poniedziałek, 27 stycznia 2014

Nieoczekiwany efekt saneczkowania po starych śmieciach.

Od dawna chodził mi po głowie pomysł na saneczkowanie po górce mojego dzieciństwa na Żabiance. Zrealizowaliśmy go wczoraj. Pomijając niepodważalny czar zjazdu na sankach, nasza wycieczka przyniosła dość nieoczekiwane wspomnienia. Jeśli ktoś pomyśli, że zacznę wspominać przyjaźni z podwórkowego trzepaka (nasz ulubiony plac zabaw), zabawy pod balkonami w blokach, o kawalerce w której mieszkaliśmy przez dobrych 10 lat, czy o dwóch podstawówkach, które zaliczyłam od pierwszej do piątej klasy, to się pomyli. Neon z napisem Osiedlowy Klub Feluka przypomniał mi bowiem pewną dyskotekę zorganizowaną dla członków parafialnego chóru młodzieżowego, którego kierownikiem był pan Józef Możdżer, oraz scholi dziecięcej prowadzonej przez pana Władysława. Ekscytacja była wielka, gdyż miał tam być obiekt wzdychań kilkudziesięciu chórzystek, czyli sam Leszek Możdżer. Nie śpiewał w chórze, ale grywał na fortepianie podczas naszych prób.
W Leszku nie dało się nie zakochać. To spojrzenie, ten blond włos. Nonszalancja i lekkość bytu nastolatka świadomego swojego uroku. Był przy tym naprawdę uroczym chłopakiem, któremu popularność wśród płci pięknej nie uderzyła wodą sodową w głowie. Nic więc dziwnego, że i mnie dosięgnęła strzała amora z ładunkiem wielkiej platonicznej miłość. Na tej dyskotece moje 11letnie serce zabiło żywiej, gdyż obiekt mej miłości zaprosił mnie do tańca. Uznałam to oczywiście jako przejaw skrywanych uczuć z jego strony. I choć tak naprawdę to chyba nie wiedział kim byłam, moja wyobraźnia dopisywała scenariusze sięgające naszego małżeństwa i wspólnych potomków! Przez ułamek sekundy nie przyszło mi jednak do głowy, że będzie z niego tak wspaniały muzyk. Zdecydowanie nietuzinkowy, unikalny i wyrazisty. Wszystkiego dobrego Leszku!

Drugim wspomnieniem żabiankowego dzieciństwa jest Marlena, choć nie jest to jej prawdziwe imię. Też chórzystka, ale z tych niewielu jednostek, których niewątpliwy urok Leszka nie omamił. Może dlatego, że była od nas dużo starsza. Ja miałam 11, Leszek chyba 13, a ona 16, 17? Marlena była cud dziewczyną - miłą i przyjazną ludziom. Roztaczała wkoło siebie ciepło, ludzie do niej lgnęli, a ona lgnęła do ludzi. Zauważała wszystkich, nawet takie smarki jak ja. Marlena miała chłopaka, Miśka, który świata poza nią nie widział i gdyby mógł to by ślady jej stóp na ziemi całował, albo jeszcze lepiej na rękach nosił. W moich oczach dodawało jej to jeszcze większego blasku.

Mając 12 lat wyprowadziłam się do Osowy, chór niestety poszedł w odstawkę, ale moja miłość do Leszka kwitła bujając w obłokach platoniczności. Trwała przynajmniej dopóki nie poznałam muzyki U2, wtedy to mym sercem zawładnął Bono.

Z Marleną nadal utrzymywałam mniej lub bardziej bezpośredni kontakt. Wiedziałam więc, że poszła na studia, kierunek psychologia. Zaręczyła się z Miśkiem, wyznaczyli już nawet datę ślubu. Dostała pracę w Monarze. I tam na swoje nieszczęście zakochała się w byłym narkomanie. Nie wiem czy był tam jeszcze na leczeniu, czy był już terapeutą. Dziewczyna straciła głowę na tyle skutecznie, że głucha na rodzinny głos rozsądku zerwała zaręczyny i odwołała ślub, po to tylko, żeby w trybie przyspieszonym poślubić tego drugiego, który dajmy na to miał na imię Sławek. Pojawiło się pierwsze dziecko, potem drugie. Marlena ciężko pracowała jako psycholog to tu, to tam, a Sławek realizował swoje pasje - a to nurkowanie w Egipcie, a to jakieś narty, a to inne kobiety. Zawsze było jednak wyjaśnienie jego zachowania - jest po przejściach, nie miał łatwego życia. Wszystko było mu wybaczane i tłumaczone na jego usprawiedliwienie. Kiedy Marlena była w ciąży z drugim dzieckiem, zmarła jej babcia, dzięki czemu odziedziczyła po zmarłej mieszkanie. Niestety było ono w opłakanym stanie i nadawało się tylko do generalnego remontu, do którego mąż ochoczo przystąpił. Szybko mu się jednak remont znudził, wręcz zaczął iść jak po grudzie i koniec końców stan mieszkania, choć to trudno sobie wyobrazić, stał się jeszcze bardziej opłakany. W międzyczasie Marlena i Sławek poznali pewne młode małżeństwo. Przyjaźń między obiema parami wybuchła niczym wulkan gorąca, intensywna, spontaniczna i jak się wkrótce miało okazać trwająca przez wiele, wiele lat, choć może nie w takiej formie jakby można oczekiwać. O jej sile dowodzi fakt, że Marlena i Sławek zgodzili się żyrować swoim przyjaciołom kredyt na jakieś 350 tys. Nie minęło pół roku, przyjaciele zniknęli z ich życia tak szybko jak się w nim pojawili, pozostawiając po sobie dług do spłacenia. Wkrótce zniknął i Sławek, znudzony codziennością życia ojca i męża. Nie dawał o sobie jednak zapomnieć, gdyż przychodziły bankowe ponaglenia i inne wezwania do zapłaty. Pojawiał się też osobiście od wielkiego święta robiąc dzieciom papkę z mózgu - stęskniony, z pięknymi prezentami, pełen entuzjazmu i energii - świetna przeciwwaga do zmęczonej i zmarnowanej matki. W Marlenie wzbudzał nadzieję, że może tym razem wrócił już na dobre. Do niej wracał bowiem z pomysłami biznesu, remontów mieszkania, inwestycji oraz wspólnego życia. Po kilku tygodniach, może nawet miesiącach powtarzał się stary scenariusz. Sławek męczył się codziennością, a kiedy cały entuzjazm wyparowywał z niego, pakował manatki i wyjeżdżał, czasem bez słowa, czasem przy wtórze dziecięcych łez i rozpaczy Marleny, że znowu dała się podejść jak pierwsza naiwna. Najbliższa rodzina Marleny czyli rodzice i brat pomagali jak mogli, nie omieszkali jednak przy tym prawić jej kazań i zarzucać dobrymi radami. Dali jej chyba nawet ultimatum - albo zrobi porządek ze swoi życiem, albo koniec z pomocą. Kazali jej stanąć na nogi, otrząsnąć się ze złego związku i zacząć od nowa. Marlena doprowadziła do rozwodu, Sławek nie oponował. Tylko, że po kilku latach znowu się pojawił, tym razem z żądaniami - miejsce do spania, bo nie ma gdzie mieszkać i alimenty, bo jest bezrobotny. Przyjęła go pod dach, a alimentów sąd nie przyznał ku wyraźnej uldze Marleny. I wiodą sobie życie pełne niespełnionych marzeń i wizji, okraszone pretensjami dzieci do matki, że będąc psychologiem i pomagając innym, zniszczyła własną rodzinę. Cieszą się za to te dzieci, że mają tak wspaniałego ojca. I choć nie są już najmniejsze, to nadal widzą winę tylko u matki. Czy nie dowodzi to tezy o powielaniu błędów rodziców przez dzieci? Gdyż tak jak Marlena stała się ślepa na prawdę o Sławku, tak i jej dzieci oślepły w swym uwielbieniu ojca.

Całkiem możliwe, że wspomnienie o Marlenie nie przyszło spowodowane saneczkami na Żabiance, ale Twoim, Różo wpisem porannym. I choć nie ma tutaj o przemocy w rodzinie, to na pewno jest w historii tej dużo kobiecej bezradności i osamotnienia.

http://dojrzalejestpyszne.blogspot.com/2014/01/kobieta-przemoc-instrukcja-wyjscia-z.html 


Jak co roku zbliża się też czas, kiedy zaczynam myśleć o wakacjach. A może w tym roku Bieszczady...
Norwegia i życie tam wydaje się być z dnia na dzień coraz bardziej odległe, choć kto wie, co czeka mnie jutro...

piątek, 17 stycznia 2014

Z mapą po lesie.

Większość tygodnia przesiadujemy w budynkach i z dala od siebie. Ja i Tomek w pracy, Filip w przedszkolu, Wojtek w zależności od dnia u jednej, lub drugiej babci. Mało ruchu i świeżego powietrza, dużo sztucznego światła i zaduchu ogrzewanego kaloryferami. Nic na to nie poradzimy. Mus to mus, pracować trzeba. Zresztą nawet gdyby nie było trzeba ze względów finansowych, nie sądzę, że dałabym rady długo wysiedzieć jak przykładna pani domu. Może tydzień? Dwa? 
Za to weekend musi być nasz i na dworzu dla doładowania płuc i każdej komórki ciała życiodajnym powietrzem. Mieszkając w Trójmieście mamy do wyboru - lasy, jeziora, morze, wzgórki i pagórki. Różnorodność krajobrazu niespotykana w innych rejonach naszego pięknego (mimo wszystko) kraju. Czemu więc u licha tylu mieszkańców Trójmiasta wciąż woli eksplorować zakamarki przecenowe zamiast inwestować w zdrowie i relacje rodzinne. Nikt mnie nie przekona, że bieganie od przeceny do przeceny i fastfoodowy lunch wspiera relacje między dziećmi, a rodzicami. Co najwyżej uczy konsumpcyjnego spędzenia czasu czy dokładnego rozmiaru latorośli. 
Z drugiej jednak strony włócząc się po lasach i innych krzakach, czy piaskach widzimy coraz więcej ludzi mało i dużo letnich korzystających z trójmiejskich dóbr natury. Ostatnio postanowiliśmy włóczyć się po lasach z celem, czyli wzięliśmy udział w akcji "z mapą do lasu" organizowanej przez klub sportowy. W ostatnią niedzielę ślizgaliśmy się po błotach Doliny Radości, 28.grudnia chodziliśmy szukając punktów kontrolnych po lasach w Gdyni Pustki Cisowskie. Z trzech możliwych tras wybraliśmy tę najprostszą o długości 2,5 km. Chłopaki radzili sobie świetnie, bawiąc się przy tym nieustannie. W ostatnią niedzielę pogoda średnio dopisała, raz słońce, raz deszcz, a wszystko podszyte świstem wiatru w koronach drzew. Co któryś punkt przystanek piknikowy. Chyba nigdy zwyczajne kanapki nie smakują tak dobrze jak wtedy - osmagane wiatrem, wychłodzone i lekko zduźdane w plecakowym bałaganie. Nasz główny przystanek skąpany był w deszczu. Radość w oczach chłopaków pomimo trudów uświadomiła mi, jak jeszcze nigdy do tej pory, znaczenie dwóch norweskich powiedzeń - Ut på tur, aldri sur i Det finnes ikke dårlig vær, bare dårlige klær.
Ten pierwszy w mniejszym lub większym stopniu można porównać do naszego polskiego w zdrowym ciele zdrowy duch - zdrowe ciało mamy dzięki ruchowi, często temu na świeżym powietrzu. A zdrowe ciało jest gwarantem dobrego samopoczucia. Gwarantem to może za dużo powiedziane, ale na pewno się do niego w dużej mierze przyczynia. Drugie powiedzenie udowadnia zaś, że nie ma złej pogody, jest tylko złe ubranie. Nic dodać, nic ująć. Rozczuliły mnie jakiś czas temu wyszperane w necie norweskie instrukcje ubierania dzieci do przedszkola lub po prostu na dwór. Co, kiedy, w jakim celu i ilu sztukach. Wojtek i Filip brodzili w błocie, przewalali się, ślizgali. Ja już wiem z autopsji, że dwie pary rękawiczek było za mało.
Zabłocone paluchy, deszcz kapiący z nosów i nieustający uśmiech na twarzy. Pytanie, co stoi na przeszkodzie brania przykładu z naszych dzieci i entuzjazmu wpisanego w ich wiek? Nic tak naprawdę, dlatego jutro jedziemy na sanki. Jeśli wierzyć http://www.yr.no/ zapowiadają częściowe zachmurzenie, słaby wiatr i kilka stopni na minusie. Póki chłopaki nas chcą i szukają naszego towarzystwa, póty będziemy spędzali z nimi nasze wolne chwile, wakacje i nie wyobrażam sobie innego stylu życia mojej rodziny.



P.S. W którymś poście pisałam o propozycjach pracy. Jedną sama odrzuciłam, drugą zaakceptowałam i zostałam zaakceptowana. Z początkiem letniego semestru rozpoczynam pracę jako lektor norweskiego na jednej z prywatnych uczelni wyższych w Trójmieście.  Na początek 17 osób, ale z czasem może uda się rozbujać tę imprezę!






niedziela, 12 stycznia 2014

Koszmar cholernych szlaczków.

Jestem lektorem od 14 lat. Uczę i uczę i nie sprawia mi to zbyt wielkiej trudności, za to daje satysfakcję i zadowolenie. Pod warunkiem jednak, że nie jest to moje dziecko. Właśnie z mega wkurwionym krzykiem moim, a płaczem Filipa zakończyliśmy 3cią linijkę pisania pieprzonych szlaczków, które w wydaniu Filipa są pieprzonymi kulfonami. Gdybym mogła strzeliłabym mu w łeb, dupę, zwyzywała na czym świat stoi. Za podpierającą się rękę, za ciągły ziew i spojrzenie muła. Linijek kurwa nie widzi? Pętelki nie może zakręcić? Ileż można gumkować do cholery jasnej? 
Jeszcze trochę zakończyłoby się na rękoczynach.  No more! Cała moja moralna postawa dała dupy i ciała.Wylazł ze mnie cholerny monster i dwulicowy dupek. Kolejne linijki przejął Tomek. Oby on był tym lepszym niczym w parze "good cop, bad cop"

Z góry przepraszam za siebie, ale wolę "wybuzować się" wirtualnie, niż gdybym miała kompletnie stracić panowanie nad sobą przed oczami Filipa. Złość powoli odchodzi wraz z wyrzucanymi w myślach bluźnierstwami. W końcu po to one są, aby dać upust złym emocjom. Pozostaje już tylko własna bezsilność. Nie potrafię schować nerwów do kieszeni ani wyrzucić ich do śmieci, kiedy robię z Filipem pracę domową. Nie potrafię zmotywować, zachęcić, ani pochwalić na tyle wiarygodnie, aby sprowokowało to Filipa do większego wysiłku. Funduję mu za to zniechęcenie, frustrację i złość. Zauważyłam ostatnio, że Filip jest bardzo "mamusiowym" dzieckiem. Ciągle się przytula, ciągle czegoś ode mnie chce, ciągle coś chce ce mną robić. Ciągle szuka mojej aprobaty i akceptacji. No i właśnie mu zafundowałam taką dozę uwagi przeciwnie proporcjonalnej do tej, której tak poszukuje. Takim zachowaniem mogę tylko zachwiać jego wiarą w siebie.

Idę przeprosić Filipa.Tylko co mu z przeprosin jeśli nie opanuję w sobie złości...

piątek, 10 stycznia 2014

Złapane w kadrze.

Już dawno po Świętach. Resztki dojedzone i dopchnięte wszechobecną czekoladą, odłożyły się złośliwie wkoło mojej talii. Choinka już się sypie, choć wciąż pachnie żywicznie tak jak pierwszego dnia. Na balkonie girlandy otoczone lampkami. I chce się rzec, że wszystko to pasuje "jak świni siodło" w obliczu wyłaniającej się zewsząd wiosny. Zapach, trelujące ptaki i wyłażące już cebule tulipanów, hiacyntów, żonkili i narcyzy (narcyzów?). Ale to nie TAK ma być. Sio do ziemi! Spać i czekać na swoją porę. Teraz wyłażą, a potem tak jak w zeszłym roku do kwietnia będziemy się męczyć z zimą. No już, a sio. Sypnij zimo w końcu śniegiem, w uszy zaszczyp mrozem - my naprawdę cię potrzebujemy. Jeśli ktoś ma znajomości u zaklinaczy pogodowych, proszę szepnąć słówko, aby ku Polsce zimę skierowali. 

Aura nie sprzyja zatrzymaniu bożonarodzeniowych wspomnień, więc wspomogę się zdjęciami na potem, na kolejne lata. Abym mogła spojrzeć na znajome twarze, porównać zmiany, obgadać tego i owego i pamiętać, że zawsze, ale to zawsze trzeba się starać, aby było lepiej. Nie ma - nie chce mi się. Za dużo wkoło ważnych ludzi, żeby nie chciało mi się chcieć. 

Zaczęło się od jasełek z Filipem w archanielskiej roli.  Wprowadził nas w świąteczny nastrój beztrosko i bez tremy.

Potem pojawiły się oczywiście pierniczki. Do dziś pałętają się słodkie kuleczki po zakamarkach naszego mieszkania. Bawili się duzi i mali. Wojtek dorwał szpikulec do zrazów i z zacięciem zamieniał piernikowe stworki w wersję woodoo.

 Rezultat naszej pracy zbiorowej:
 
 


 













Trochę świątecznej dekoracji tu i ówdzie.


Prezenty jak co roku zrobiły wielką furorę. Dwie wigilie, dwa ładunki prezentów. Od zeszłego roku kupujemy prezenty tylko dla dzieci. No cóż, takie czasy, troszkę mniej fajne. Oczywiście dziadkowie i prababcia dostali kalendarze z chłopakami. Ale to bardziej tradycja niż świąteczny prezent. Niemniej jednak mąż zrobił nam bożonarodzeniową niespodziankę, z ukłonem w moim kierunku. Zamówił bilety do kina w drugi dzień Świąt. Na wieść, że idziemy na The Hobbit: The Desolation of Smaug mina moja rozjarzyła się w takim samym zachwycie co miny chłopaków otwierających pudła Lego, przeglądających zamówione u Mikołaja książki i inne gadżety.

Goście, odwiedziny, jedzenie, rozmawianie i lekkie kolęd śpiewanie. W sumie ciężko było odetchnąć, zatrzymać się w tym szaleństwie. Udawało się nam to tylko wieczorową porą na spacerach. Patrząc jednak na liczbę ludzi spacerujących ciemną nocą, nie byliśmy osamotnieni w poszukiwaniu odpocznienia. 



Zdjęcia są takiej sobie jakości. Wciąż winię za nią aparat, a nie moje słabe umiejętności fotograficzne.

Clap along if you know what happiness is to YOU!



All the best to everybody finding my blog and reading these words!
https://www.youtube.com/watch?v=y6Sxv-sUYtM 






niedziela, 5 stycznia 2014

Bilans wydarzeń i wieści początku roku.

Po pierwsze weszliśmy w 2014 radośnie, ale niestety chorobowo. Wojtek wylądował z wirusem bostońskim - poza faktem, że brzmi groźnie, niczym ebola i jest z lekka upierdliwa, to całkiem niewinna wirusówka. Mnie dopadło jak zwykle gardło, zapalenie krtani tym razem. A moją mamę zmogła angina. Jeśli mogę o coś prosić, to proszę ostry mróz, co by "zabił na śmierć" wszelaki chorobogenny badziew.

Po drugie dostałam ofertę pracy z norweskim, właściwie dwie. Tu w Polsce, ale brzmi interesująco. Zobaczymy co przyniosą ze sobą dalsze rozmowy. Pierwsza we wtorek, druga w piątek. Obie związane z uczeniem, ale to akurat mi odpowiada. Kurcze, ja naprawdę lubię to co robię.

Po trzecie bliska mi osoba została pobita przez swojego partnera. Złamany obojczyk. Oficjalnie facet wyleciał z domu. Mniej oficjalnie, ona go tłumaczy, że to nie on, tylko jego problemy alkoholowe, niepanowanie nad popędami, m.in seksualnym, oraz złe układy rodzinne i naleciałości z dzieciństwa. A poza tym wciąż go kocha. Włos się mój długi na głowie zjeżył na te słowa, i tylko z lekka opadł kiedy dodała, że dopóki się z nimi sam nie upora, nie ma wstępu do jej domu. W sumie to włos nadal mi się jeży, ale nie mój cyrk, nie moje małpy. Swoją opinię wyraziłam i całkowitą dezaprobatę utrzymywania jakichkolwiek kontaktów między nią, a nim. Podałam przykłady, uczuliłam na zły wpływ na dzieci, które ma z poprzedniego związku. Jej pierwszy partner był kawałem wielkiego drania, teraz wpadła na jeszcze gorszego. Trochę chyba naiwnie dziewczyna wierzy, że dzieci nie wiedzą i mimo wszystko udaje się jej je ochronić. Właściwie to już chyba zakrawa na głupotę, nie naiwność. Słyszą kłótnie i wyzwiska, widzą pijanych i awanturujących się mężczyzn, czy to ojca, czy wujka. Dwa do dwóch dodadzą, pytanie tylko jak zinterpretują sumę i jaki będzie ostateczny wynik w ich przyszłości. Chłopaki, z lekka pogubione potrzebują męskiego wzorca, ale wg mnie lepszy wzorzec silnej, choć samotnej mamy, niż byle jaki popapranego faceta.

Po czwarte, osoba bliska memu mężowi się rozwiodła. W kwietniu. A po kilku dniach dodała, że w kwietniu, ale nie zeszłego, tylko 2012r. W okolicy szczęki opadły, a pupy na siedzenia oklapły. Ale jak to!? Nie, że rozwód, bo do tego od dawna owa osoba była namawiana, tylko, że przez ponad rok utrzymywała to w ukryciu. Odgrywała jakąś szopkę, przed rodzicami i resztą ważnych sercu osób, nadszarpując przy tym straszliwie zaufanie jakim go obdarzano. Powrócił z niczym, poza długami na rodziców łono, ale na twardych warunkach. Jak potoczą się jego dalsze losy, czas pokaże. Twierdzi, że po osiągnięciu dna, zaczyna od nowa. Brzmi dobrze. Choć ja mam pewne obawy, czy aby nie odstawia jakiejś nowej szopki kłamstwem podszytej. Nie mam wiary w człowieka? No chyba nie, a już na pewno do jego ex, bardzo złego człowieka i manipulatora. Pamiętam jak do dziś, kiedy wmawiała, wtedy jeszcze nie mojej teściowej, że jeśli Tomek poślubi mnie w tym roku, to na pewno A. będzie nieszczęśliwy w życiu. Karty tak powiedziały...Teściowie i my wyszliśmy obronną ręką z kontaktów z tą osobą i  nie ulegliśmy jej destrukcyjnemu wpływowi.  A. niestety nie miał tyle szczęścia. Życzę ci więc samozaparcia i siły, żebyś się uwolnij od niej.

Po piąte, do końca stycznia ważą się podobno losy naszych pensji - czy je obciąć, czy nie. Paranoja, jak jeszcze długa moje szefostwo będzie z 'kryzysu' robiło zasłonę dymną na własne błędne decyzje i coraz większy spadek jakości usług?

Po szóste, ksiądz, z którym są związane miłe i ciepłe wspomnienia został wczoraj wyświęcony na biskupa pomocniczego archidiecezji gdańskiej. Człowiek o wielkim umyśle, wielkim sercu i przeogromnej życzliwości dla drugiego człowieka. Poeta. Szczęść Boże, ks. Wiesławie.

Po siódme i będące zdecydowanie cudną wisienką na torcie wydarzeń ostatnich dni jest telefon od Judyty! Osoby poznanej w blogowym świecie. Kochana, narobiłaś mi takiego apetytu na spotkanie z Tobą oko w oko, żem sprawdziła loty do Ciebie. Jest dobrze, więc czy Ty do mnie, czy ja do Ciebie...nasze spotkanie jest nieuniknione. Mam nadzieję, że ostatni etap drogi powrotnej do domu był miły, a Ty i syn szybko wrócicie do zdrowia. Trzymam kciuki za jego jutrzejsze zmagania w szkole.





Myśl raczej niż post.

Wczoraj, albo raczej przedwczoraj błądząc po kanałach, obejrzałam przez chwilę program publicystyczny, w którym jedna mądra pani, niejaka Katarzyna B. mówiła o aborcji i prawie kobiety do jej macicy, a druga równie mądra pani dziennikarz pierwszej odpowiadała. Nie oglądałam całego programu, z racji tego, że mam alergię na prowadzącą, niejaką Elizę M., a raczej manierę z jaką się zachowuje - rozkapryszone dziewczynisko z muchami w nosie i "I'm simply the best" wytatuowanym na czole. Pierwsza pani na modłę wolnościową prowadziła tyradę o tym co kobieta może i chce i że niczego nie musi. Głównie to nie musi ponosić odpowiedzialności za swoje zachowanie i nie musi myśleć, a ewentualnie może, jeśli taka jest jej wola.

Dowodem na tezy pierwszej pani mądrej była dygresja drugiej mądrej pani odnośnie posiadania dzieci. Wypowiedź była mniej więcej w takim tonie.

"No właśnie, właśnie. Moja znajoma nie ma w ogóle za nic instynktu macierzyńskiego. Owszem chciała mieć dziecko, dlatego je urodziła. Ale dziecko ma 2,5 roku, a ona nadal nie czuje więzi emocjonalnej z dzieckiem. Po prostu go nie kocha. Nie, no oczywiście, karmi je, przewija, opiekuje się. Jest dobrą matką."

Chwila, ale o kim mowa? O dziecku, czy raczej o nowoczesnym gadżecie, który chce się mieć w chwili kaprysu, pomyślałam. Zachowany paragon, idę oddać. Nie zachowany paragon, cholera musi zostać śmieć jeden. A skoro jest to może go kiedyś użyję.
 
 Albo świat się robi porąbany, albo to mnie rąbie na stare lata i nie nadążam za społecznymi zmianami. Czy bycie odpowiedzialnym za swoje czyny i antykoncepcja to takie strasznie skomplikowane rzeczy? Nie uważam, że każda kobieta musi gotować i piec, czy chcieć dzieci, tak jak nie każdy facet musi potrafić zmieniać koła i używać wiertarki. To jest nasze prawo. Nie musimy. Tylko, że kiedy kobieta zachodzi w ciążę, to odpowiedzialność staje się podwójna. Sorry Batory, ale tak nas matka natura skonstruowała, że to my kobiety posiadamy zdolność bycia 9miesięcznym inkubatorem dla nowej istoty ludzkiej. Wydaje mi się, że dostałyśmy tym samym więcej odpowiedzialności w pakiecie startowym. Czy kobieta skorzysta z opcji "ciąża" to rzeczywiście jej sprawa. A może i nie do końca tylko jej. Bo jak mówi piosenka, do tanga trzeba dwojga, więc może i sprawa partnera?
Anyway, kobieta, która nie chciała mieć dziecka, zachodzi w ciążę. Nie jest ona następstwem gwałtu, płód rozwija się dobrze i nie stanowi śmiertelnego zagrożenia dla matki, co najwyżej uprzykrzy jej trochę życie przez 9 miesięcy. Więc uważam, że tak, owa kobieta powinna urodzić dziecko. Choć nie musi się nim zajmować. W dniu narodzin droga wolna. Można oddać do adopcji. W kraju, gdzie co szósta para ma problemy z doczekaniem się potomstwa, noworodki są na wagę złota. Wstyd oddać dziecko??? A nie wstyd zabić go w łonie, dokonując aborcji?

Po co ja się pieklę, może prościej byłoby tak - Dokonujmy aborcji, jeździjmy po pijaku, zalegalizujmy marihuanę, znieśmy obowiązek nauki, zlikwidujmy zakazy i normy społeczne, a jedynym prawem niech będzie hasło "bo JA mam prawo do...".
Amen.