piątek, 6 maja 2016

Poanginowy Park Słowiński zamiast Warszawy.

Miesiąc, a może nawet dwa temu, w przypływie chwili kupiłam 4 bilety w tą i z powrotem na lot do Warszawy za 102 zł. Potem zabookowałam mieszkanie. Tomek zajął się transportem z Modlina do i po Warszawie. Na koniec ułożyliśmy listę rzeczy, które chcemy zrobić i obejrzeć w Warszawie. I nagle okazało się, że tak naprawdę to my nie chcemy do tej Warszawy lecieć. Po pierwsze - ani ja ani Tomek Warszawy nie lubimy. Wiem jest piękna, cudowna, ale i tak jej nie lubię. Nie czuję tego miasta - jest dla mnie za szybkie, za duszne i choć zabrzmi to paradoksalnie, przy tej swojej wielkości  za bardzo klaustrofobiczne. Po drugie po podliczeniu kosztów transportu, noclegu, jedzenia oraz wejść wszelakich okazało się, że nasz weekend z pozornie taniego stał się realnie drogi. 

Suma sumarum odwołałam rezerwację mieszkania, przełknęliśmy stratę 102 zł i stanęliśmy przed pytaniem co robić w 4 wolne dni. Wychodziłam z anginy, pogoda zapowiadała się piękna. Z jednej strony wzywały nas działkowe prace wiosenne, z drugiej strony należało się nam też pewne urozmaicenie. Kompromisem okazały się dwa dni w Słowińskim Parku Narodowym i dwa dni ze szpadlem i haczkami na działce. W znalezieniu lokum pomógł nam kolejny raz www.booking.com, dzięki któremu za 80zł mieliśmy doprawdy przyzwoity nocleg w Łebie.

Pierwszy dzień spędziliśmy jadąc rowerami do wydm w Łebie, a właściwie w miejscowości Rąbki. Parking kosztuje 5 zł za godzinę, wejście na wydmy było darmowe z racji 30.04, bilety wstępu obowiązują do 01.05. Trasa do wydm jest idealna dla rowerów - prosta, w większości betonowa, dopiero pod koniec jedzie się leśną, lecz bardzo dobrze utwardzoną drogą.  Mimo urokliwości widoków od strony jeziora Łebsko jak i tej od morza trasa jest dość monotonna. A dodatkowym "psujem" są jeżdżące melexy. Wiem, że to biznes i dźwignia lokalnego handlu, wiem też, że to wygoda dla tych którzy nie doszliby o własnych siłach do wydm. Niemniej jednak melexy psuły okoliczności przyrody i tyle. 
Dzieciaki z lekka marudziły, ale pedałowały dalej twardo, choć co chwila stawaliśmy na przystanki wspierające ich energię. W związku z tym, że Filip i Wojtek to wielcy wielbiciele wszystkiego co militarne, zajrzeliśmy do wyrzutni rakiet. Bilet rodzinny miał kosztować nas 28zł, ale pan bileter wziął od nas 21zł. Nic ciekawego w owej wyrzutni nie ma - motor, kilka karabinów, rakiet i makiet ze starymi zdjęciami. Można sobie spokojnie odpuścić tę atrakcję. Mniej więcej vis a vis wyrzutni jest malutka przystań, do której cumują stateczki wożące turystów na wydmy - niestety pomost był zagrodzony taśmą, więc nie mogliśmy nawet porozglądać się po jeziorze. A rejsy stateczków też dopiero od 1 maja.

W końcu dotarliśmy do podnóża największej i najbardziej znanej polskiej wydmy zwaną Łącką. Jak wieść niesie jej nazwa bierze się od wsi Łączki, którą owa wydma zasypała kilka wieków temu. Ekspansja piasków w głąb lądu trwa i trwała będzie, co dość dobrze widać po kikutach drzew buczyny zasypywanych przez piach. I choć wydma rekordu prędkości może nie pobije, gdyż rocznie przesuwa się od kilku do 10 metrów, to jest wielce cierpliwa i nieustępliwa - jak już coś stanie na jej drodze to zasypie bezlitośnie. 
 Zostawiliśmy rowery i popędziliśmy na górę wydmy. Z pewną nieśmiałością muszę przyznać, że choć podziwiałam widoki rozpościerające się wokoło to jednak najbardziej przyjemnym momentem owej wycieczki było sturlanie się po zboczu wydmy i brodzenie bosymi stopami w niesamowicie miękkim piasku. Pogoda choć słoneczna, była straszliwie wietrzna. Wiatr smagał lodowatymi podmuchami, w których kotłowały się drobinki piasku. Postanowiliśmy wrócić i nie doszliśmy do morza, co z żalem musimy odłożyć.  Obawialiśmy się jednak, że chłopcy mogliby nie dać rady w drodze powrotnej. Wydma choć lotna nie ucieknie i jeszcze pewnie nie raz tam zawitamy. 

Po zameldowaniu się w pokoju i rozgrzaniu ciepłą herbatą, pojechaliśmy znowu rowerami na spacer po Łebie. Nie będę kryła, że traktujemy ją trochę po macoszemu - za każdym naszym pobytem w niej, idziemy wzdłuż portowej promenady, schodzimy nad morze, po czym wracając znajomą uliczką zahaczamy o plac zabaw. Chłopcy mają wtedy swoje pół godziny na drabinkach, my mamy pół godziny dla siebie w ciszy i spokoju. Jeśli Łeba ma swoje urokliwe zakamarki, to dla nas pozostają one wciąż tajemnicą. Za każdym razem będąc w Łebie chcę też zobaczyć z bliska zamko-hotel Neptun. I tym razem się nie udało.  


Powrót na kwaterę. Szybka kolacja, po której chłopaki rozszaleli się zachwyceni piętrowym łóżkiem. Po chwili kłótni kto śpi na dole, kto na górze doszli do zadowalającego obie strony kompromisu - będą spali na górze razem. Około 20tej dorwał mnie sen - nie tylko zmęczenie, ale i ledwo co przebyta angina oraz coś nowego krtaniowego po prostu mnie zmogło. Chłopcy szaleli dalej.

Następnego dnia po szybkim wymeldowaniu ruszyliśmy w kierunku Rowów oddalonych od Łeby z jakieś 70 km. Trasa była przepiękna! Już zielono, ale jeszcze nie natarczywie.  Już kolorowo tulipanami i bratkami, śnieżno biało owocowymi drzewami i z lekka żółtawo rzepakiem, ale jeszcze nie tak orgiastycznie jak będzie to miało za tydzień, dwa. Uroku trasie dodają przepiękne pałace, które choć popadające w ruinę, nadal zachwycają architekturą. Prawdę mówiąc, to począwszy do pałacu w Chabrowie, prawie każda mijana miejscowość miała mniejszy lub większy pałac.
barokowo-klasycystyczny pałac rodu von Zitzewitz w Cecenowie

 Pod drodze odwiedziliśmy latarnię Stilo zbudowaną na początku XX w. Z parkingu prowadzą do niej dwie trasy - dłuższa i mniej forsowna będąca też ścieżką rowerową i krótsza lecz bardziej stroma. 


W Rowach zaś chcieliśmy obejrzeć szczątki lasu sprzed tysięcy lat, które Bałtyk odsłonił jakiś czas temu. Niby nic, ot kikuty drzew, jakby mało ich było wkoło. Jednak fakt iż mają kilka tysięcy lat dodawał im jakiejś bardzo tajemniczej aury, był zaproszeniem do wejścia w nieznany świat. Okazało się jednak, że nie doczytałam gdzie tak naprawdę jest ten las i po wejściu na plażę zamiast reliktów sprzed tysięcy lat, zobaczyliśmy wodę, piasek i turystów. Rozczarowanie moje było naprawdę ogromne. Tyle kilometrów i nic. Piasek, woda i niemiłosiernie wiejący wiatr. Ale mi tajemniczość i nieznany świat! Wrrr....Poszliśmy brzegiem morza ku dość interesująco wyglądającej górze piachu - coś czego u nas na plażach trójmiejskich nie zobaczysz. Po jej drugiej stronie, Tomek zaproponował zaparzenie kawy na naszej niezawodnej kuchence turystycznej. Osłonięci z lekka od wiatru, spijaliśmy kawę, podgryzając norweską czekoladę przywiezioną nam przez Judytę - idealnie sprawdziła się na naszych dwudniowych wojażach. Dziękujemy! Moje rozczarowanie odchodziło z każdym łykiem kawy i kęsem czekolady. Zrobiło się naprawdę uroczo, a las skoro czekał tysiące lat, może i poczekać na mnie kolejne ileś tam...


Rowy opuściliśmy podążając w kierunku Smołdzina, a że była pora lunchu, zatrzymaliśmy się w Gardnie Wielkiej (a może Małej? ). Tam zgrillowaliśmy kiełbaski chorizo, podpiekliśmy bułeczki i doprawiwszy pomidory spałaszowaliśmy wszystko ze smakiem, ciesząc nie tylko podniebienie, ale i oczy widokami na piękny brzeg jeziora Gardno. 

Kolejne miejsce na naszej trasie to Czołpino i znajdujące się tam wydmy. Muszę od razu napisać, że była to moja przysłowiowa wisienka na torcie. Samochód zostawiliśmy na parkingu i zaopatrzeni w wodę ruszyliśmy ku latarni. Droga wiodła łagodnie ku górze - z obu stron otaczał nas bór sosnowy o naprawdę bardzo bogatym runie. Im wyżej i bliżej latarni, tym bardziej skarlałe były sosny, a runo zubożało. Po drodze minęliśmy też Osadę Latarnika, która tak naprawdę jest dość sporym budynkiem z XIX w. Dom ten jest właśnie remontowany i z tego co wyczytałam w przyszłości ma się tam mieścić Muzeum Latarnictwa. 

Ze szczytu latarni rozpościera się chyba najładniejszy widok tych dwóch dni - Bałtyk z jednej strony, biały placek wydm czołpińskich otoczonych sosnami niczym morzem i Rowokół widziany na lekko zamglonym horyzoncie.
Rowokół to polodowcowe wzgórze o wysokości ponad 100 metrów, dawny ośrodek kultu pogańskiego, a następnie maryjnego. Teraz, dzięki postawionej na nim wieży widokowej można podziwiać Park Słowiński w całej okazałości. Niestety z racji dość późnej pory nie dojechaliśmy tam. 

Dlaczego wycieczka na wydmy czołpińskie była taka wyjątkowa? Dlatego, iż można zrobić pętlę i ku mej uciesze nie musieliśmy wracać tą samą drogąTrasa ma z jakieś 6-8 kilometrów. I jest doprawdy piękna, co mam nadzieję uwidoczniłam na zdjęciach. 

 


Około 18 tej wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. W międzyczasie praktycznie straciłam głos i jak się okazało w środę po wizycie u lekarza, angina przerodziła się w zapalenie krtani...ale to już zupełnie inna bajka...


 Niestety w domu czekała nas niemiła niespodzianka...mój ukochany ciśnieniowy expres do kawy Saeco, po 13 latach wzorowej służby, padł...a raczej padła jego grzałka...Jestem w poszukiwaniu jakiegoś serwisu. Tylko pytanie czy ktoś zna się na takim sprzęcie wciąż bardziej mechanicznym niż elektronicznym...


 

6 komentarzy:

  1. Piękne zdjęcia! Mam nadzieję że też w końcu tam dotrzemy... Może w tym roku :) Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. SPN jest wart każdego przejechanego i wychodzonego kilometra. Myślę, że i my powrócimy tam jeszcze, bo dwa dni to zdecydowanie za mało. Z pozdrowieniami.

      Usuń
  2. Wlalas miod w moje serce, odzyly wspomnienia. Kiedy to ja tam bylam ostatni raz ?? Niech no pomysle, chyba jak moja corka miala 13-15 lat - teraz ma 30 . Dzizassss jak tam pieknie . Dziekuje Ci za ten reportaz, piekne zdjecia i Wy tacy szczesliwi. No mysle, ze zaczniesz znowu tutaj bywac. Usciski Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Aniu. Cieszę, że się podobało i przygnało wspomnienia. A jakoś tak mi się zachciało napisać. Gdyby tego czasu było tylko ciut więcej...Pozdrawiam.

      Usuń
  3. Cieszę się, iż wybraliście wybrzeże. Też nie przepadam za Warszawą, no poza starówką. Zdjęcia cudne i fajnie widzieć Wasze twarze uśmiechnięte. Tak patrząc dokąd dotarliście to już prawie byliście koło Darłowa ;) Gdzie przyszło mi pomieszkiwać 2 lata.
    A co się tyczy zimnego wiatru to i tak mieliście lepiej u nas, tydzień przed Waszą wycieczką mieliśmy tak:
    http://bialekmleko.blog.onet.pl/files/2016/04/20160424_091122a.jpg

    OdpowiedzUsuń
  4. Drogi Jacku - widzieliśmy, widzieliśmy Wasze pejzaże śniegiem opruszone, podczas gdy u nas świeciło na maxa słońce. Judyta nie omieszkała pokazać przysyłanych przez Ciebie zdjęć. Pozdrowienia dla Was.

    OdpowiedzUsuń