wtorek, 5 sierpnia 2014

Graz, Austria - miły przystanek w drodze do Chorwacji.


Autor: Katarzyna Sobańska-Jóźwiak
Tymi oto słowami zakończył naszą chorwacką podróż mój sześciolatek. No tak właściwie to masz rację synku. Ale gdyby nie te nasze małe wojaże, nie byłoby i tęsknoty za domem i świadomości, że jest on tak kochany. Od malucha rodzice ciągali mnie po wczasach zakładowych, potem przyszły kolonie, obozy. Aż w końcu samodzielne wypady z paczką. Po pierwszej klasie liceum, tata koleżanki zabrał nas w Góry Świętokrzyskie. Od tamtej pory jeździliśmy z nim co roku w góry i co roku wbijaliśmy w książeczki PTTK pieczątki ze schronisk. Trochę się z tego naigrywałyśmy i nie chciałyśmy tych książeczek, ale pan Sasin był nieustępliwy. W przededniu każdego wyjazdu wręczał nam książeczkę i pilnował, aby znalazły się w nich pieczątki. Dziękuję Panu za tę  nieustępliwość. Cokolwiek wtedy myślałam, teraz wiem, że nadawało to naszym wyprawom jakiegoś większego znaczenia. W czasie studiów, jeśli pozwalały finanse też jeździłam. Potem już z Tomkiem. Teraz w kwartecie. Jakże mogłabym zaprzestać tych wojaży, zmiany otoczenia, barw, dźwięków, ludzi, zapachów i wszystkich tych innych doznań, które powodują, że po powrocie dom na nowo smakuje, na nowo ożywa i nie jest codziennością.  Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie siedzieć w domu w czasie wakacji. Jest to niewykonalne w moim przypadku i mogłoby spowodować frustrację, której mogłabym nie podołać, bez wakacyjnego naładowania baterii na jesień i zimę. Mam nadzieję, że w przyszłości także i moi chłopcy nie będą wyobrażali sobie roku bez wyjazdu.

Droga do Chorwacji z Gdańska jest strasznie długa i w większości kilometrów po prostu nudna. Autostrady, autostrady, przejścia graniczne. Brno przespałam z rozdziawioną buzią, co Tomek skwapliwie uwiecznił na filmiku stojąc w jakimś korku. Ciekawie zaczęło się robić po minięciu obrzeży Wiednia, w drodze do Grazu.
Pola słoneczników, niewielkie winnice i senne austriackie miasteczka. 

Graz, Austria. Drugi nocleg w drodze na Chorwację. Spaliśmy w A&O Graz Hauptbahnhof 
z booking.com. Hostel, jak to hostel. Bez wygód, ale czysty i blisko od starówki. Z naszymi znudzonymi jazdą chłopakami szliśmy może z 15 minut. Graz to piękne miasto zarówno pod względem architektonicznym (starówka wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO) jak i otoczenia Alp Styryjskich. Nie mogliśmy więc nie pójść na krótki spacer. I choć pogoda nie sprzyjała, popołudnie było już późne, a chłopakom oczy skrzyły do rozsypanych już z dwóch plecaków legusów, wyruszyliśmy. Chłopaki mając do wyboru siedzenie w pokoju lub lody, ku naszej uldze dały się skusić na te ostatnie. Muszę przyznać, że potraktowałam Graz po macoszemu i nie przeczytałam o nim nic. Ot miasto tranzytowe, myślałam, dlatego też wszystkie informacje i nazwy, które teraz umieszczam, nadrabiam na bieżąco dzięki kochanemu wujaszkowi google. Kiedy przekroczyliśmy rzekę Mur, naszym oczom ukazał się Hauptplatz z takimi oto perełkami.
To majestatyczne gmaszysko to nic innego jak Ratusz lub jak kto woli Rathaus. Po środku placu znajduje się fontanna ku czci niejakiego Johanna von Herbersteina. Jej maleńkie fragmenty widoczne są na powyższym zdjęciu - prawa, górna fota i na zdjęciu poniższym - fota pierwsza od prawej.
 Nieświadomi innych perełek w postaci renesansowego Landhausu czy kamienicy o wdzięcznej nazwie Herzoghof minęliśmy przepiękny Luegghaus (to ta kamienica ze Svarovskim, fota poniżej) i idąc w górę uliczką Sporgasse wybrukowaną kocimi łbami, dogodziliśmy sobie lodami kupionymi w jednej z wielu malutkich i jakże słodkich kawiarenek.
Gdyby nie było chłopaków pewnie nie wysupłalibyśmy tych € 15. Będąc z nimi nie mieliśmy jednak wyjścia, orzekli bowiem, iż dalej nie zrobią ani jednego kroku jeśli natychmiast nie dostaną lodów. 
Pokrzepieni pysznymi lodami, ruszyliśmy dalej. 

Naszą uwagę zwróciła duża wieża zegara (teraz wiem, że nazywa się Uhrturm). Idąc ku niej doszliśmy do Wzgórza Zamkowego, Schlossberg. Wzgórze ma nieco ponad 470 m.n.p. Pierwsze wzmianki o tej fortyfikacji pochodzą z X w. Swój ostateczny wygląd zyskała w XVI w. dzięki architektom włoskim. Z tego co podczytuję na necie, Schlossberg nigdy nie był zdobyty, choć został mocno pokiereszowany przez wojska napoleońskie na początku XIX w. Można tam dotrzeć na 4 sposoby - windą, kolejką, alejkami w parku lub 260 schodami zbudowanymi przez jeńców w czasie I wojny światowej. Przekonaliśmy się o tym będąc już na górze. Weszliśmy alejkami, zeszliśmy schodami. Niewątpliwym plusem Schlossbergu jest rozciągająca się z niego panorama na Graz i Alpy Styryjskie. Poniżej zamieszczam zdjęcia z co ciekawszymi ujęciami. Powietrze nie było przejrzyste, więc ostrość pozostawiała pewien niedosyt. Wyobrażam sobie jak muszą prezentować się widoki przy czystym niebie.
Poza piękną panoramą zachwyciły mnie wspomniane wcześniej schody. Zbudowane są chyba po najbardziej stromej części wzgórza, które wprawni austriaccy ogrodnicy przeistoczyli w cudowny ogród. Kwiatów, krzaków, krzaczków bez liku. Ławeczki, zakamarki, cuda wianki i przebieranki - muszę przyznać, że nastroiło mnie to dość romantycznie.
Chłopakom też udzielił się po części ten nastrój, gdyż stwierdzili, żem ja to księżniczka, oni moi obrońcy, a Tomek to niecny smok, czyhający na me życie, o cnocie nie wspomnę. Zauważyłam, że nasi chłopcy muszą mieć jakiś motyw przewodni, który mogą zamienić w zabawę podczas włóczęg po miejscach mniej lub bardziej historycznych, bądź okolicznościach przyrody. Mają wtedy o wiele więcej siły, bardziej przeżywają owe miejsca, pamiętają. To buduje i jest genialnym kontrargumentem do twierdzenia moich teściów, którzy negują sens podróżowania w ogóle, a z dziećmi w szczególności. 

Po zejściu ze Schlossbergu mogliśmy nacieszyć się jeszcze kilkoma urokliwymi miejscami, których nie omieszkałam uwiecznić na zdjęciach. 

Niestety jak to w każdym mieście o zabytkowej architekturze musi pojawić się jakiś nowoczesny maszkaron. W Graz widzieliśmy dwa: budynek w kształcie UFO lub jak kto woli wątroby, zwany oficjalnie Kunsthaus i dziwnego kształtu most na rzece. 
Możliwe, że to innowacyjna wizja artystyczna, tchnąca w stare mury futurystyczny powiew, ale ja, zatwardziała tradycjonalistka mówię - mi się to nie podoba. I nie wstydzę się przyznać, że moja tolerancja awangardy plastycznej zakończyła się na Marcu Chagallu. Sfotografowane przeze mnie buty też są swoistym przykładem awangardy choć obuwniczej. Droga wiodąca ze starówki do naszego hostelu była dość specyficzna - pełna sklepów komisów prowadzonych przez Hindusów, Turków i inne nacje, których korzenie raczej nie biorą się z Europy. Żałuję, że nie porobiłam zdjęć ubrań...stanik nabijany ćwiekami to było coś!

A następnego dnia mieliśmy dotrzeć do Chorwacji.




6 komentarzy:

  1. Doczytam jutro, bo oczy mi się zamykają same. Piękne zdjęcia :) Wróciliśmy dziś do Szczecina stąd milczenie długie. Dobrej nocy Judyta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że trochę odpoczniesz w Szczecinie. Czy od razu wracacie do domu?
      Klem. Szczególnie dla Tomka i jego biednej nogi.

      Usuń
  2. Wczoraj wróciliśmy do domu. To był męczący urlop. :) Teraz czas na odpoczynek :) Tak, wszędzie dobrze ale w domu najlepiej. Ściskam i pozdrawiam. Teraz już będę bardziej dostępna :)
    Judyta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę. Bo stęskniłam się za naszymi rozmowami :)
      Miłego weekendu, E.

      Usuń
  3. Boszeeee, etapy ?? A my glupoel gnalismy na leb na szyje 28 godzin nin stop :-( . Czekam na dalsze opowiesci :-) . Tez zaczelam pisac maly skrot oststnich dwoch miesiecy mojego niebytu na blogu, ale na razie ,, na brudno '' bo mam ciagly ,, niedoczas '' . Buzka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiesz z dzieciarnią to nie dalibyśmy rady. Choć podobno są tacy rodzice co lubią hard core. Ja też płodzę i płodzę moje wypociny. Chorwacji boję się ruszać, tyle z niej zdjęć...

      Usuń