wtorek, 26 sierpnia 2014

Chorwacja 2014 - Rastoke (Slunj) i Jeziora Plitvickie.

Pożegnawszy rankiem Graz, pomknęliśmy autostradami Austrii i Słowenii ku Chorwacji. Słońce nabierało mocy, temperatura rosła. Muszę tutaj nadmienić, że droga przez Słowenię miała ok 60 km i było to najdroższe 60 km, którym kiedykolwiek jechałam. Najkrótsza, czyli 10dniowa winieta kosztuje €10. Niemniej jednak strasznie mnie ten fragment trasy zauroczył. W każdym razie na tyle, by poczuć chęć odwiedzenia tego kraju w jakiejś przyszłości. Większość ludzi pieje Chorwacja, Chorwacja, Chorwacja, a całkiem możliwe, że dużo bliżej Polski znajduje się równie urokliwy i o wiele bardziej egzotyczny kraj.

Po przekroczeniu granicy słoweńsko - chorwackiej, gdzie ku naszemu zdziwieniu kontrolowali nas zarówno Słoweńcy jak i Chorwaci i zjechaniu z autostrady, wjechaliśmy na lokalne drogi Chorwacji, a dokładnie regionu Kordun. Z racji łagodnego klimatu, widoki rozpościerające się za oknami samochodu nie były jakoś specjalnie porywające. Chyba nawet bąknęłam, że trochę tak jak na polskiej wsi. Z drugiej jednak strony zaintrygowała nas naprawdę duża liczba opuszczonych, poniszczonych domów i pozostawionych gdzieś w polu starych pojazdów wojskowych. Czyżby to jakieś pozostałości powojenne? Sięgam po wujaszka google i widzę, że w latach 1991 - 1995 to właśnie tam toczyły się walki między Chorwatami i Serbami. To było tak niedawno...
Nasz wybór noclegowy padł na Kamp Turist GRABOVAC w miejscowości Rakovica. Pod względem jakości nie odbiegał od kempingów norweskich i był dla nas świetną bazą wypadową zarówno do Jezior Plitvickich jak i Rastoke (Osada Młynarzy) i jaskiń Barać, które jednak pozostały tylko w sferze planów. Po rozbiciu namiotu, posileniu się pulpetami produkcji Winiary i o dziwo słodkawymi bułeczkami chorwackimi ruszyliśmy ku osławionym młynom w Rastoke. Miejsce, w którym położona jest wioska to skrzyżowanie rzek Slunjčice i Korana, tworzących liczne wodospady i wodospadziki. Kiedyś wykorzystywane do uruchamiania młynów, teraz są atrakcją dla turystów. Rastoke, oraz jak się okazało także i Plitvickie zawdzięczają swój wygląd zjawiskom krasowym, którym podlegają od tysięcy lat znajdujące się tam skały wapienne. Woda rozpuszcza węglan wapnia w skałach, tworzą się tzw.  progi trawertynowe lub jak kto woli tufy. Do rozwoju tuf przyczyniają się też jakieś formacje roślinne. Co ciekawe opisanie tego zjawiska zawdzięczamy właśnie Chorwatowi, prof. Ivo Pevalkovi. Sądząc po wyglądzie wodospadów Krka, krasowienie i tam dotarło. Mogę się jednakże mylić, gdyż tak naprawdę niewiele wiem o geologii.

Okoliczności przyrody i sposób w jaki wpasowali się w nią ludzie są zjawiskowe. Roślinność Rastoke wzbudza wspomnienia z dawnych lat, kiedy to wywiozło nas, jeszcze bezdzietnie do Raju Słowackiego. Krystalicznie czysta rzeka leniwie płynie dość wąskim korytem po to tylko by za chwilę wielkim hukiem i spienieniem spaść z mniejszego lub większego wodospadu.  Przejrzystość wody jest tak ogromna, że można liczyć okruchy piachu na dnie.

Pomiędzy, na lądzie urokliwe domostwa. Kamienne, smolone lub bielone ściany mocno kontrastują z soczystą zielenią traw i liści, czerwienią pelargonii i intensywnością barw innego kwiecia. Niestety w większości są to malutkie pensjonaty i jeśli nie jesteś gościem nie wolno wchodzić na posesje. Tym samym pozbawia to nas możliwości przechadzania się po kładkach i kładeczkach łączących to co woda rozdzieliła. Chodzimy więc utartymi szlakami, zaglądając ciekawie na podwórka, w okna czy otwarte drzwi. Na ławeczkach siedzą właściciele posesji, z lekka znudzeni, milczący. Wydaje się, że też nas obserwują, ale bez zachwytu w oczach. Trudni się im chyba dziwić...Dochodzimy do restauracji "Petro", ceny odstraszają. To jakiś mit, że Norwegia jest droga, Chorwacja jest niewiele tańsza. Z ciężkim sercem odchodzimy, by po chwili wrócić w trybie przyspieszonym. Lunęło deszczem i rozpętała się burza. Ceny już nie straszne, na krótką chwilę cieszymy oczy widokami od środka.
Burza towarzyszyła nam cały wieczór, choć musiała być dość daleko od nas. Grzmoty rozlewały się po niebie, pioruny widzieliśmy w postaci płomiennych łun. 
Niebo nad naszym namiotem.
 Pokapało trochę deszczem. Muszę przyznać, że  się go obawiałam trochę. Jednak i tym razem nie dane nam było dowiedzieć się czy nasza rodzinna Quechua jest przemakalna, czy nie. Nie dlatego, że nie padało. Pod koniec naszego pobytu w Chorwacji jak zaczęło lać, to już nie chciało przestać, ale wszystko po kolei. Teraz pora na Plitvickie. 

Jeziora Plitvickie jakie są każdy, wie. Piękne. To stały punkt wojaży po tym kraju i pewnie niewiele osób tam nie zajeżdża. Świadomość tego, oraz fakt, że lipiec jest z reguły najludniejszym pod względem turystów miesiącem nie napawał nas optymistycznie. Wczesnym rankiem, kiedy tylko otworzono podwoje Parku Narodowego stanęliśmy przed Ułaz 2 (t.j. Wejście nr 2) i bynajmniej nie byliśmy pierwszymi gośćmi. Do wyboru jest kilka tras, krótszych i dłuższych. My planowaliśmy spędzić tam cały dzień, więc wybraliśmy drugą co do długości trasę H. Wagoniki ciągnięte przez niezniszczalne UNIMOGI zawiozły nas krętą leśną drogą do St 3. Stamtąd już na nogach wyruszyliśmy przez część Parku zwaną Gornja Jezera. Szliśmy z góry na dół, tak jak lała się woda między 16 jeziorami. Przy jeziorkach znajdują się tabliczki z informacją o wysokości na jakiej się znajdujemy. 
Woda wydaje się być wszędzie. Płynie między drzewami, mchami, wdziera w każdą szczelinę. Głaszcze długie trawy. Wypływa spod wielkich liści łopianu. Szemrze, szumi, pieni się, zwala hukiem. Zmaga się z wszechobecną roślinnością. Niby chciałaby ją zalać, a równocześnie jest jej największym sprzymierzeńcem, dając jej siły do nieokiełznanego rozrodu. 
Nasz pierwszy piknik był przy Galovacki Buk (buk = wodospad) Siedzieliśmy sobie u stóp wodospadu na drewnianym mostku. Pod naszymi pupami buszowały leśne myszki, nic a nic się nas nie bojąc. Chłopaki bardzo ich wypatrywali i oczywiście nie omieszkali dokarmiać, choć początkowo spotkało się to z oburzeniem Filipa. Zakaz dokarmiania zwierząt. W stosunku do ryb byliśmy jednak nieugięci.

Spacer upływał w miłej atmosferze, pogoda dopisywała. Na ściekach wciąż stosunkowo mało turystów, trochę Polaków, więcej Japończyków. Przeuroczy ludzie. Dyskretni, mili, życzliwi i nie wiedzieć czemu ubrani od stóp do głów, jakby temperatura była kilkustopniowa, a nie oscylowała w pobliżu dwudziestej kreski. Muszę przyznać, że miło było patrzeć na zachwyt jaki malował się na ich twarzach. Chłopaki wciąż dzielnie maszerowali. Wojtek usiłował patykami łowić ryby. Filip zaopatrzony w karabin z kija był na akcji. Tomkowi przypadła rola zwiadowcy, ja kryłam tyły. Wyszukiwałam śmiesznie wyglądające drzewa. Wypatrywaliśmy myszek. Coś się działo. Chłopaki nie miały czasu się nudzić. Nasi znajomi, kiedy wyjeżdżają z dziećmi mówią, że to koszmar i męczarnia. Dzieciaki się nudzą, nie chcą zwiedzać, nic ich nie interesuje. A czemu się tu dziwić? Samo łażenie po lesie jest nudne. Nie oczekujmy, że kilkulatek sam z siebie zachwyci się zielenią liścia, czy odbiciem chmury w lustrze wody i razem z tobą będzie kontemplował przyrodę czy zachwycał się zabytkami. Wystarczy jednak odrobina zachęty z naszej strony, większe zaangażowanie dzieci w spacer i wspólna zabawa. Pozwolenie na podejmowanie wyborów, szukanie znaków, wygodniejszej drogi, czy obiecana nagroda. Kiedy czujemy nadchodzący kryzys, mówimy naszym chłopakom - idziemy do punktu A, kiedy znajdziecie punkt B robimy piknik, albo przy punkcie C będzie pora na energetyczny zastrzyk w postaci jakiegoś smakołyka. Czasami wystarczy hasło kto pierwszy do XY, a czasami opowieść. Z racji wodnego charakteru okolic, tym razem było o Wodniku Szuwarku, o rusałkach i innych magicznych stworach. Podsycajmy ciekawość naszych dzieci i odpowiadajmy na ich pytania. Co więcej niech nasze odpowiedzi prowokują dzieci do stawiania kolejnych pytań. Już wcześniej wspominałam o tym, ale powtórzę po raz kolejny - nadanie sensu naszemu spacerowi ma ogromne znaczenie dla dziecka i ułatwia miłe spędzenie czasu. 
W naszym przypadku nagrodą  był rejs po Kozjaku, największym z Plitvickich Jezior. Jezioro to stanowi swoistą granicę między Gornja, a Donja Jezera. Po dotarciu do brzegu, zrobiliśmy sobie dłuższy postój na odpoczynek na polanie, niestety pełnej ludzi. Świeżo parzona kawka, kanapki z pasztetem z puszki. A na koniec lody - chorwackie lody są przepyszne.
  Od momentu owej polany, zaczęły się tłumy turystów i grup zorganizowanych. Napierali na nas z naprzeciwka, gdyż większość turystów zaczyna wycieczkę po Plitvickich wchodząc przez Ułaz 1. Już nie było tak miło, ale dawaliśmy radę. Kulminacją tłumów był oczywiście Veliki Slap, najwyższy wodospad Parku, spadający kaskadą z wysokości 78 m.
Z reguły potrafię odseparować się od tłumów i kontemplować miejsce bez względu na liczbę ludu koło mnie. Tym razem miałam problemy. Kolonijne stada znudzonej i zblazowanej młodzieży wszelakiej nacji. Wyciągnięte ręce z komórką w dłoni, gotowe do robienia "selfie". Klik, już na FB. Jestem, zaistniałem, likeIt. Być odłączonym od sieci to chyba ich najgorszy koszmar i problem natury egzystencjonalnej. Wyprane z inteligencji twarze pokolenia wychowanego na MTV. Plastikowo-androgyniczne  zachowanie chłopaków. Plastikowo-wyuzdane zachowanie dziewczyn. Tłumaczę sobie teraz, że musiała się nam wtedy trafić jakaś wyjątkowo nieudana grupa, że większość młodzieży jest inna.

Po chwili otrząsnęłam się. Zrzuciłam z siebie uczucie wstrętu i zawodu. Plitvickie były zbyt piękne, poza tym Filip domagał się legendy o wodospadzie i młodym chłopaku. Przeczytałam ją przy okazji zwiedzania Rastoke. Musiałam ją mocno podkoloryzować, gdyż jej pierwotna wersja, przeczytana z tabliczki mocno Filipa rozczarowała. 

Legenda o Radku i Marice.
Dawno, dawno temu żył w pobliskiej wsi młody chłopak o imieniu Radko. Był najprzystojniejszym i najmilszym chłopakiem w całej okolicy. Pracowity, odważny. Każda panna wzdychała do niego i w cichości serca marzyła o poślubieniu go. Radko oddał jednak swe serce córce młynarza, Marice. Niestety, Marika tak jak była piękna, była i zła. Kiedy Radko przynosił jej kwiaty własnoręcznie zerwane, ta rzucała je krowom i kozom do koryt. Kiedy Radko śpiewał tęskne ballady, Marika wyśmiewała go wniebogłosy i głośno krzyczała, że jej stary kogut ma przyjemniejszy głos. Kiedy Radko znosił dla Mariki najdorodniejsze jagody, maliny i śliwy, ta biorąc je do ust, wypluwała z obrzydzeniem, krzycząc że jeszcze nigdy, ale to nigdy nie jadła różnie obrzydliwych owoców. Kiedy Radko przynosił jej własnoręcznie wystrugane w drewnie zwierzątka, Marika albo je deptała, albo wrzucała do ognia na spalenie. Cokolwiek Radko robił, Marika to niszczyła i wyśmiewała, ale chłopak kochał ją dalej miłością gorącą i czystą. Mijały miesiące, mijały lata. Radko nie tracił nadziei, że Marika go pokocha. Moja miłość do Mariki roztopi swym żarem jej lodowate serce, tak jak wiosenne słońce roztapia skute lodem wody Korany, mawiał. Niestety wszelkie przejawy uczucia Radka względem Mariki, spotykały się z jej wielką pogardą i wyśmianiem. Dlatego też pewnego dnia pękło z rozpaczy serce Radka, gdyż stracił nadzieję na miłość Mariki. Wszedł na szczyt Velikiego Slapu i runął w dół. Łaskawe wody przyjęły młodzieńca w swe objęcia na wieki. W tym samym momencie Marika poczuła dziwne ukłucie w sercu. Po chwili ogromna fala gorąca przeszła jej ciało. Spadło zaklęcie zazdrosnej wiedźmy z Czarowej Góry, która wiele lat temu rzuciwszy na Marikę klątwę zamieniła jej serce w bezlitosny kamień. I przypomniała sobie dziewczyna o pięknym, zakochanym Radku. W uszach dźwięczały jego ballady, pokój wypełnił się zapachem kwiecia. Chciała biec do niego, wyznać swą miłość. Nogi same zaprowadziły ją do stóp wodospadu. Usiadła na jego skraju. Nagle usłyszała przejmujący śpiew. Poznała piękny głos Radka. I choć huk spadającej wody zagłuszał słowa, Marika słyszała o czym była pieśń. Zapłakała rzewnymi, najszczerszymi łzami. Zapłakała nad ukochanym Radkiem, zapłakała nad swą niedolą. Skoczę za mym ukochanym, pomyślała. Wtedy jednak zobaczyła pięknego anioła siedzącego obok. Ręką wskazał na wschód. Stał tam klasztor żeński. Marika złożyła śluby zakonne i do końca swojego życia modliła się do Boga o życie wieczne dla Radka. Pomagała ludziom, szczególnie tym, którzy problemy sercowe mieli. Łączyła zakochanych, godziła skłóconych małżonków. Każdy komu serce z miłości nieszczęśliwej dokuczało, przychodził do siostry Mariki. Starego czy młodego, bogatego czy biednego, mniej lub bardziej urodziwego, każdego ratowała szczęśliwie z sercowej opresji. Legenda mówi, że gdy nocą świeci srebrzysty księżyc i odbija swe światło w wodach Jezior Plitvickich, można usłyszeć wśród szumu wody wspaniały śpiew mężczyzny i kobiety. Słodka, przepełniona miłością melodia wypełnia ciszę nocną. To znak, że choć Radko i Marika nie zjednoczyli się w swej miłości za życia, dobry Bóg pobłogosławił im po śmierci. 

Ostatni etap naszej wycieczki to klasyczne, znane ze zdjęć i widokówek Jeziora widziane z góry. Można dostrzec ich piękno z nieco innej perspektywy. Potem znowu UNIMOGI i powrót na pole namiotowe. Następnego dnia mieliśmy ruszyć ku Primošten, doświadczyć klimatycznego szoku. A moja osoba miała mieć wielkiego focha.



Wyprawa do Jezior Plitvickich wyczerpała nas. Wojtek padł jak kawka w aucie, a potem spał jeszcze przed namiotem. A było to dopiero preludium do wysiłku i zmęczenia czekającego nas na południu Chorwacji. Jednakże warto było!





 







 

















3 komentarze:

  1. A my właśnie w Chorwacji jesteśmy a zaczęliśmy od Słowenii. Piękne zdjęcia i widać, że intensywnie spędzacie czas wakacyjny. To lubimy! Pozdrawiamy serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję. I nie kryję, że zazdroszczę. Podejrzewam, że Chorwacja o tej porze jest dużo fajniejsza niż w lipcu. Ale cóż, z racji miejsc pracy nasze wakacje po prostu muszą się pokrywać z tymi szkolnymi. Najważniejsze jednak, że są! Bawcie się dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie - ważne, że są :) Myślę, że nie jest już tak tłocznie w Chorwacji. No i pogoda może płatać figle. Nam dała dwa dni odpoczynku od słońca ;)

    OdpowiedzUsuń