piątek, 15 lipca 2016

Thanks God! It's summer!

video
This song made my day... Made me feel like flying...

Dziś drugi dzień fascynacji i zachwytu piosenką Agnes Obel. Słucham jej wciąż i wciąż od początku, nienasycona jej dźwiękami.  W myślach szybuję gdzieś w oddali... i czuję, że zaraz spadnę z hukiem. Brzuch napełniony prawie kilogramem czereśni niemiłosiernie ciągnie ku ziemi...Były truskawki, są czereśnie. Kolejny powód by dziękować Bogu za lato...I za muzykę Agnes Obel. Odkrycie wczorajszego dnia.No dobrze, słucham dziś tej piosenki ostatni raz! A może przedostatni. Jeszcze nie wiem. 
 
video

To na zakończenie jeszcze jedna cudna muzycznie Skandynawka. Tym razem z pięknej Norwegii... Aurora Asksnes. Lekko mniej eterycznie, raczej mocniej i zdecydowanie bardziej dźwięcznie. Nie wiem czy ktoś się ze mną zgodzi, ale zauważyłam, że Norwegowie kochają śpiewać. Mają przy tym piękne głosy. Silne, dźwięczne, krystaliczne. Szkoda, że Aurora nie śpiewa po norwesku. 



Wkroczyłam w drugą połowę lipca, 1/4 wakacji minęła, a ja dopiero poczułam ten prawdziwy reset. Pierwsze dni spędziłam na totalnym rozmemłaniu organizacyjnym. Na początku walczyłam z tym co spowodowało u mnie wiele niepotrzebnej złości i frustracji i odbiło się rykoszetem na Tomku i Chłopakach. Aż w końcu pozwoliłam powoli spływać poszkolnemu stresowi, wydaliłam z siebie toksyny nagromadzone przez 10 miesięcy roku szkolnego. Chciałabym tylko nadmienić, że owe toksyny są głównie wynikiem kontaktów pośrednich bądź bezpośrednich z roszczeniowymi i popieprzonymi rodzicami moich uczniów, tzn ich pewną częścią, której się wydaje, że nauczyciel to sprzątaczka, służąca, niańka, worek treningowy i dopiero gdzieś na samym końcu ról jest ta edukacyjna. Nie robiłam więc NIC poza koniecznym minimum, które ochroniło nasz dom przed zalęgnięciem się robactwa, a nas przed widmem głodowania. Jeśli ktokolwiek przeczyta te słowa, proszę nie zrozum mnie źle. Uwielbiam uczyć, jestem nauczycielem z powołaniem i już czuję regenerujące się we mnie siły i entuzjazm na kolejny rok. Niemniej jednak praca, którą wykonuję wysysa ze mnie siły i witalne soki na tyle mocno, że ratuje mnie tylko świadomość wakacji i  błogiego niebytu zawodowego. Tak jak w zeszłym roku zwalniałam się z pracy średnio raz w miesiącu przeżywając szok kulturowo - zawodowy po zmianie pracy ze szkoły językowej na podstawową, tak w tym bilans roczny to tylko 3 w porywach 4 kryzysy. To duży sukces.
  


W każdym razie przyszła pora na krystalizowanie planów wakacyjnych, które plączą się po mojej głowie już od kilku lat to jest Skalne Miasta w Czechach. W końcu postanowiliśmy zrobić całkiem sporą pętlę Gdańsk - Winiec - Karpacz - Adršpašskoteplické skály - České Švýcarsko - Gdańsk. Planowany wyjazd 06.08, powrót 20 - 21.08. Winiec na Mazurach to tylko mały przystanek, gdyż stamtąd zabierzemy Filipa z obozu zuchowego i popędzimy prosto do Karpacza na dwa, trzy dni. Tak, tak Filip jedzie w tym roku na swój pierwszy samodzielny obóz. Im bliżej wyjazdu, tym chętniej bym go nie puściła. Wiem jednak, że nie mogę tego zrobić i muszę tłumić ewentualne przejawy nadopiekuńczości w zarodku.







 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz