poniedziałek, 27 stycznia 2014

Nieoczekiwany efekt saneczkowania po starych śmieciach.

Od dawna chodził mi po głowie pomysł na saneczkowanie po górce mojego dzieciństwa na Żabiance. Zrealizowaliśmy go wczoraj. Pomijając niepodważalny czar zjazdu na sankach, nasza wycieczka przyniosła dość nieoczekiwane wspomnienia. Jeśli ktoś pomyśli, że zacznę wspominać przyjaźni z podwórkowego trzepaka (nasz ulubiony plac zabaw), zabawy pod balkonami w blokach, o kawalerce w której mieszkaliśmy przez dobrych 10 lat, czy o dwóch podstawówkach, które zaliczyłam od pierwszej do piątej klasy, to się pomyli. Neon z napisem Osiedlowy Klub Feluka przypomniał mi bowiem pewną dyskotekę zorganizowaną dla członków parafialnego chóru młodzieżowego, którego kierownikiem był pan Józef Możdżer, oraz scholi dziecięcej prowadzonej przez pana Władysława. Ekscytacja była wielka, gdyż miał tam być obiekt wzdychań kilkudziesięciu chórzystek, czyli sam Leszek Możdżer. Nie śpiewał w chórze, ale grywał na fortepianie podczas naszych prób.
W Leszku nie dało się nie zakochać. To spojrzenie, ten blond włos. Nonszalancja i lekkość bytu nastolatka świadomego swojego uroku. Był przy tym naprawdę uroczym chłopakiem, któremu popularność wśród płci pięknej nie uderzyła wodą sodową w głowie. Nic więc dziwnego, że i mnie dosięgnęła strzała amora z ładunkiem wielkiej platonicznej miłość. Na tej dyskotece moje 11letnie serce zabiło żywiej, gdyż obiekt mej miłości zaprosił mnie do tańca. Uznałam to oczywiście jako przejaw skrywanych uczuć z jego strony. I choć tak naprawdę to chyba nie wiedział kim byłam, moja wyobraźnia dopisywała scenariusze sięgające naszego małżeństwa i wspólnych potomków! Przez ułamek sekundy nie przyszło mi jednak do głowy, że będzie z niego tak wspaniały muzyk. Zdecydowanie nietuzinkowy, unikalny i wyrazisty. Wszystkiego dobrego Leszku!

Drugim wspomnieniem żabiankowego dzieciństwa jest Marlena, choć nie jest to jej prawdziwe imię. Też chórzystka, ale z tych niewielu jednostek, których niewątpliwy urok Leszka nie omamił. Może dlatego, że była od nas dużo starsza. Ja miałam 11, Leszek chyba 13, a ona 16, 17? Marlena była cud dziewczyną - miłą i przyjazną ludziom. Roztaczała wkoło siebie ciepło, ludzie do niej lgnęli, a ona lgnęła do ludzi. Zauważała wszystkich, nawet takie smarki jak ja. Marlena miała chłopaka, Miśka, który świata poza nią nie widział i gdyby mógł to by ślady jej stóp na ziemi całował, albo jeszcze lepiej na rękach nosił. W moich oczach dodawało jej to jeszcze większego blasku.

Mając 12 lat wyprowadziłam się do Osowy, chór niestety poszedł w odstawkę, ale moja miłość do Leszka kwitła bujając w obłokach platoniczności. Trwała przynajmniej dopóki nie poznałam muzyki U2, wtedy to mym sercem zawładnął Bono.

Z Marleną nadal utrzymywałam mniej lub bardziej bezpośredni kontakt. Wiedziałam więc, że poszła na studia, kierunek psychologia. Zaręczyła się z Miśkiem, wyznaczyli już nawet datę ślubu. Dostała pracę w Monarze. I tam na swoje nieszczęście zakochała się w byłym narkomanie. Nie wiem czy był tam jeszcze na leczeniu, czy był już terapeutą. Dziewczyna straciła głowę na tyle skutecznie, że głucha na rodzinny głos rozsądku zerwała zaręczyny i odwołała ślub, po to tylko, żeby w trybie przyspieszonym poślubić tego drugiego, który dajmy na to miał na imię Sławek. Pojawiło się pierwsze dziecko, potem drugie. Marlena ciężko pracowała jako psycholog to tu, to tam, a Sławek realizował swoje pasje - a to nurkowanie w Egipcie, a to jakieś narty, a to inne kobiety. Zawsze było jednak wyjaśnienie jego zachowania - jest po przejściach, nie miał łatwego życia. Wszystko było mu wybaczane i tłumaczone na jego usprawiedliwienie. Kiedy Marlena była w ciąży z drugim dzieckiem, zmarła jej babcia, dzięki czemu odziedziczyła po zmarłej mieszkanie. Niestety było ono w opłakanym stanie i nadawało się tylko do generalnego remontu, do którego mąż ochoczo przystąpił. Szybko mu się jednak remont znudził, wręcz zaczął iść jak po grudzie i koniec końców stan mieszkania, choć to trudno sobie wyobrazić, stał się jeszcze bardziej opłakany. W międzyczasie Marlena i Sławek poznali pewne młode małżeństwo. Przyjaźń między obiema parami wybuchła niczym wulkan gorąca, intensywna, spontaniczna i jak się wkrótce miało okazać trwająca przez wiele, wiele lat, choć może nie w takiej formie jakby można oczekiwać. O jej sile dowodzi fakt, że Marlena i Sławek zgodzili się żyrować swoim przyjaciołom kredyt na jakieś 350 tys. Nie minęło pół roku, przyjaciele zniknęli z ich życia tak szybko jak się w nim pojawili, pozostawiając po sobie dług do spłacenia. Wkrótce zniknął i Sławek, znudzony codziennością życia ojca i męża. Nie dawał o sobie jednak zapomnieć, gdyż przychodziły bankowe ponaglenia i inne wezwania do zapłaty. Pojawiał się też osobiście od wielkiego święta robiąc dzieciom papkę z mózgu - stęskniony, z pięknymi prezentami, pełen entuzjazmu i energii - świetna przeciwwaga do zmęczonej i zmarnowanej matki. W Marlenie wzbudzał nadzieję, że może tym razem wrócił już na dobre. Do niej wracał bowiem z pomysłami biznesu, remontów mieszkania, inwestycji oraz wspólnego życia. Po kilku tygodniach, może nawet miesiącach powtarzał się stary scenariusz. Sławek męczył się codziennością, a kiedy cały entuzjazm wyparowywał z niego, pakował manatki i wyjeżdżał, czasem bez słowa, czasem przy wtórze dziecięcych łez i rozpaczy Marleny, że znowu dała się podejść jak pierwsza naiwna. Najbliższa rodzina Marleny czyli rodzice i brat pomagali jak mogli, nie omieszkali jednak przy tym prawić jej kazań i zarzucać dobrymi radami. Dali jej chyba nawet ultimatum - albo zrobi porządek ze swoi życiem, albo koniec z pomocą. Kazali jej stanąć na nogi, otrząsnąć się ze złego związku i zacząć od nowa. Marlena doprowadziła do rozwodu, Sławek nie oponował. Tylko, że po kilku latach znowu się pojawił, tym razem z żądaniami - miejsce do spania, bo nie ma gdzie mieszkać i alimenty, bo jest bezrobotny. Przyjęła go pod dach, a alimentów sąd nie przyznał ku wyraźnej uldze Marleny. I wiodą sobie życie pełne niespełnionych marzeń i wizji, okraszone pretensjami dzieci do matki, że będąc psychologiem i pomagając innym, zniszczyła własną rodzinę. Cieszą się za to te dzieci, że mają tak wspaniałego ojca. I choć nie są już najmniejsze, to nadal widzą winę tylko u matki. Czy nie dowodzi to tezy o powielaniu błędów rodziców przez dzieci? Gdyż tak jak Marlena stała się ślepa na prawdę o Sławku, tak i jej dzieci oślepły w swym uwielbieniu ojca.

Całkiem możliwe, że wspomnienie o Marlenie nie przyszło spowodowane saneczkami na Żabiance, ale Twoim, Różo wpisem porannym. I choć nie ma tutaj o przemocy w rodzinie, to na pewno jest w historii tej dużo kobiecej bezradności i osamotnienia.

http://dojrzalejestpyszne.blogspot.com/2014/01/kobieta-przemoc-instrukcja-wyjscia-z.html 


Jak co roku zbliża się też czas, kiedy zaczynam myśleć o wakacjach. A może w tym roku Bieszczady...
Norwegia i życie tam wydaje się być z dnia na dzień coraz bardziej odległe, choć kto wie, co czeka mnie jutro...

8 komentarzy:

  1. [Sesja. Nadrabiam wpisy, które przez nią straciłam]
    W zeszłym roku - a może dwa lata temu? Wybraliśmy się z Adamem na piwo... do sąsiadującego z moimi Gliwicami Zabrza. Bo stwierdziłam, że w zasadzie lepiej znam trójmiasto, niż to miasto Górnika, które mam tuż obok siebie. W Zabrzu, przy tym piwie, wspominałam jak jeździłam z mamą na 'wycieczki' autobusem do centrum, potem inne rzeczy... i później wzięło mnie na wspominanie saneczkarstwa na górce. Padał mocno śnieg, stąd te wspomnienia. Wróciliśmy do mnie, poszliśmy do piwnicy, wyjęliśmy moje stare sanki z dzieciństwa i poszliśmy o 22:00 zjeżdżać z górki obok...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *mysipyszczek;- )

      Kliknęło mi się za szybko. Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Wiedziałam, że to Ty :) Zjeżdżanie z górki jest odjazdowe! Mam nadzieję, że sesja do przodu! W każdym razie najważniejsze, że już masz PO.

      Usuń
  2. Sesja jeszcze się nie skończyła. Minął pierwszy tydzień, a ja mam wynik 9/11. Zostały mi dwa przedmioty, z czego jeden, którego niezdanie = skreślenie z listy studentów/urlop dziekański... ;- ) Ale dam radę, to jeden z moich ulubionych.

    mysipysk, który pożarł dziś tłustą zapiekankę

    OdpowiedzUsuń
  3. nadal nie skończyła mi się sesja, choć w planie już jej nie ma... to ja, i jeszcze 1/3 grupy... - mamy tą sesję. betonbetonbeton.
    jednak dziś podchodzę to tej sprawy na luzie. zdam - świetnie. nie zdam - też świetnie...
    * * *
    koncentrując się na Twoim wpisie: wspominałam ostatnio o moim saneczkarstwie, ale nie skomentowałam sedna wpisu. każdy człowiek, który uważnie się rozgląda (nawet tak aspołeczny jak ja) dostrzega wokół sporo historii wartych opisania.
    Twój post to kawał dobrej wirtualnej literatury, wiesz? - mam na myśli jakość Twojej prozy, samego tekstu. mam też na myśli to, w jaki sposób opowiedziałaś historię. weszłam w nią, cała.

    znasz mnie ociupinę, więc wiesz że nie piszę tego, bo liczę na komentarz w ramach rewanżu.

    Twoja historyjka opowiada o "naiwności" Marleny. nie wiem na ile ta "naiwność" to chęć zbawiania świata, dawania wiecznie drugiej, trzeciej, dziesiątej szansy... a na ile próba zamiany swojego życia w "coś w rodzaju życia Sławka". znam kilka osób, które ciągle wybaczają, ciągle nie mogą komuś czegoś zarzucić, wypomnieć, o coś się obrazić (bo bliski, bo ukochany, bo bogaty, bo biedny, bo coś-tam). ale znam też takie osoby, które biorą na swoje barki ciężar, żeby później móc innej osobie pokazać, jak jest im ciężko...

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaliczaj te betony i z głowy. A jak nie dadzą się zaliczyć....no wiadomo....BETONY!:) Niereformowalne!

    Marlena to typ człowieka, który miał misję i mierzył ludzi swoją miarą. Na wskroś przekonaną o ludzkiej dobroci i konieczności niesienia pomocy, nawet wbrew swojemu dobru, co z kolei uśpiło, a może i wręcz zabiło instynkt samozachowawczy.

    OdpowiedzUsuń
  5. betony zaliczone;- ) zmiażdżyłam je, lepiej niż zrobiłby to nie jeden kafar.

    OdpowiedzUsuń