środa, 26 stycznia 2022

Spontan w Norwegii - Trollkirka i Droga Atlantycka.

Co tu robić pierwszego dnia? Jacek zaproponował Trollkirke, opisał w kilku słowach trasę i samą atrakcję, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Niewiele myśląc, wczesnym rankiem ruszyliśmy na naszą pierwszą wycieczkę w kierunku Vestnes, aby stamtąd promem popłynąć do Molde. Wiem, że powtórzę to kolejny raz, ale Norwegia jest piękna i podróżując po Norwegii jestem w nieustannym zachwycie.



 

Drogą z Molde popędziliśmy do Trollkirka taką prędkością na jaką pozwalały nam znaki drogowe bez zagrożenia mandatowego. Auto zostawiliśmy na obszernym, bezpłatnym parkingu w miejscowości Fræna, a sami zagłębiliśmy się w zagajnik, który prowadził nas w pierwszym etapie drogi do celu tej wycieczki. Trasa nie jest wymagająca i wiedzie spokojnie ku górze poprzez niewysoki las. Wzdłuż i w poprzek drogi płyną liczne strumyki i małe wodospady - lodowata woda okazała się zbawienna - choć to może i dziwne jak na norweskie warunki, ale w tym dniu panował upał! Nic nas nie goniło, dlatego też oddawaliśmy się spokojnej kontemplacji przyrody bliższej i dalszej, choć pomimo pięknej pogody tego dnia, widoczność nie była nieskazitelna. 

Trollkirka czyli Kościół Trolla, choć dla mnie lepiej brzmi Świątynia Trolla, to trzy jaskinie o pięknym kolorycie, do których z oszalałą prędkością wpada wodospad. Pierwsza jaskinia, chyba ta największa wita chłodem, ba zimnem wręcz zanim jeszcze do niej wejdziemy. Szybko przebieramy się w bluzy, czołówki i dziarskim krokiem wchodzimy w dość wąski korytarz skalny. Po chwili naszym oczom ukazuje się główna nawa wyjaśniając ewentualne wątpliwości dotyczące nazwy. Choć troll i kościół niewiele mają wspólnego to z pewnością wnętrze jaskini ma sakralny wygląd. Zdjęcia nie oddają w żaden sposób piękna tego miejsca, są niestety dość kiepskie, robione telefonem, a nasze włączone czołówki na pewno nie pomagają. W drodze powrotnej Tomek znajduje skrzyneczkę ze skarbem - dziś jednak nikt z nas nie pamięta co tam było, o ile coś w ogóle było...


 Druga jaskinia znajduje się kawałek wyżej, ale aby się do niej dostać, należy zejść na dół drabiną przytwierdzoną do skały. Tomek sponiewierany majowym covidem rezygnuje, idę tylko z Wojtkiem. Drabina prowadzi nas do kolejnej jaskini - mam wrażenie, że ta jest jeszcze piękniejsza. Może dlatego, że oprócz mnie i Wojtka nikogo w niej nie ma? 

Rozkoszuję się nią ile mogę, podziwiam wyżłobienia, barwy skał i łoskot spadającej wody. Chwila nie trwa zbyt długo, jakaś para turystów znalazła to wejście i gramoli się na dół. Nie pozostaje mi nic innego jak wgramolić się po drabinie na powierzchnię. Ostatnim punktem wycieczki do Trollkirka była samotny spacer na położone powyżej jeziorka o krystalicznie przezroczystej wodzie. 

W końcu dość dziarskim krokiem schodzimy do auta, po raz kolejny ciesząc się, że wycieczkę rozpoczęliśmy dość wcześnie, dzięki czemu ominął nas pielgrzymkowy tłum turystów, niestety także tych z Polski - jeszcze nie widać a już siarczyste "kurwa" słychać... Parking w Fræna jest obszerny i darmowy co stanowi duży plus, minusem jest brak jakiegokolwiek zacienienia, więc wchodzimy do auta jak do sauny. Kanapki i czekoladowe smakołyki w stanie rozpływu nie zachęcają, ale kiedy człowiek głodny, zje wszystko... 

Kolejny punkt wycieczki to osławiona Atlanterhavsvegen czyli Droga Atlantycka. Moje oczekiwania i wyobrażenia tej drogi okazały się być bardziej ekscytujące niż ich realizacja. Wszystko było jak najbardziej ciekawe, wciągające i urokliwe, ale zabrakło tego efektu, który odebrałby mi oddech, który powaliłby mnie na kolana. Innymi słowy nie było efektu wow. 

Z drugiej strony muszę przyznać, że mieszkając gdzie mieszkam nie widuję co dzień mostów w kształcie fal łączących wysepki rozsiane po Zatoce Hustadvika. Są one niezaprzeczalnie genialnym tworem inżynierii i wyobraźni architektów. Poza tym przejechaliśmy tylko mały skrawek drogi z najsławniejszym Sturseisundbru, nie dojechaliśmy do samego Kristiansundu. Możliwe też, że pogoda nie ta...słońce, błękitne prawie bezchmurne niebo, wody Atlantyku nudnie spokojne. Człowiek to jednak upierdliwe zwierzę - pogoda idylliczna wręcz, a on sztormu by chciał, fal rozbryzgujących o asfalt i portek pełnych strachu.

Taki camper poproszę na emeryturę...już za niecałe 13 lat :)

W drodze powrotnej, na promie woda i chmury stworzyły niesamowity spektakl. Kolejna wycieczka cudnie udana.  


 




sobota, 15 stycznia 2022

Spontaniczny post po spontanicznym wyjeździe do ... Norwegii.

 Od zamieszczenia ostatniego posta minęły ponad 3 lata. Kilka postów rozpoczętych i wciąż czekających na skończenie. Tysiące zdjęć, zapomniane nazwy miejsc, chronologia jak za mgłą. Kilka wypadów do Norwegii, Tatry, nieskończone Karkonosze, Pieniny, Beskid Niski, Bieszczady, Roztocze, że nielicznych wypadach po o Kaszubach i Pomorzu nie wspomnę. Wyjazdy bliższe, dalsze, całkowicie lokalne i te już sama nie pamiętam gdzie. Wszystko odłożone na wieczne POTEM. Innymi słowy NIGDY nie ujrzą one światła dziennego. Jeśli nie zrobię czegoś tu i teraz, nie zrobię tego wcale. Myśląc inaczej próbuję się sama oszukać czy co? W każdym razie chciałabym, aby ta całkowicie nieoczekiwana wyprawa miała swój zapisany ślad.

Mijały kolejne dni lipca, Filip na obozie, upały dawały się we znaki. Wojtek przed komputerem, a ja marnowałam czas. I nagle przyjazd Tomka do Gdańska, syna Judyty, którą poznałam wiele lat temu tutaj w blogosferze. Mój blog za bardzo nie przetrwał, ale przyjaźń, jakże wartościowa ma się dobrze. Judyta Białkowska jest malarką, mieszkającą od wielu lat na wyspie Haramsøy nieopodal Ålesund. 


W każdym razie, Tomek przyleciał w poniedziałek, a już we wtorek było wiadomo, że jego piątkowy powrót na wyspę odbędzie się w towarzystwie mojej rodziny za wyjątkiem Filipa. yr.no zapowiadało pogodę jak marzenie, ceny biletów były bardzo przyzwoite. Grzechem byłoby nie lecieć.  W trakcie naszego pobytu Judyta powiedziała bardzo ważne słowa, których sens mniej więcej brzmiał tak.  

Chciałam, żebyście przyjechali właśnie teraz, bo nie wiadomo kiedy nadarzy się kolejna okazja, a ta teraz była idealna. I miała rację gdyż w covidowej rzeczywistości, planowanie traci rację bytu. 

No tak od ostatniego wpisu w 2018 r. trochę się zmieniło na świecie...nastała pandemia...

Zaraz z lotniska Jacek zabrał nas na wyspę Godøya pod latarnię morską Alnes z końca XIX wieku, a następnie do Tueneset w pobliżu Oceanarium w Ålesund. Jest to idealne miejsce na spacery, pikniki, a miłośnicy militariów mogą podziwiać pozostałości po baterii nadbrzeżnej. Dla mnie najpiękniejszym była z pewnością panorama na pobliskie wyspy Godøya, Giske i Valderøya.   

A potem był już prom i pierwszy letni spacer po wyspie. Wreszcie poczułam wakacje!




środa, 7 lutego 2018

Hala pod Szrenicą i daleko dalej...

Luty przeplata się śniegiem, słońcem, świergotem wróbli i wróblopodnych. Znajomi pojechali w Karkonosze. Na FB piękne zdjęcia zamieszczają. Wczoraj Szrenica, dziś Śnieżne Kotły. Mi pozostaje snucie wspomnień karkonoskich z lata 2016.
Zazwyczaj wychodzimy z miejscówki na szlak, robimy pętlę większą lub mniejszą i tego samego dnia wracamy do miejscówki. Ta wycieczka miała być jednak inna od pozostałych, gdyż mieliśmy nocować w schronisku na Hali pod Szrenicą. Skończył się nocleg w "Wojtku" (dzięki Bogu!), spakowaliśmy ubrania i prowiant na dwa dni. Auto zostawiliśmy na parkingu  jakiegoś pensjonatu za przyzwoleniem właściciela, oraz niewielką opłatą i wczesnym rankiem wyruszyliśmy czarnym szlakiem w kierunku Wodospadu Kamieńczyka. Pogoda dopisywała. Zapowiadało się bosko! Z obowiązkowymi kaskami na głowie posłusznie stanęliśmy w kolejce do zejścia. Filip zdążył w między czasie strzelić focha, podobnie jak i przy Szklarce - czyżby nie służyły mu wodospady? Stwierdził, że nie zejdzie do tego GŁUPIEGO wodospadu, w tym GŁUPIM kasku i po tych GŁUPICH schodach. Został więc z Tomkiem, ja z Wojtkiem powoli ruszyłam w dół śliskich schodów. W drodze powrotnej minęliśmy się z Tomkiem i Filipem, który koniec końców zmienił zdanie i jednak chciał zobaczyć miejsce, w którym umarła Rusałka i Kamieńczyk - nie wiem ile wariacji na temat tej legendy wymyśliłam podczas tamtych wakacji. Za każdym razem coś musiało być w owej legendzie innego. Sam wąwóz do którego spada Wodospad jest piękny i wart odwiedzenia - pełen zieleni wszelkiej i błyszczących mokrych kamieni. Wyobrażam sobie jak pięknie musi tam być teraz, te zaśnieżone ściany i wody wodospadu ujarzmione lodem. Nie dane nam było jednak wstąpić do schroniska, ale może to i lepiej... Szeroka, brukowana droga powiodła nas lasem do schroniska na Hali pod Szrenicą. Dość szybko je minęliśmy, aby zdobyć Szrenicę - przy czym nie pamiętam, którędy szliśmy czerwonym w górę, a zielonym w dół, czy zielonym w górę a czerwonym w dół. Obstawiam, że wybraliśmy ten pierwszy wariant. Na Szrenicy jak to na szczycie tłumy, a widoki pechowo chmurami zasnute. Czy miało to jednak jakiekolwiek znaczenie? Mieliśmy cały dzień dla siebie, czy to na Szrenicy, czy niżej na hali pod nią. Wybraliśmy halę pod Szrenicą i błogie leniuchowanie z tym przewspaniałym widokiem na Góry Izerskie. Najpiękniejszy był jednak wieczór. Kiedy chłopcy zasnęli już w pokoju, usiedliśmy sobie na wąskiej drewnianej ławeczce przed schroniskiem. Otaczały nas ściszone rozmowy, wilgotne wieczorne powietrze. I tak sobie siedzieliśmy żegnając się z zachodzącym słońcem.
 

Żałuję jednak, że nie wstałam wcześnie rano następnego dnia kiedy Oni Trzej jeszcze spali i nie poszłam na Szrenicę. Miałabym swoją samotność, swoją przestrzeń i swoją ciszę...Nie ma jednak co rozpamiętywać czegoś czego się nie zrobiło i po prostu przy najbliższej okazji nie tracić jej...W każdym razie następnego dnia po smacznym śniadaniu w schronisku ruszyliśmy czerwonym szlakiem w dalszą drogę z punktem kulminacyjnym na Śnieżnych Kotłach. Po drodze minęliśmy Trzy Świnki, Twarożnik, przy Česka budka skręciliśmy w żółty szlak, aby dojść do źródła Łaby na Łabskiej Łące. Miejsce ciekawe - od strony czeskiej można bez problemu dojść z wózkiem, fajne na piknik. Zainstalowana jest tam metalowa płyta z herbami 26 miast, przez które przepływa Łaba podczas swojej niemal 1200 kilometrowej podróży do Morza Północnego. 
Wróciliśmy po chwili na czerwony szlak, aby dojść do Łabskiego Szczytu (nie powala na łopatki, właściwie wygląda jak kupa nasypanych kamlotów), a następnie do Śnieżnych Kotłów. Tam wiedziałam, że czeka na nas Radiowo-Telewizyjne Centrum Przekaźnikowe i ....Czarcia Ambona, która już samą nazwą przyprawiała mnie o dreszcze. Coś o takiej nazwie musi być bowiem mroczne, majestatyczne i napawające grozą, w związku z czym do momentu powrotu do domu uważałam, że Czarcia Ambona to nic innego jak te pionowe skalne ściany schodzące w dół Śnieżnych Kotłów. W tej wierze utwierdziła mnie jeszcze przemiła pani, która towarzyszyła nam na ostatnich metrach drogi ku Kotłom. Opowiedziała nam między innymi o wypadku, w którym zginął 18letni syn jej przyjaciół podczas wspinaczki na owe ściany skalne.  Kiedy więc teraz przypominając sobie miejsca, sięgnęłam po google, wpisałam Czarcia Ambona to ku memu totalnemu rozczarowaniu zobaczyłam opis granitowej grzędy, która wyglądem przypominała mi zatwardzenie słonia lub inne gigantyczne bobki. Będąc tam, nie zwróciłam nawet na to miejsce uwagi z racji tego, że oblazłe było przez turystów (jak kupa przez muchy...) Wracając jednak do okolic Kotłów - w oddali majaczył Wielki Szyszak na który miałam ogromną ochotę z racji jego skalno - pustynnej surowości. Niestety musiałam obejść się smakiem, ponieważ nie wiedzie nań żaden szlak, co gorsza nielegalny wstęp na Szyszak letnią porą może skończyć się mandatem. Nie wiem dlaczego Główny Szlak Sudecki omija Szyszaka - tłumaczę sobie, że to z powodu ochrony obrastających kamienie 600-letnich porostów zwanych wzorcem geograficznym lub porostem mapowym. I już mi Szyszaka nie szkoda, szczególnie że będąc na Kotłach właśnie w tym czasie pierwszy raz pomyślałam, że pomimo tłumów nie mogłam wybrać lepszego terminu na wyprawę w Karkonosze, a wszystko za sprawą wrzosów zwyczajnych zalegających podłoże niczym dywan rozkosznie pachnący. Chłopcy zdecydowanie woleli rosnące pomiędzy wrzosami jagody. Biegałam po Śnieżnych Kotłach jak oszalała - są przepiękne, aż sama się sobie dziwię, że tak mało mam stamtąd zdjęć. 

  Żółtym szlakiem ruszyliśmy do Szklarskiej Poręby wpadając po drodze do schroniska Pod Łabskim Szczytem, gdzie podobało się nam najbardziej z wszystkich odwiedzonych w ciągu tych dwóch dni schronisk. Na sam koniec dostaliśmy lenia, więc ostatni odcinek pokonaliśmy na kanapie kolei linowej. To były dwa cudne dni nieustannego bycia "w górze", następnym przystankiem był Szpindlerowy Młyn w Czechach. Miasteczko oddalone od Szklarskiej o jakieś 60 km, a jechało się i jechało...Było jednak warto.