środa, 26 lipca 2017

Wakacje 2017 czyli Pieniny i Tatry w 13 dni.

Trzy Korony - Sokolica - Szczawnica
W odróżnieniu od poprzednich lat i wyjazdów raczej na przełomie lipca/sierpnia, nasz wypad w góry zaczęliśmy 1 lipca. I w odróżnieniu od poprzednich lat, kiedy to plany wakacyjne krystalizowały się już w okolicach lutego - marca, włączając w to  noclegi i trasy dojazdowe, a także dokładny plan wszystkich "must do" & "must see", w tym toku wiedzieliśmy tylko, że będą to Pieniny i Tatry i najlepiej low budget holiday czyli nocleg na polach namiotowych, jedzenie słoikowe i takie tam. Niestety z racji pogodowych kaprysów zdecydowaliśmy, że w Zakopcu poszukamy kwatery, ale w Pieninach śpimy pod namiotem. Po dość gorączkowym szukaniu taniego, aczkolwiek o przyzwoitym standardzie noclegu znalazłam takowy w Kościelisku i myślę, że jest jak najbardziej godny polecenia - U Szczepana. Jeśli chodzi o Pieniny, to jechaliśmy w ciemno, mając tylko kilka adresów pól namiotowych. Tomek nalegał na camping Polana Sosny, ja wolałam nocleg bliżej górskich szlaków i miałam nadzieję, że znajdziemy coś w Sromowcach Niżnych, ewentualnie po słowackiej stronie. Ostatecznie stanęło na  polu namiotowym w Sromowcach, należącym do Ochotniczej Straży Pożarnej. Hm...cóż można powiedzieć o tym miejscu... Na początek plusy - na pewno tanie - za noc płaciliśmy 42 zł + 10 za prysznice (5 min. - 5zł).

Na pewno leżące w przepięknym miejscu - zaraz nad Dunajcem, z widokiem na Trzy Korony i słowacką stronę. W oddali widać też było przy pięknej pogodzie Tatry. Obszerny plac, soczysta trawa, gdzieniegdzie puste przyczepy czekające na właścicieli z Krakowa, może z 5-6 camperów z Polski i zagranicy, oraz z 2 namioty. Ogromna przestrzeń i swoboda. Nikt nikomu nie wadził. Cisza i spokój. Niestety na minus i to wielki...zasługują sanitariaty. Ubikacje i prysznice były w starym budynku, wszystko zakładane i malowane w pośpiechu i niechlujnie, na podłogach paskudne linoleum, a na kranach kamień. Na szczęście nie śmierdziało i ogólnie wydawało się być czysto, choć przez 5 dni, które tam spędziliśmy nie widziałam, żeby ktokolwiek sprzątał. Wydaje mi się, że ta pozorna czystość była spowodowana tym, że byliśmy jedynymi użytkownikami pryszniców, a i z ubikacji korzystało niewiele osób. Podobnie wyglądała umywalnia znajdująca się na zewnątrz łazienek. Umywalnia to może zbyt duże słowo, ograniczała się bowiem do dwukomorowego zlewu i stolika pokrytego ceratą. Pomimo niskiego standardu łazienek, wspominam ten camping z sympatią.
Ogromną zaś sympatią obdarzyłam Sromowce Niżne. Ktoś kiedyś powiedział mi, że ta miejscowość to najlepsze miejsce na pobyt w Pieninach i zgadzam się w 100%. Bardzo spokojne, leniwe, nie spaczone komercją, ma wszystko co jest potrzebne do turystyki. Pieniny nie są wymagającymi górami, tak mi się wydaje przynajmniej. Są dość niskie, łatwe w podejściach (także dla naszych dzieci, a może przede wszystkim dla nich) i jak wielokrotnie podkreślał flisak Maciek, Pieniny to góry rodzinne. Mają też świetne zaplecze - rowery można wypożyczyć na każdym kroku, podobnie jest z atrakcjami wodnymi - spływ tratwami najlepiej do Szczawnicy, rafting, kajaki.
Spływ Przełomem Dunajca to jeden z "must do" Pienin. Po zdobyciu Trzech Koron i Sokolicy zorganizowaliśmy sobie spływ wyruszając rano z przystani flisackiej w Sromowcach do Szczawnicy. Pogoda była wspaniała - błękitne niebo i nienachalne ciepło. Miły Flisak Maciek ulokował nas zaraz w pierwszym rzędzie, za nami cała reszta turystów. O Przełomie Dunajca pisano wiele i rozwodzono się nad jego pięknem - nic dodać, nic ująć. Jest to piękne i niebanalne miejsce, które warto zobaczyć o każdej porze roku. Kolejny raz żałuję, że z racji mojej pracy, nie mogę wziąć urlopu jesienią...Kolory drzew porastających góry muszę wtedy zapierać dech w piersiach.

Nasi flisacy: Filip, Tomek, Maciek
Przed nami w oddali Sokolica
PTTK Orlica
Szczawnica jak na miasto i do tego uzdrowiskowe jest przeludniona, choć na pewno ładna. Nad potokiem Grajcarek zrobiliśmy sobie piknik, wjechaliśmy na Palenicę i już mieliśmy ruszyć ku jakiejś pijalni wód, kiedy aparat fotograficzny odmówił posłuszeństwa, wprawiając mnie w masakryczny nastrój. Objawił się obrażoną miną, grobową ciszą, po czym zaczęłam się domagać natychmiastowego zakończenia wakacji, powrotu do domu, a zresztą było mi wszystko obojętne, bo i tak wyjazd do bani. Tutaj sytuację uratował, nie pierwszy zresztą raz mój Tomek. Przeczekawszy apogeum mojej złości, kategorycznie odmówił powrotu do domu w czym wtórowali mu chłopcy. Jako że nie uznaję zdjęć z telefonu, postanowiliśmy kupić nowy aparat fotograficzny przed wyjazdem w Tatry. Właściwie to sama wiedziałam od początku, że popsucie naszego 'soniacza' to nie koniec świata a tym bardziej wakacji, miałam jednakże ochotę strzelić focha, ot co! I strzeliłam. Dzięki Ci Boże za mojego Tomka, iż nie dość że znosi moje fochy, nie naskakuje na mnie (co doprowadziłoby do koszmarnej awantury) to jeszcze tonizuje mnie i powoduje, że wracam całkiem szybko i bezboleśnie do stanu użyteczności rodzinnej i społecznej. Niemniej jednak Szczawnicę opuściliśmy bez wielu zdjęć, bez wrażeń i bez miłych wspomnień.

Choć muszę przyznać, że powrót rowerami wzdłuż Dunajca należy do bardzo udanych  i nawet foty robione komórką nie przeszkadzały. Na szczęście nie musieliśmy kupować nowego aparatu, na drugi dzień działał bez zarzutu! 

W Tatrach podobnym przerywnikiem i nagrodą za górskie włóczęgi były niewątpliwie Termy Bania w Bukowinie Tatrzańskiej. Nawigacja poprowadziła nas dość dziwną trasą, pełną wąskich jezdni, stromych podjazdów i zjazdów oraz zakrętów. Wiodła nas przez małe miejscowości takie jak Gliczarów Dolny i Górny, które przywitały nas powalającymi widokami i szaleńcami na rowerach. Wow! Wołami by mnie tam nie zaciągnięto na rowerze! Dla podziwiania widoków mogę chodzić w górę na każdą wysokość, ale pedałować już NIE! Kiedy jednak zobaczyłam tablicę z informacją, że tędy wiedzie szlak Tour de Pologne, zrozumiałam iż to nie tylko potrzeba doznań estetycznych wzywa cyklistów w to miejsce.
Sama Bania to właściwie miasteczko w miasteczku - hotel, sklepy w pasażu, restauracja, kawiarnia, wiele atrakcji dla dzieci (place zabaw, trampoliny, mini boisko itp) i oczywiście termy. Na miejscu byliśmy przed grubo 10 i kupiliśmy bilet rodzinny na 4,5 godziny. Ludzi było już sporo, jednakże wciąż w granicach odczuwania przyjemności z kąpieli. Najprzyjemniej było na zewnątrz - wygodne leżaki, piękne widoki. Tomek szalał z chłopcami, ja oddawałam się pełni relaksu - kiedy chciałam taplałam się, kiedy chciałam po prostu wylegiwałam się. Żałowałam przez krótką chwilę, że nie wzięłam książki, ale szybko oddałam się leniwemu odpoczywaniu. Tłum narastał z każdą godziną wi więc kiedy opuszczaliśmy termy, zastanawiałam się jaki jest sens bycia tam, kiedy jest tyle ludzi. Baseny ogólnie rzecz biorąc są małe, popływać się nie da. Część basenów z bulgotami okupowana jest bezustannie i nie ma szans na dostanie się tam. Im bliżej popołudnia, tym bardziej było widać, że ludzie stoją tam w rzędach. Szczęśliwcy na pół leżący przy ściankach basenów, z tyłkową ekspozycją na największe bulgoty i kolejne szeregi tych mniej szczęśliwych liczących, że doświadczą choć jednego bulgota. Wewnątrz budynku panował niemiłosierny upał, wrzask, przez który ledwo było słychać gwizdy ratowników. Koniec końców wydaje mi się, że ciał i kostiumów było więcej niż samej wody. Nie zmienia to jednak faktu, że chłopcy byli zachwyceni. Ja w sumie też nie mogłam narzekać - ten relaks na zewnętrznej części był dla mnie doprawdy zbawienny. Zastanawiam się jednak czy wyszłabym z takim samym nastawieniem, gdyby nie dopisała tego dnia pogoda, przez co część basenowa na dworze włączając w to strefę zabaw dla dzieci była zamknięta, a my kisilibyśmy się w środku.

Oczywiście najważniejszą częścią tego wyjazdu były wycieczki w góry. Relacje z nich będą w osobnych postach. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz