czwartek, 26 stycznia 2017

Wakacje 2016.



Po negocjacjach i wielu namowach z mojej strony, zdecydowaliśmy się spędzić sierpień 2016r. w Karkonoszach. Pierw odebraliśmy Filipa z obozu w Wińcu. Dziecko było radosne, szczęśliwe, otoczone kolegami i ...niemiłosiernie brudne. "Oj mamo, zapominałem", wyjaśnił mi Filip. Deszczowa aura też nie sprzyjała więc większość ubrań, choć czysta była mokra lub wilgotna dlatego też podczas jednego z przystanków urządziliśmy wielkie suszenie filipowej garderoby. 
 















Po drodze do Karpacza zatrzymaliśmy się na nocleg w Toruniu. Byłam tam raz, może dwa razy, a może trzy. Zawsze przejazdem i nigdy nie wyściubiłam nosa poza Rynek Staromiejski z Kopernikiem pośrodku. A przecież Toruń jest uroczym i ujmującym swoimi zakamarkami miastem. Przez chwilę, ale tylko przez króciusieńką chwilę, pomyślałam nawet, że jest przyjemniejszy niż mój Gdańsk. Na pewno bardziej przyjazne dzieciom! W Gdańsku nie ma placów zabaw dla dzieci, a te wciśnięte między stare kamienice i pamiętające czasy dzieciństwa mojej mamy, ustępują miejsca nowym kamienicom, restauracjom czy sklepom.
Poszliśmy też wzdłuż Wisły, a zwiedzając zamek krzyżacki udało się nam zobaczyć inscenizację bitwy o tenże zamek upamiętniającej zdarzenia z 1410r. (Inscenizacja odbywa się co roku 6.sierpnia)


Następnego dnia rano wyruszyliśmy ustawiając na nawigacji Karpacz, ul. Grzybowa 7, gdzie mieścił się nasz hostel Krokus, którego z całego serca polecam. Po drodze zatrzymaliśmy się w Jeleniej Górze i ze smutkiem powiem, że miasto, choć piękne będzie jednym z wielu obejrzanych  dzikim pędzie i bez należytego skupienia.


Zaraz po przyjeździe, zachwytach nad naszym pensjonatem i pokojem ruszyliśmy oswoić okolicę. Deptak w Karpaczu przeżywał oblężenie, z jednej strony turyści, a z drugiej stragany i straganiki. Gwar mieszał się z głośną muzyką, w większości disco polo. Normalny wakacyjny widok. Powłóczyliśmy się więc trochę, były jakieś lody, frytki i piwo Krakonos. Na koniec niespiesznie ul. Świętokrzyską poszliśmy ku Zaporze nad Łomnicą, a stamtąd do Świątyni Wang. Następnego dnia z samego rana mieliśmy zacząć pierwsze górskie wyprawy w czwórkę. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz