sobota, 15 marca 2014

Wakacje 2014

Gdzie tym razem nogi nas poniosą? Jeśli nie znajdę pracy w Norwegii, to na pewno nie w tamte rejony. Kierunek Norwegia zarezerwowany jest do zamieszkania tam, już nie podróżowania.
Dusza jestem niespokojna i już od stycznia  mnie nosi z planowaniem wakacji. Gdyby nie to, zapadałabym pewnie w okropny marazm zimowy i jak ten niedźwiedź, co nie może zapaść w sen zimowy, chodziłabym po świecie, łypiąc na wszystkich spode łba. Już sama myśl o letnich dniach i miejscach ładuje mnie energią. Powiem szczerze, nie wyobrażam sobie wakacji bez wyjazdu, zmiany otoczenia, ludzi, powietrza, zapachów i dźwięków. Nauczyli mnie tego moi rodzice. Odkąd sięgam pamięcią zawsze wyjeżdżałam na wakacje. Karpacz, Kudowa, Grybów, Stegna i kilka innych pomniejszych miejscowości, do których zawitałam jako dziecko, dzięki wczasom pracowniczym, czyli tzw. wczasom pod gruszą. Potem przyszły kolonie, o dziwo mniej pamiętane przeze mnie. Zatęchły komunizm miał też swoje plusy. Mój brat, rodzony w 1986 nie doświadczył tych przywilejów. To ja jeździłam, dzięki czemu bakcyl podróżowania, choć pewnie małego kalibru tkwi we mnie skutecznie. No dobrze, miało być o tym gdzie jedziemy. Pierwotnie wybór padł na Bieszczady. Bo po pierwsze nigdy tam nie byłam, poza małym wypadem do Komańczy i dosłownie zahaczeniem o Pętlę Bieszczadzką, po drugie nie wiedząc co śpiewać moim chłopakom do snu, sięgnęłam po repertuar Starego Dobrego Małżeństwa. Filip zachwycił się piosenką "Tu w dolinach wstaje" i stąd Bieszczady. Potem jednak pomyślałam sobie, że nie, jeszcze nie. Niech trochę podrosną  i wtedy wyruszymy wspólnie na szlak, gdzie można wejrzeć w głąb siebie i kontemplować majestat otaczającego nas krajobrazu. A że od lat chodzą za mną mgliste wspomnienia Błędnych Skał i Kudowy, to wybór padł właśnie na tamte rejony. Głównie przewijają się przez projektor mojej pamięci: park zdrojowy, brązowe wiewiórki, pozbawione skorupek ślimaki, po których namiętnie skakałam będąc "rozkoszną" siedmiolatką, kaplica czaszek w Czeremnej i przeciskanie się między skałami.  Zaczęłam szperać, przerzucać netowe strony i postanowiłam - jedziemy do Czech! A dokładnie w Kralovehradecky kraj z takimi urokliwymi kwiatkami jak Adršpach i ichnie Skalnate Mesto. Miała być Polska, ale liczba pól kempingowych w porównaniu do tych w Czechach jest śmiesznie mała. Po zeszłorocznej wyprawie namiotowej po Norwegii, chcemy kontynuować podróże z własnym noclegiem. Skoro daliśmy radę tam, kiedy temperatura w lipcu spadła w nocy do 10 st, to Czechy nam nie straszne!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz