czwartek, 26 stycznia 2017

KARKONOSZE z Karpacza.

Dzień Pierwszy.  Do 3 schronisk: Strzecha Akademicka - Samotnia - Dom Śląski.

Zwarci i gotowi.
Z samego ranka zameldowaliśmy się pod kasą KPNu koło Dzikiego Stawu i ruszyliśmy w górę starym torem saneczkowym oznaczonym na mapie jako żółty szlak. Trasa była dość monotonna, a monotonię wzmagała snująca się mgła i niebo w kolorze wyblakłej starej ściery od podłogi.  Łudziłam się myślą, że mgła opadnie, jednak i wchodziliśmy wyżej, tym atmosfera pogodowa zagęszczała się rujnując moje nadzieje. 





Kiedy posileni frytkami, słodkościami i świeżo zaparzoną kawą wyszliśmy ze Strzechy Akademickiej już siąpił deszcz. Samotnię i krajobraz Kotła Małego Stawu szczelnie spowijała mgła. Ludzi było w schronisku tak dużo, że chłopcy ledwo przecisnęli się po pieczątki do książeczek GOT. Uznaję więc, że Samotnia nie została przeze mnie odwiedzona. W strugach deszczu niebieskim szlakiem ruszyliśmy ku Domowi Śląskiemu. Wicher wiał, deszcz smagał nas po twarzach, było lodowato. Dom Śląski przywitał nas ciepłem, pyszną zupą i błogim rozleniwieniem. Po 45 minutach w przyjaznych murach schroniska wyszliśmy wprost w jeszcze większe strugi deszczu. 


Przy optymistycznej dla nas aurze mieliśmy zejść Drogą Śląską (szlak czarny) do okolic Dzikiego Wodospadu robiąc przy tym naprawdę niewymagającą, aczkolwiek przyjemną pętlę. Idealną na pierwszy dzień. Niestety jedynym marzeniem tego dnia było zdjąć przemoczone ubrania i schronić się w naszym pokoju więc skorzystaliśmy po prostu z dobrodziejstw kolejki linowej.

Dzień Drugi. Zamek Chojnik i termy cieplickie.

Kolejny dzień przywitał nas niewiele lepszą pogodą. Zrezygnowaliśmy więc z gór i wybraliśmy się na wycieczkę do Zamku Chojnik. Wchodziliśmy czarnym szlakiem od Sobieszowa i błądząc wokół Zbójeckich Skał dotarliśmy do Chojnika. 

Zamek ma w sobie dużo czaru, pomimo zniszczeń i wielu niedociągnięć tchnie z niego piękno i ogrom romantyzmu. Stare mury okalają drzewa pnącza o liściach koloru butelkowej zieleni. Ich pnie wrastają, zlewają się z szarością murów. I wiem, że posunę się tutaj za daleko porównując co poniektóre fragmenty murów zamku do starych świątyń buddyjskich. Do samochodu wróciliśmy ścieżką Kunegundy, nieszczęśliwej księżniczki zamieszkującej Chojnik dawno temu. Chłopcy, mając w pamięci wysłuchaną na dziedzińcu zamkowym legendę o księżniczce, zastanawiali się w którym miejscu lasu Kunegunda rzuciła się w dół. Z Sobieszowa pojechaliśmy do Cieplic celem wytaplania w basenach termalnych. 

Dzień Trzeci.  Śnieżka - Kotły Małego i Wielkiego Stawu - Słonecznik - Pielgrzymy 

Dzień trzeci i ostatni w Karpaczu. Będąc leniwcami podjechaliśmy kolejką linową na Kopę i stamtąd czerwonym szlakiem ruszyliśmy ku Śnieżce. Szliśmy naszym tempem, a po drodze mijały nas biegiem bosko smukłe dziewczyny, niedzielni turyści w klapkach, dzierżący plastikowe torby w dłoniach, pan w garniturze, ludzie młodzi, starsi, dzieci i psy. Generalnie rzecz biorąc nie mam nic przeciwko uskutecznianiu turystyki z czworonogami pod warunkiem, że są one w stanie same pokonać trasę i właściciel zabiera ze sobą psie odchody, tudzież usuwa ze środka i poboczy ścieżki. Niestety różnie z tym bywa...co dotyczy nie tylko psów, ale i nas ludzi. Doskonale wiem, że niestety fizjologii nie da się czasami oszukać, a gadki o tym, że wypada bądź nie wypada mogę sobie wsadzić gdzieś, kiedy pęcherz ma eksplodować, że o czymś poważniejszym nie wspomnę. Niemniej jednak czy za każdym razem, kiedy kobieta sika musi podcierać się stertą chusteczek higienicznych? Noż cholera, czym jest kilka kropel na majtkach w porównaniu ze szlaczkiem białych kulek w okolicach ścieżek? Siki wyschną w kilka minut, papier będzie obrzydzał miesiącami.

Dom Śląski w zupełnie innych barwach.
Kocioł Małego i Dużego Stawu - już w zupełnie innych barwach.
Słonecznik i dość tajemnicza kamienna ławeczka w jego pobliżu.

A lesie między Słonecznikiem i Pielgrzymami pomyka sobie Duch Gór gdzieś...
Pielgrzymy.
 

A w oddali majaczyła Śnieżka.

Dziś wpłaciłam zaliczkę rezerwując tym samym pokój w Krokusie na majowy weekend. W planach między innymi znowu Śnieżka, wypad na czeską stronę na smażony ser i jagodowe knedliki (koniecznie w schronisku Jedlinka) i jak da radę coś jeszcze.




Wakacje 2016.



Po negocjacjach i wielu namowach z mojej strony, zdecydowaliśmy się spędzić sierpień 2016r. w Karkonoszach. Pierw odebraliśmy Filipa z obozu w Wińcu. Dziecko było radosne, szczęśliwe, otoczone kolegami i ...niemiłosiernie brudne. "Oj mamo, zapominałem", wyjaśnił mi Filip. Deszczowa aura też nie sprzyjała więc większość ubrań, choć czysta była mokra lub wilgotna dlatego też podczas jednego z przystanków urządziliśmy wielkie suszenie filipowej garderoby. 
 















Po drodze do Karpacza zatrzymaliśmy się na nocleg w Toruniu. Byłam tam raz, może dwa razy, a może trzy. Zawsze przejazdem i nigdy nie wyściubiłam nosa poza Rynek Staromiejski z Kopernikiem pośrodku. A przecież Toruń jest uroczym i ujmującym swoimi zakamarkami miastem. Przez chwilę, ale tylko przez króciusieńką chwilę, pomyślałam nawet, że jest przyjemniejszy niż mój Gdańsk. Na pewno bardziej przyjazne dzieciom! W Gdańsku nie ma placów zabaw dla dzieci, a te wciśnięte między stare kamienice i pamiętające czasy dzieciństwa mojej mamy, ustępują miejsca nowym kamienicom, restauracjom czy sklepom.
Poszliśmy też wzdłuż Wisły, a zwiedzając zamek krzyżacki udało się nam zobaczyć inscenizację bitwy o tenże zamek upamiętniającej zdarzenia z 1410r. (Inscenizacja odbywa się co roku 6.sierpnia)


Następnego dnia rano wyruszyliśmy ustawiając na nawigacji Karpacz, ul. Grzybowa 7, gdzie mieścił się nasz hostel Krokus, którego z całego serca polecam. Po drodze zatrzymaliśmy się w Jeleniej Górze i ze smutkiem powiem, że miasto, choć piękne będzie jednym z wielu obejrzanych  dzikim pędzie i bez należytego skupienia.


Zaraz po przyjeździe, zachwytach nad naszym pensjonatem i pokojem ruszyliśmy oswoić okolicę. Deptak w Karpaczu przeżywał oblężenie, z jednej strony turyści, a z drugiej stragany i straganiki. Gwar mieszał się z głośną muzyką, w większości disco polo. Normalny wakacyjny widok. Powłóczyliśmy się więc trochę, były jakieś lody, frytki i piwo Krakonos. Na koniec niespiesznie ul. Świętokrzyską poszliśmy ku Zaporze nad Łomnicą, a stamtąd do Świątyni Wang. Następnego dnia z samego rana mieliśmy zacząć pierwsze górskie wyprawy w czwórkę.