środa, 19 marca 2014

Trochę...

....smutno mi, kiedy zdaję sobie sprawę, że większość mojego życia jako mama żyję otaczając się wyrzutami sumienia. I nie są to wyrzuty, które serwuje mi moje najukochańsze otoczenie. Ja sama, w swej własnej osobie funduję sobie od dłuższego czasu solidną dawkę wyrzutów sumienia. Czy właśnie zdefiniowałam swój problem, toczącego mnie robala? Kto to do cholery wie!

sobota, 15 marca 2014

Blogowy bilans.

Jakiś czas temu stuknął  mi rok, odkąd zaczęłam popełniać blogową chałturę w słowie i fotografii.
Rozpoczynałam z pokładem olbrzymiej frustracji zawodowej i wielką potrzebą zmian. Ileż można się kisić w kiszonce ąsów i dąsów na cały świat. Mój mózg zaczął więc proces rewitalizacji stanu ducha, znaczy się zaczął snuć plany na przyszłość związane z Norwegią i norweskim w roli głównej. Nie mam zamiaru podawać bilansu owych poczynań. Jestem nadal w drodze, a moi wspaniali mężczyźni ze mną.

Niestety zima nie jest najlepszym okresem dla mnie. Gdybym mogła, zapadałabym w stan hibernacji i nietykana spała do wiosny, po czym wstała kipiąca energią. Zwolniłam tempo realizacji moich marzeń i planów. Musiałam się zamknąć na jakiś czas, zaskorupić w sobie przemyślenia, wydarzenia i mijający czas. Było mi źle do tego stopnia, że chciałam umknąć swą osobą także przed mym słowno-zdjęciowym ekshibicjonizmem. Wyłaziło ze mnie dużo zwątpienia, żalu i niechęci do wszystkiego, czy warto było więc to zatrzymywać w słowie? Niestety wraz z tym złym stanem, umknęło mi wiele dobrych chwili i czynów. Kiedy jednak dusza płacze, muszę ją wstawić w samotność i intymność, bo tak jest mi łatwiej to co złe wypłakać.



Wakacje 2014

Gdzie tym razem nogi nas poniosą? Jeśli nie znajdę pracy w Norwegii, to na pewno nie w tamte rejony. Kierunek Norwegia zarezerwowany jest do zamieszkania tam, już nie podróżowania.
Dusza jestem niespokojna i już od stycznia  mnie nosi z planowaniem wakacji. Gdyby nie to, zapadałabym pewnie w okropny marazm zimowy i jak ten niedźwiedź, co nie może zapaść w sen zimowy, chodziłabym po świecie, łypiąc na wszystkich spode łba. Już sama myśl o letnich dniach i miejscach ładuje mnie energią. Powiem szczerze, nie wyobrażam sobie wakacji bez wyjazdu, zmiany otoczenia, ludzi, powietrza, zapachów i dźwięków. Nauczyli mnie tego moi rodzice. Odkąd sięgam pamięcią zawsze wyjeżdżałam na wakacje. Karpacz, Kudowa, Grybów, Stegna i kilka innych pomniejszych miejscowości, do których zawitałam jako dziecko, dzięki wczasom pracowniczym, czyli tzw. wczasom pod gruszą. Potem przyszły kolonie, o dziwo mniej pamiętane przeze mnie. Zatęchły komunizm miał też swoje plusy. Mój brat, rodzony w 1986 nie doświadczył tych przywilejów. To ja jeździłam, dzięki czemu bakcyl podróżowania, choć pewnie małego kalibru tkwi we mnie skutecznie. No dobrze, miało być o tym gdzie jedziemy. Pierwotnie wybór padł na Bieszczady. Bo po pierwsze nigdy tam nie byłam, poza małym wypadem do Komańczy i dosłownie zahaczeniem o Pętlę Bieszczadzką, po drugie nie wiedząc co śpiewać moim chłopakom do snu, sięgnęłam po repertuar Starego Dobrego Małżeństwa. Filip zachwycił się piosenką "Tu w dolinach wstaje" i stąd Bieszczady. Potem jednak pomyślałam sobie, że nie, jeszcze nie. Niech trochę podrosną  i wtedy wyruszymy wspólnie na szlak, gdzie można wejrzeć w głąb siebie i kontemplować majestat otaczającego nas krajobrazu. A że od lat chodzą za mną mgliste wspomnienia Błędnych Skał i Kudowy, to wybór padł właśnie na tamte rejony. Głównie przewijają się przez projektor mojej pamięci: park zdrojowy, brązowe wiewiórki, pozbawione skorupek ślimaki, po których namiętnie skakałam będąc "rozkoszną" siedmiolatką, kaplica czaszek w Czeremnej i przeciskanie się między skałami.  Zaczęłam szperać, przerzucać netowe strony i postanowiłam - jedziemy do Czech! A dokładnie w Kralovehradecky kraj z takimi urokliwymi kwiatkami jak Adršpach i ichnie Skalnate Mesto. Miała być Polska, ale liczba pól kempingowych w porównaniu do tych w Czechach jest śmiesznie mała. Po zeszłorocznej wyprawie namiotowej po Norwegii, chcemy kontynuować podróże z własnym noclegiem. Skoro daliśmy radę tam, kiedy temperatura w lipcu spadła w nocy do 10 st, to Czechy nam nie straszne!