piątek, 10 stycznia 2014

Złapane w kadrze.

Już dawno po Świętach. Resztki dojedzone i dopchnięte wszechobecną czekoladą, odłożyły się złośliwie wkoło mojej talii. Choinka już się sypie, choć wciąż pachnie żywicznie tak jak pierwszego dnia. Na balkonie girlandy otoczone lampkami. I chce się rzec, że wszystko to pasuje "jak świni siodło" w obliczu wyłaniającej się zewsząd wiosny. Zapach, trelujące ptaki i wyłażące już cebule tulipanów, hiacyntów, żonkili i narcyzy (narcyzów?). Ale to nie TAK ma być. Sio do ziemi! Spać i czekać na swoją porę. Teraz wyłażą, a potem tak jak w zeszłym roku do kwietnia będziemy się męczyć z zimą. No już, a sio. Sypnij zimo w końcu śniegiem, w uszy zaszczyp mrozem - my naprawdę cię potrzebujemy. Jeśli ktoś ma znajomości u zaklinaczy pogodowych, proszę szepnąć słówko, aby ku Polsce zimę skierowali. 

Aura nie sprzyja zatrzymaniu bożonarodzeniowych wspomnień, więc wspomogę się zdjęciami na potem, na kolejne lata. Abym mogła spojrzeć na znajome twarze, porównać zmiany, obgadać tego i owego i pamiętać, że zawsze, ale to zawsze trzeba się starać, aby było lepiej. Nie ma - nie chce mi się. Za dużo wkoło ważnych ludzi, żeby nie chciało mi się chcieć. 

Zaczęło się od jasełek z Filipem w archanielskiej roli.  Wprowadził nas w świąteczny nastrój beztrosko i bez tremy.

Potem pojawiły się oczywiście pierniczki. Do dziś pałętają się słodkie kuleczki po zakamarkach naszego mieszkania. Bawili się duzi i mali. Wojtek dorwał szpikulec do zrazów i z zacięciem zamieniał piernikowe stworki w wersję woodoo.

 Rezultat naszej pracy zbiorowej:
 
 


 













Trochę świątecznej dekoracji tu i ówdzie.


Prezenty jak co roku zrobiły wielką furorę. Dwie wigilie, dwa ładunki prezentów. Od zeszłego roku kupujemy prezenty tylko dla dzieci. No cóż, takie czasy, troszkę mniej fajne. Oczywiście dziadkowie i prababcia dostali kalendarze z chłopakami. Ale to bardziej tradycja niż świąteczny prezent. Niemniej jednak mąż zrobił nam bożonarodzeniową niespodziankę, z ukłonem w moim kierunku. Zamówił bilety do kina w drugi dzień Świąt. Na wieść, że idziemy na The Hobbit: The Desolation of Smaug mina moja rozjarzyła się w takim samym zachwycie co miny chłopaków otwierających pudła Lego, przeglądających zamówione u Mikołaja książki i inne gadżety.

Goście, odwiedziny, jedzenie, rozmawianie i lekkie kolęd śpiewanie. W sumie ciężko było odetchnąć, zatrzymać się w tym szaleństwie. Udawało się nam to tylko wieczorową porą na spacerach. Patrząc jednak na liczbę ludzi spacerujących ciemną nocą, nie byliśmy osamotnieni w poszukiwaniu odpocznienia. 



Zdjęcia są takiej sobie jakości. Wciąż winię za nią aparat, a nie moje słabe umiejętności fotograficzne.

1 komentarz:

  1. Najlepsze jest zjadanie cukierków-groszków prosto ze stołu :D

    OdpowiedzUsuń