czwartek, 21 sierpnia 2014

Zatrzymując lato wspomnieniami

Czuć jesień. Nie ma co owijać w bawełnę. Czuć ją w nocnym zimnym powietrzu. Dzień wciąż piękny i słoneczny, a noce zimne. Wstałam dziś o świcie. Wilgotna od deszczu i rosy ziemia nie parowała już tak dusząco jak jeszcze kilka dni temu. Wionęło od niej chłodem, choć czuć było świeżość wciąż zielonej trawy. W poniedziałek widziałam około 15 bocianów szybujących nad moim osiedlem. Jeszcze 10 dni i pójdę do pracy, moje dziecko do szkolnej zerówki. 3/4 z wyprawki kupione, łącznie z podręcznikami. Co z tego panie Tusk żeś rzucił nędznymi groszami na podręcznik dla pierwszoklasistów. A co z innymi rocznikami? Zerówkowicze nie są nawet pełnoprawnymi uczniami. Nie dostaną legitymacji. Ot mała pierdółka, ale jadąc pociągiem ma tylko 30% zniżki. Za rok dadzą mu 50%. Gdybym w tym roku wysłała Filipa do szkoły, miałby 50%. Z drugiej jednak strony wylądowałby może w klasie I L z panią, która ostatnie dwadzieścia kilka lat spędziła w bibliotece. Nawet ja ją pamiętam, a podstawówkę skończyłam w 1989r... Dyrekcja w akcie desperacji zwerbowała panią bibliotekarkę o wiecznie skwaszonej minie. Nie jest łatwo znaleźć 12 nauczycielek nauczania początkowego dla 12 klas pierwszych...

Miałam jednak zatrzymywać lato wspomnieniami...niedziela, trzeciego sierpnia. Wciąż tyle cudownie wolnego czasu zanim skończą się wakacje...Upał. Znajomi mają ostatni wspólny weekend. Pakujemy się naszą czwórką do Passata, oni swoją trójką do Peugeota i jedziemy w kierunku Sobieszewa. 4 godziny przyjemnego baraszkowania wśród piasków i fal Bałtyku. Plaże trójmiejskie pełne turystów. Setki, tysiące turystów walczących o każdy milimetr piasku. Sobieszewo zaprasza swą szeroką plażą, obfitością miejsca dla każdego. Niestety nie ma żadnych fotek, aparaty zostały w autach. W sumie może to i lepiej...jeszcze wyszłoby na jaw jakie to z nas "foczki"..

Z Sobieszewa pojechaliśmy dalej, ku przeprawie promowej w Świbnie. Szybki lunch w Stegnie. Żałuję, że nie pamiętam nazwy restauracji. Pyszna ryba z pieca dla mnie i tradycyjne kotlety, bądź gyros dla reszty. Mieszkają nad morzem, ale do ryb ich nijak nie ciągnie. Niech żałują.

Stegna jakoś nie pociągała do dłuższego spędzenia czasu, więc ruszyliśmy ku Krynicy Morskiej. Tłumy, tłumy, tłumy i jeszcze raz tumy ludzi spędzonych w jedno miejsce. Tego dnia był akurat koncert Polskiego Radia. Podejrzewam, że było to wielkie wydarzenie w tej dziurze, stąd te tłumy. Przypominało paskudne Władysławowo, czy tym podobne miejscowości na Półwyspie Helskim. Zatłoczone, przetłoczone. Zaśmiecone i pełne prowizorycznych bud z pamiątkami, niekoniecznie znad polskiego morza. Jedynym miejscem, które nam przypadło do gustu to latarnia morska. Zbliżała się 18-ta, czuliśmy nieodpartą chęć ucieczki z Krynicy. Krzysiek rzucił hasło "a może jeszcze jedna kąpiel?" Żeńska część wycieczki przyjęła to bez entuzjazmu. Słońce szykowało się do zachodu, wiał wiatr, upał ochłódł. Z drugiej jednak strony, kto wie ile
potrwają jeszcze upały... Zeszliśmy więc do plaży zmyślą, że kąpią się już tylko faceci. Ale morze skusiło i małych i dużych...



Po kąpieli w morskich pianach, czekał na nas deser w Sztutowie. Wszyscy chcieli lody, ja szarlotkę na ciepło z bitą śmietaną. A potem wszyscy już chcieli MOJĄ szarlotkę

Po raz pierwszy w życiu widziałam zachód słońca nad naszym Bałtykiem. Od naszej trójmiejskiej strony są bowiem tylko wschody. I niech mi ktoś powie, że podróże nie kształcą...Małe czy duże, odległe czy bliskie. Już za miedzą czeka na człowieka niespodzianka. 
A pewnego poniedziałkowego poranka było tak...

15 sierpnia - Dzień Wojska Polskiego i jak oznajmił Filip, Matki Boskiej Zielonej.


A w ostatnią niedzielę Jarmarku św. Dominika...gdy dzieci nocowały u dziadków...

CDN...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz