sobota, 28 czerwca 2014

Koniec stresów, pora na anginę.

Koniec stresującego okresu. Pozornie mogłabym żyć już wakacyjnymi wyjazdami, gdyby nie drobny szkopuł - angina. Dziś popędziłam do znajomego pediatry, który za 80 zł od wizyty, zdiagnozował mi anginę i zaaplikował antybiotyk. Połknęłam pierwszy gigantyczny Dumox. Gigantyczny, bo taki się właśnie wydaje przy moim opuchniętym gardle.  I wyzdrowieję, bowiem o tej porze za siedem dni mam zamiar siedzieć u Judyty, rozkoszując się towarzystwem wyżej wymienionej i jej rodziny, wyspiarskimi klimatami Møre og Romsdal oraz bezdzieciową swobodą. Te zostają z dziadkami.

Już na studiach mój organizm zaczął robić podobne jazdy. Przed i w trakcie sesji 100% spięcia i napięcia, po czym z ostatnim wpisem do indeksu zaczynała się gorączka i ból gardła. Angina gotowa. To samo przytrafiło mi się podczas obrony pracy magisterskiej. Właściwie już w trakcie obrony miałam około 39 stopni. A wszystko z winy recenzenta, na prośbę którego przełożono mi termin o dzień. Organizm tego nie przyjął do wiadomości i po prostu się rozchorował. I tak byłam jedyną z 4 w sumie osób, które widziały o czym mówię, więc choroba mi nie przeszkodziła. Promotor kiepsko władał angielskim, recenzent dostał moją pracę w dniu obrony, a kierownik katedry po prostu siedział i mądrze kiwał głową.

Nie pamiętam innych przyczyn moich angin, ale często wydarzały się właśnie na początku wolnego, a to wakacji letnich, a to zimowych. Jak tylko sobie odpuszczałam, ciało odreagowywało.

Nie jestem przekonana co spowodowało obecną chorobę. Patrzę wstecz i nie czuję jakiegoś wielkiego napięcia. Po pierwsze, organizowałam rodziców dzieci z przedszkola do zbiórki pieniędzy od początku czerwca. Ostatni tydzień czerwca przeznaczyłam zaś na kupno prezentów, kwiatów i wykonania pamiątkowych laurek. W sumie czysta przyjemność, szczególnie, że dołączyły do mnie dwie inne mamy. Pożegnanie było w środę, 25 czerwca i wszystko się udało. Przedstawienie Kopciuszek dla rodziców. Rodzic cieszy się jak szczypiorek na wiosnę widząc swoje pociechy podrygujące na scenie. Z drugiej jednak strony nachodzi mnie irytująca cokolwiek myśl - czy te nasze dzieci nie są niczym małpki w cyrku podrygujące ku uciesze rodziców w roli widzów...

Filip spędził w tym przedszkolu 4 lata. To były dla niego dobre lata, dla nas także. Poznał jak to jest pracować w grupie. Jak to jest mieć kolegów i koleżanki. Przystosowywać się do grupy i jej zasad. Lubił to miejsce i lubił związanych z nimi ludźmi.

Od września rozpocznie się jego przygoda jako ucznia szkoły podstawowej. Jako że urodzony w lipcu mamy  przywilej wyboru między zerówką, a pierwszą klasą. I wybraliśmy zerówkę. Chłopak zdąży się jeszcze namęczyć w polskim systemie edukacyjnym. A może ten rok przyniesie nowe zmiany? Może jakieś wyjazdowe, może wyprowadzkowe? Może zdecydujemy i będziemy wozili Filipa do jakiejś kameralnej szkoły oddalonej od naszego osiedla?
A może trafi po prostu na dobrego pedagoga. Nasz osiedlowa szkoła ma 27 lat. Otworzyli ją w roku urodzin mojego brata, naszej przeprowadzki do nowego domu i początku mojej VI klasy. Przez lata szkoła się rozrosła w stanie uczniów, ale nie metrów kwadratowych. Oficjalnie jest przeznaczona dla ok 600 dzieci, uczy się w niej ok 1200. W tym roku (w końcu!) pani dyrektor wyraziła troskę, że jest ona jednak za mała dla tylu dzieci i znalazły się pieniądze na dobudowanie jednego piętra = 4 sale dla klas IV-VI, łazienki i dodatkowy pokój nauczycielski. W maju rozpoczęła się budowa, którą mają skończyć przed wrześniem. Kadra nauczycielka jest mierna, a przynajmniej jej większość. Wnioskuję to po opowieściach moich uczniów. Angliści nie mówią na zajęciach po angielsku. Historyk dyktuje z książki i każe dzieciom pisać. Kiedy komórka dzwoni, nauczyciel ją odbiera, bo mu wolno. Poza tym testy - punkty - testy - punkty. I mnóstwo konkursów - a to plastyczny, a to matematyczny, a to historyczny czy biologiczny. Pytam - interesujesz się historią? Dziecko odpowiada, nie, ale za udział można dostać "6tkę". To pewnie stąd w notowaniach średnich uczniowskich szkoła zajmuje całkiem spore miejsce. Czy to jednak o to chodzi? Uczyłam w tym roku dziewczynkę, 10 lat. Pełna emocji, często skrajnych. O pięknym głosie i wielkim talencie plastycznym. Niestety rodzice nie zgadzają się na ćwiczenie tych zdolności, bo M. ma kiepskie oceny z reszty przedmiotów. Wielka szkoda, bo angielskiego nauczy się przez śpiew, a patrząc na obraz, który dla mnie namalowała nie sądzę, żeby matematyka dała jej największe w życiu szczęście.
 I to po części dzięki temu przykładowi postanowiłam w październiku zacząć nową podyplomówkę - Tutoring Uzdolnień w Edukacji. Brzmi obiecująco. Może uda mi się zdobyć więcej narzędzi, dzięki którym moi uczniowie naprawdę zyskają coś więcej, niż siedzenie w szkolnych ławkach.







Minęło kilka dni. Angina nie odpuszcza. Poprzedni antybiotyk nie działał, dostałam nowy. O 19tej przyjmę pierwszą dawkę. W piątek do kontroli. Ucho boli i zamiast zaaplikować sobie zapisane przez lekarz krople, wsadziłam liść anginki. Niestety na tyle mocno, że utknął mi w uchu i za nic nie chciał wyjść. Im bardziej go wyciągałam, tym on mocniej wchodził w głąb ucha. W końcu dzięki mamie i szczypszykom jubilerskim taty udało się wyciągnąć liść. Do tego wszystkiego brakowało mi jeszcze chirurgicznego usuwania śladów własnej głupoty!

 A oto klucze. Klucze do firmy, w której spędziłam 15 lat swojego dorosłego życia i pierwsze 15 lat mojego życia zawodowego. W piątek 27 czerwca rano otworzyłam ostatni raz drzwi kluczami, wstukałam kod dezaktywujący alarm i zrobiłam porządek po sobie. Zebrało się tego dwa wielkie wory śmieci, karton papieru do recyclingu i z jakieś 4 segregatory materiałów, które może wykorzystam w przyszłości. Po południu klucze przyniosłam i chciałam się pożegnać. Czekała na mnie miła niespodzianka w postaci moich szefów i lektorów, z którymi współpracowałam bardzo blisko od kilku dobrych lat. Na pamiątkę dostałam złoty łańcuszek z serduszkiem, a na nim grawer z Always Love po jednej stronie i D_ _ 2014 po drugiej. Naprawdę miły akcent na zakończenie. Patrzę wstecz na te 15 lat i choć czasami, szczególnie w ostatnich latach zmiany w mojej firmie nie napawały optymistycznie, z wielkim spokojem i satysfakcją mogę powiedzieć, że mój pobyt tam był dla mnie świetny. Poznałam wiele tajników uczenia, mój angielski dzięki ciągłej pracy z nativami nabrał takiej specyficznej lekkości. Przyznam bez bicia, są sytuacje w których łatwiej mi jest się wypowiedzieć w j. angielskim niż polskim. Przez 15 lat pracy, polskiego niewiele się używało w salach, w teacher's roomie czy na zebraniach. Znajomość 3 języków, polskiego, angielskiego i norweskiego daje mi niesamowicie poczucie spokoju i beztroskie, że gdziekolwiek się znajdę, w jakiejkolwiek sytuacji to władam przynajmniej jednym językiem, który ułatwi mi wyjść obronną ręką. Czy znam je perfekcyjnie? Nie. Nawet polskiego nie uważam, żebym znała perfekcyjnie. Cały czas się uczę i cały czas języki są dla mnie ogromną przygodą.
Przez 15 lat pracy w szkole prywatnej doszłam też do takiego wniosku, że takie szkoły jak moja nie powinny istnieć. Tzn na pewno nie w takich ilościach i nie dla uczniów szkół podstawowych czy ponadpodstawowych. Uczymy te nasze biedne dzieci angielskiego już od przedszkola. Powinny więc posługiwać się nim bezproblemowo. Angielskim biegle władają dzieci skandynawskie, dzieci niemieckie i z pewnością innych krajów także. Czy zasługą tego jest wysyłanie dzieci do prywatnych placówek językowych? Nie! Wszystko dzieje się na poziomie szkolnictwa, filmów w oryginale i może częstszym wyjazdom dzieci za granicę. U nas anglista boi się mówić po angielsku, bo dzieci nie zrozumieją i jest ich za dużo w klasie, filmy mają dubbing, który kaleczy i rani moje uszy. Z wyjazdami zagranicę idzie nam lepiej - ale co z tego, skoro wielu boi się odezwać, bo nie daj Boże zasadzi jakiegoś gramatycznego byka. Czy tylko dlatego, oraz dla uspokojenia rodzicielskiego sumienia serwujemy naszym dzieciom mnóstwo dodatkowych godzin poza szkołą celem łatania niedociągnięć właśnie wspomnianej? To jest chore. To polska szkoła powinna załatwiać sprawy edukacji, a wszystko po za nią powinno być czasem wolnym lub czasem przeznaczonym na rozwijanie pasji dzieci, a nie ich rodziców.

Cóż dodać na zakończenie - ustał stosunek pracy z moją dotychczasową firmą, wkrótce zacznę przygodę w prywatnej szkole podstawowej jako lektor w klasach I - III. Najbardziej boję się rodziców i papierologii, którą będzie się ode mnie wymagano. Mam jednak nadzieję, że wymagania te będą poparte zdrowym rozsądkiem. Jeśli uda się zgrać plany szkolne to będę kontynuowała moich informatyków z norweskim. I tak muszę z 3 spotkać się na sesji poprawkowej. Trzeba być naprawdę "geniuszem lenistwa i wagarów", żeby nie zaliczyć języka. Widać jednak i tacy się zdarzają. Może ruszy i 3cia edycja podyplomówki na UG. Będzie, co będzie.

A to ja w 2003, może 2004. Na jednej z imprez firmowych...


















2 komentarze:

  1. To Ty lepiej może poleż spokojnie do tego piątku :))) i grzecznie bierz lekarstwa zapisane przez lekarza.
    Zdrowiej szybko :))
    Judyta
    Nie jestem automatem ..grrr :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Leżę, leżę i się leczę. Ja chcę zdrowieć, coś durny organizm oporny do kooperacji.

      Usuń