielkich turystycznych imprezowni hotel z boskim widokiem na morze i wyspę Marathonisi. Decyzja zapadła, wycieczka kupiona. 10.czerwca 2011r wylecieliśmy ku cudnej tygodniowej przygodzie. Wtedy jeszcze bez Wojtka, bo choć urodził się w marcu tego roku, nie mieliśmy o nim bladego pojęcia. Hotel i jego okolice prezentowały się tak jak widać na poniższych obrazkach.

Pierwszego dnia ruszyliśmy do Laganas w poszukiwaniu firmy wynajmującej samochody. Nasz plan był bowiem prosty - wypożyczyć auto i każdego dnia, zaraz po śniadaniu wyruszyć na podbój wyspy (ten kto wymyślił all inclusive - zabija ducha podróżowania!) Laganas, mekka dla imprezowiczów z Wielkiej Brytanii i Holandii odwiedzających Zakynthos, nie przedstawiała się zachęcająco. Plaże dość brudne po całonocnych imprezach, tłoczne - zdecydowanie nie dla nas. Przez chwilę przypomniała mi się własna młodość durna i chmurna, kiedy letnią porą jechało się do Władysławowa czy innego miejsca nad morzem. Jechaliśmy całą paczką, meldowaliśmy się na polu namiotowy rozbijając przy tym jeden mały namiot, który był naszym magazynem. Dni spędzaliśmy na plaży odsypiając całonocne imprezowanie w namiocie RMF. Ot, zapomniał wół jak cielęciem był.
 O podobnych charakterze są i inne "duże" miejscowości Zakynthos - Tsilivi czy Kalamaki. Z racji naszych preferencji omijaliśmy je raczej szerokim łukiem. 

Gerakas - piękna plaża o drobniutkim piasku na płw. Vassilikos. Tam po raz pierwszy w swoim życiu pływałam w morzu po pierwsze cudnie ciepłym, a po drugie na tyle zasolonym, aby móc się bez wysiłku unosić na niewielkich falach. Gerakas jest miejscem, które upodobały sobie żółwie Caretta-Caretta. Mają tam bowiem swoje miejsca lęgowe, w związku z czym turyści muszą dostosować się do pewnych zasad, np. nie wolno przebywać tam po zmroku, pływać motorówkami, czy przebywać na plaży dłużej niż 3 godziny.  Środek plaży okupują tekstylni, boki zarezerwowane są dla nagusów. Bez względu, którą stronę plaży wybierze człowiek,  rozpościera się przed nim przepiękny widok, m.in na wyspę Marathonisi.
Po godzinie, może dwóch pluskania się w wodach zatoki, wyruszyliśmy dalej. Skręciliśmy w boczną drogę w poszukiwaniu kolejnego miejsca na naszej liście "must see". Niestety skręciliśmy o jedną drogę za szybko, a może za późno, gdyż trafiliśmy nie tam gdzie chcieliśmy. Naszym oczom ukazał się GIGANTYCZNY  hotel otoczony GIGANTYCZNYM murem. Droga się skończyła, trzeba było zaparkować. Zastanawialiśmy się czy nie wrócić, ale przed nami rozpościerał się piękny gaj białych, czerwonych i bladoróżowych oleandrów. Był on tak kuszący, że po prostu nie można było nim nie przejść. 
 Droga doprowadziła nas  do malutkiej plaży, na której była miła restauracyjka, a że zbliżała się pora dość wczesnego lunchu, nie omieszkaliśmy zamówić kilku smakołyków. Grube frytki, grecka sałatka jakże odmienna od tych serwowanych w Polsce i zniewalający smakiem świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy. Miejsce było naprawdę urokliwe, pieszczotliwie połechtało nasze podniebienie i nacieszyło oczy piękną okolicą. 

 Kolejnym przystankiem była plaża Św. Mikołaja czyli Agios Nikolaos. Nie wiem czy nasz św. Mikołaj i grecki św. Mikołaj to te same osoby, ten tutaj bowiem jest patronem marynarzy i to do niego zanosi się modły prosząc o szczęśliwy powrót z morza do domu. Główną atrakcją tego miejsca jest niewielki kościółek wyżej wymienionego świętego. Krzykliwa biel ścian kościoła pięknie odbijała się na tle całej feerii niebieskości na morzu i niebie - szmaragdów, seledynów, turkusów i lazuru. 
A to widok na Banana Beach. Filip akurat spał, więc wyskoczyłam tylko z auta zrobić szybkie foto. Wiało niemiłosiernie.

Z Agios Nikolaos ruszyliśmy ku plaży Dafni, zwabieni opisami o najpiękniejszej plaży Zakynthos. Krajobraz się z lekka zmienił, kręta i bardzo wąska szutrówka wiodła nas pierw w górę, a potem ostro w dół.  Widok stromego zbocza zawiesił moją duszę na ramieniu. Zjeżdżaliśmy na sam dół, ku widocznym na zdjęciu samochodom. Każdy zakręt stawiał nas na baczność, czy nie jedzie z przeciwka inny samochód. Droga była na tyle wąska, że w przypadku mijanki, któryś z samochodów musiałby się cofnąć do najbliższego szerokiego miejsca, a było ich po drodze naprawdę niewiele.
Po szczęśliwym dotarciu do celu okazało się..., że miejsce, w którym chcieliśmy być jest po drugiej stronie wąwozu. Dzieliło nas od niego może z jakieś 100 - 200 metrów...grząskiego terenu, po który za nic nasza wypożyczona KIA by nie przejechała. Nie namyślając się wiele, ruszyliśmy w drogę powrotną licząc, że piaski Dafni wynagrodzą nam te nadszarpnięte nerwy. Niestety rozpuszczeni wcześniejszymi plażami jakoś nie potrafiliśmy docenić jej uroków. Okolice piękne, góry pokryte zieleniną i co jakiś czas palmy, ale ta plaża jakaś taka...a to kamienie, a to lekkie błocko. Dno morza też jakieś takie nieprzyjazne. Fakt, ludzi tam niewiele.
 Ale, że w czerwcu 2011 Zakynthos nie było jakoś specjalnie oblegane, nie odgrywało to znacznej roli. Muszę przyznać, że po prostu odhaczyliśmy Dafnię i z radością odjechaliśmy dalej, szczególnie, że zbliżał się wieczór. Teraz myślę, że może byliśmy przesyceni tym pierwszym dniem i po prostu nie doceniliśmy uroku wyżej opisanej plaży. Droga powrotna przebiegała przez piękne okolice wyspy.
Zmierzaliśmy ku Laganas, gdyż ostatnim miejscem, które chcieliśmy zobaczyć tego dnia było Agios Sostis, a dokładnie wyspa Cameo, która powstała w wyniku trzęsienia ziemi jakie nawiedziło te rejony w 1953r, czyli wbrew pozorom całkiem niedawno. Obecnie modne jest tam urządzenie imprezy weselnej, a przynajmniej sesji zdjęciowej. Co jakiś czas wiszą też na wyspie białe obrusy, a może jakieś prześcieradła. Niestety za nic nie mogę sobie przypomnieć ich symboliki, bo nie chodzi tu li tylko o suszenie. Może ma to właśnie związek z nowożeńcami? W każdym razie, po zjedzeniu prawdziwego obiadu w prawdziwej tawernie ze stołami nakrytymi cudnymi kraciastymi obrusami (boskie grzanki czosnkowe na przystawkę), ruszyliśmy ku wyspie. Wiedzie do niej chybotliwy  drewniany mostek. Trzeba zapłacić za wejście bodajże 5 € od osoby, ale były one odliczane od rachunku, jeśli zamawiało się coś w barze. Tak więc jedząc lody i popijając grecką kawę, która okazała się być niczym innym jak mega słodką kawą parzoną po turecku, oddawaliśmy się błogiemu lenistwu i przyjemnemu upałowi.
Dzień dobiegł końca. Wróciliśmy do hotelu. Dzisiejsza niedziela też już się kończy. A ja piszę i piszę sama już nie wiem od ilu godzin. Może jestem jak ten Onslow z Keeping Up Appearance za mało lotna w tym swoim wodolejstwie. Może więc gra nie warta świeczki, jednak dopóki daje mi jakąś tam swoistą frajdę dopóty będę pisała. Amen.

CDN...


6 komentarzy:

  1. Piszesz: "przyjemny upał". Czyli jaki?
    Przy 30 i powyżej stopniach w Polsce "boli" mnie oddychanie, chociaż jestem ciepłolubna. Domyślam się, że to inny klimat, możesz ten upał opisać?

    OdpowiedzUsuń
  2. Subtropikalny klimat wyspy daje się odczuć w lipcu i sierpniu (nawet do 40st), dlatego nasz wybór padł na czerwiec - wtedy oleandry i bugenwille po prostu eksplodują kwiatami. Temperatura waha się między 28 -30 st, co jest neutralizowane przyjemną bryzą. Były miejsca, np plaża Banana gdzie wiało powiedziałabym wręcz porywiście. W nocy spadało może do 20 - 22 - klimatyzacja w hotelu nie była więc potrzebna, wystarczyło otwarte na oścież okno.
    Jadąc w głąb kraju dało się jednak odczuć podmuchy gorąca. Zmieniał się też krajobraz, już nie było tak intensywnie kolorowo. Z racji bycia z małym Filipem trzymaliśmy się jednak głównie wybrzeża.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Droga doprowadziła nas do malutkiej plaży, na której była miła restauracyjka, a że zbliżała się pora dość wczesnego lunchu, nie omieszkaliśmy zamówić kilku smakołyków. Grube frytki, grecka sałatka jakże odmienna od tych serwowanych w Polsce i zniewalający smakiem świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy."

    Mam nadzieję, że to będzie dla Ciebie komplement - po przeczytaniu tego fragmentu wpisu, pomyślałam sobie po pierwsze, że idę po pomarańcze do sklepu, a po drugie, że muszę zabrać się za czytanie jakiejś książki. Tak. Chcę się zanurzyć gdzieś w innym świecie. Położyć się na kanapie, wziąć do rąk książkę i zatonąć w niej.
    Kiedy się wczytam, mało co jest w stanie mnie wyrwać.
    Ale teraz mam taką, co mnie wyrywa. Ponownie zostałam mamą. Psią mamą - mam 8-letnią, skundloną córkę.
    ------
    Po przeczytaniu całego wpisu, widzę że masz mocno rozwinięte wszystkie zmysły:- )))) To też potraktuj jako komplement. Piszesz w przeuroczy sposób o tym, co widzisz, czujesz i słyszysz. Mogłabyś prowadzić jakiś program kulinarny, bo pięknie potrafisz opowiadać o jedzeniu - człowiek robi się głodny. Ale w dobie wszystkich master szefów i szefów wszystkich szefów... programy kulinarne są banalne.

    A Twoje wpisy są prze-u-ro-cze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę sprawiłaś mi wielką przyjemność tymi słowami. Z całego serca dziękuję. Niewielu ludzi potrafi tak komplementować innych w obecnych czasach.

      Chyba masz rację pisząc o tych moich zmysłach. Muszę czuć, słyszeć, jeśli trzeba dotknąć czy posmakować, żeby mieć świadomość danej rzeczy
      . Są dźwięki, które wprawiają mnie w ekstazę, a są takie od których uciekam. Zapachy, nawet takie banalne jak zapalana zapałka powodują u mnie wymioty. zapach psa też niestety źle na mnie działa, stąd pewnie nigdy nie będziemy mieli żadnego. Ale z kolei pełną gębą wciśniętą w trawę chłonę jej zapach. I lubię zapach stajni. I stodoły. A nawet krowińca rozrzuconego po polu. Może stąd moje marzenie o mieszkaniu na wsi. Nie lubię czytać poezji, ale wystarczy, że będzie zaśpiewana, od razy nabiera dla mnie znaczenia.

      Staram się otaczać uroczymi momentami w moim życiu. Ludźmi, którzy dadzą mi pozytywne emocje. Nie chcę pisać o tym co negatywne u mnie czy wkoło mnie. Wkurwy bywają, ale w świecie pełnym negatywów ja chcę mieć pozytywy. AMEN.

      Usuń
  4. Zahynthos jeszcze przede mna, mam nadzieje, ze w miare bliskiej przylosci uda mi sie zrealizowac moje marzenie :).

    OdpowiedzUsuń
  5. Trzymam więc kciuki, za ich realizację. Mamy stamtąd same piękne i dobre wspomnienia. I chyba nie spotkałam jeszcze osoby, która byłaby niezadowolona z pobytu na Zante.

    OdpowiedzUsuń