czwartek, 12 lutego 2015

Chorwacja 2014 - pierwsze dni w Dalmacji.

Rankiem ruszyliśmy ku osławionej wszerz i wzdłuż Dalmacji. Zrobiło się bardziej sucho, surowiej i coś jakby płowiej. Oczywiście nie dotyczyło to przecudnie błękitnego nieba i pojawiającego się co jakiś czas między górami Adriatyku.  Chorwackie tunele obudziły w nas wspomnienia z zeszłorocznych wakacji w Norwegii. Kiedy przejechaliśmy prawie sześciokilometrowy tunel o nazwie Sveti Rok (Święty Roch, a nie żaden Święty Rok, jak myślałam) widoki urzekły. Velebickie góry kusiły swym majestatem i ze smutkiem pomyślałam, że tym razem niestety będę musiała obejść się smakiem, że przed nami raczej morskie atrakcje niż górskie szlaki.

Wystarczyło jednak wyjście na zewnątrz i wiedziałam, że moja miłość do gór przerodziłaby się w nienawiść, gdybym miast wodnych szlaków, przyszło mi przemierzać w tym upale góry. Żar buchnął w nas z impetem. Gorąco i siła wiatru cofnęła mnie instynktownie do schłodzonego miło auta, gdzie panowała temperatura 24 może stopni. Na zewnątrz termometr wskazywał 36. Wyszliśmy. Wiatr z lekka parzył, ale skóra wkrótce przyzwyczaiła się do nowej sytuacji, choć pociliśmy się masakrycznie. Nawet Filip, który należy do ciepłolubnych. Najgorzej chorwackie upały znosił Wojtek. Naprawdę żal było nam patrzeć na jego wiecznie spocone włoski, pałające poliki i otwarte usta łapiące powietrze. Nawet teraz, kiedy za oknem jesień* w pełni, jemu wciąż ciepło.

Nocleg zabookowaliśmy na Camping Tomas w miejscowości Grebaštica k. Primošten. Mały, kameralny. Przywitał nas przemiły Chorwat i zaproponował obszerną parcelę (ostatnią wolną) ocienioną rozłożystą sosną. Mieliśmy nawet własną malutką oliwkę i piękny widok na Adriatyk. Zapowiadało się wspaniale...W krótkim jednak czasie okazało się, że sosnę zamieszkiwały tryliony mrówek (na szczęście mieliśmy ze sobą jakiegoś odstraszacza na mrówki). W łazienkach gnieździły się owadziska wszelakiej maści - nie, nie karaluchy. Było czysto, ot tałatajstwo z dworu właziło. Plaża malusieńka. Dzieciaki nie mogły za bardzo wchodzić do wody, bo zaraz był ostry spadek. Do tego przybrzeżne kamloty oblepiały kolczatki. Jaka ja byłam wściekła. Lazur wody zaprasza do kąpieli, a ja muszę obejść się smakiem. Mrówki szybko opanowały mniejszą komorę przedsionka, która służyła nam za kuchnię i magazyn. A na sam koniec ktoś włączył te cholerne cykady. Miałam wrażenie, że jesteśmy otoczeni przez diabelskich muzyków, których jedynym celem w życiu było doprowadzenie mnie do szału! Nie ma co - pobyt w Dalmacji rozpoczął się koszmarnie. Wściekła, rozgoryczona, spocona i na granicy histerii zażądałam natychmiastowego wyjazdu z kempingu w poszukiwaniu innego, lepszego. Do tego chciałam się cholera w końcu wykąpać! Nie po to jechałam ponad tysiąc kilometrów, żeby moczyć nogi na brzegu. Tomek wiedział, że nie należy drażnić rozbuchanej niczym byk żony i po zjedzeniu pulpetów marki Winiary, zabrał nas wszystkich ku lepszemu światu. Po drodze zobaczyliśmy dobrze wyglądający kemping Adriatiq (uwaga! MOLOCH!), do którego mieliśmy zajechać w drodze powrotnej. 
 Dojechaliśmy do centrum Primošten. Pięknie, pięknie. Palmy, żywopłoty z lawendy i rozmarynu, kaskadami spływające po białych ścianach bugenwile. 
W końcu mogę zanurzyć się w Adriatyku. Ciepły i kojący, rozluźnił moje spięte mięśnie. Poczułam wakacje, ten luz i czekającą za rogiem przygodę. Woda i unoszące się w powietrzu olejki eteryczne lawendy, ziół, sosen, oleandrów i innych kwiatów zrobiły swoje. Byłam już obłaskawiona. Słońce powoli zachodziło, morze lekko podnosiło swój poziom zabierając powoli plażę spod naszych pup. Było dobrze. Błogo. Tak, wakacje zaczęły się na dobre. Zostaliśmy też na naszym pierwotnym kempingu i z całego serca go polecamy. Zresztą mając takie widoki o zachodzie słońca, czyż można było chcieć więcej?

Na zakończenie napiszę kilka słów o samym Primošten. W ramach odpoczynku między wycieczkami, zrobiliśmy sobie dzień plażowy. Na plaży zameldowaliśmy się już ok. 8mej, więc ominęły nas przez dobrych kilka godzin tłumy turystów. Kiedy jednak zaczęło się koło nas robić ciasno, tudzież znudziło nas nasłoneczne wytapianie tłuszczyku przerywane  kąpielą w solance, ruszyliśmy na zwiedzanie tego piętnastowiecznego miasteczka. Szliśmy ot tak sobie, mimochodem. Nie obeszliśmy całej wysepki - upał bardzo doskwierał Wojtkowi, a my nie mieliśmy siły nosić go na rękach. Niemniej jednak udało się nam zobaczyć takie oto cudeńka. 

Wróciliśmy na kemping w środku dnia, a jak na poniższym zdjęciu widać co poniektórych zmogło. Po dłuższej drzemce i zjedzeniu lekko podgrzanych gołąbków marki Winiary ruszyliśmy do Šibenika, o którym nie wiedzieliśmy nic, poza tym, że jest wart zobaczenia. 
Szliśmy sycąc nasze oczy uliczkami, zaułkami, bielą, zielenią, szarością i niebieskim. Były też lody, duże, pyszne lody. Czy ja już pisałam, że lody w Chorwacji są przepyszne? Pisałam, to napiszę jeszcze raz! Sladoled je ukusan u Hrvatskoj!!!

Uliczki i budynki Šibenika są bardzo stare i bardzo zaniedbane.
A tu dziura w ścianie, a to odłamanie, obłupanie, a to coś wyrasta ze ściany. Mało reprezentacyjne w porównaniu dajmy na to z pięknie odrestaurowanym Gdańskiem. Myślę, że bliżej Šibenikowi z wyglądu do ul. Łąkowej, Oruni czy Biskupiej Górki (stare, piękne, niestety zniszczone i dość niebezpieczne dzielnice Gdańska). Niemniej jednak te wszystkie mankamenty dodawały tylko Šibenikowi romantycznego uroku. Jak to jest, że kiedy niechlujstwo i zniszczone wioseczki na Zakynthos, podupadające budynki Šibenika, Zadaru i Splitu wzbudzają w nas zachwyt, to samo w polskich miastach nas odstręcza. 

Idąc ku Twierdzy św Michała, lub jak niektórzy mówią Twierdzy św. Anny napotkaliśmy na Średniowieczny Ogród pełen kwiatów i ziół.
Jak wyjaśniła miła Chorwatka, nawet kwiaty, które my hodujemy tylko z powodów estetycznych, miały swój udział w ziołolecznictwie. Wspomniała m.in o jednym krzaku, który hodowany był tylko w zakonach męskich, gdyż uspokajał i zmniejszał popęd seksualny u braciszków. Był jednak zakazany w klasztorach żeńskich, gdyż właściwości owego krzaka miały diametralnie inne skutki na mniszkach. A ja głupia zapomniałam nazwy owego ziołowego afrodyzjaku dla kobiet. 
Wyżej wspomniana twierdza jest ciekawa dla dzieci gdyż można biegać, skakać, chować się w jej zakamarkach i oczywiście żądać od rodziców bajek o duchach tego zamku. Dla nas dorosłych jest interesująca, gdyż jest romantycznie i ten widok zapierający dech w piersiach na cały Šibenik.

 Idąc do twierdzy, zwróciłam szczególną uwagę na stary cmentarz, przyklejony jakby do Twierdzy. Chciałam koniecznie do niego wrócić, ale niestety była już 20.45, a cały kompleks zamykano o 21. Przelecieliśmy przez twierdzę w tempie ekspresowym, żeby nie przedłużać i tak długiego dnia dla pracowników muzeum. Wychodząc na kilka minut przed 21.00, zauważyłam kilku turystów domagających się wpuszczenia za bramy. Z pewnością nie będzie trudno odgadnąć narodowości owych turystów...
Wieczór zapadał,  kierowaliśmy się niespiesznie ku zaparkowanemu autu. I tak, mając więcej szczęścia niż rozumu dotarliśmy do placu na którym piętrzyła się dumnie ku górze katedra św. Jakuba. Niestety miast podziwiać jej wyjątkową budowę, zachwyciliśmy się muzyką i feerią świateł - zaczął się właśnie koncert salsy! Oszałamiające! Niestety nie potańczyłam za dużo - z moich trzech facetów tylko jeden z nich wyraził chęć i był to ten najmłodszy! Starszy zaś cierpiał, a najstarszy??? A któż go tam wie!
video

 Następny dzień przywitał nas słońcem i upałem, że o cykadach nie wspomnę.
Jak dobrze, że te cholerstwa spały w tych samych godzinach co ludzie. Tego dnia pomknęliśmy do Splitu, a stamtąd promem na wyspę Brač, a raczej jej niewielki fragment, miejscowość Supetar.
 
















*Jaka jesień....toć już zima. To chyba najdłużej pisany przeze mnie post. Ale Wojtkowi nadal ciepło.

3 komentarze:

  1. Piękne miejsca :) Uściski. Judyta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj piękne. Szczególnie teraz, kiedy za oknem mglisto i zgnilnie, słońce z wakacyjnych wspomnień jest wielce pożądane! Choć wczoraj mieliśmy najprawdziwszą wiosnę! Klem og kyss.

      Usuń
  2. Az mi sie cieplej zribilo, ba az polecialam do lustra sprawdzic czy moze i przy okazji ja sie troche opalilam hahaha. Piekne zdjecia, piekne miejsca . ja juz chce wakacji !! jedziecie w tym roku tez do Cro ? My wlasnie rezerwujemy cos i wybieramy sie w to samo miejsce co rok temu-ale tym razem z wnuczkami. Tezsie boje, ze mlodsza bedzie bardzo zmeczona sloncem, boje sie ze sie popaza sloncem, ale..... trzeba je w koncu zabrac gdzies w ciplejsze miejsca. Pozdrawiam Ania

    OdpowiedzUsuń